Tragiczny Traktat o Torebkach, czyli rozpaczliwy krzyk galanteryjnej bałaganiary

Pamiętaj, że jesteś wyjątkowy, zupełnie tak samo jak wszyscy. Mając wiecznie przed oczyma tę maksymę - szukam dla siebie wyjątkowości. Zawsze myślałam, że wyróżnia mnie tylko fakt, iż jestem JEDYNĄ kobietą na świecie, która wrzeszczy na swoje dzieci. Bo inne mówią łagodnie, spokojnie, zawsze z morałem na końcu zdania i ładnym akcentem. Ale, hurra, jeszcze coś! Jeszcze jedna unikalna cecha! Nikt nie ma takiego bajzlu w torebce, jaki mam ja, dziękuję za uwagę.

Skąd wiem, że nikt? No, halo. Prowadziłam badania, można rzec, że przez dekady. Od dziecka miałam obrzydliwy zwyczaj - wyzbyłam się go, przysięgam - grzebania w dostępnych mi torebkach rodziny. Nie w celach zaborczych, ze zwykłej, śledczej ciekawości. Proceder wykryto, zostałam surowo zdyscyplinowana, ale dobrze zapamiętałam, co widziałam.

Te schludnie ułożone, zaprasowane w kwadracik, pachnące krochmalem i lawendą chusteczki do nosa. Zawsze czyste. Pewnie zasmarkane ulatniały się prosto do nieba. Te fascynujące, zawsze jak nowe, choć kilkunastoletnie puderniczki - eleganckie i luksusowe, z czyściutkimi lusterkami i połyskującymi wieczkami. Te zawsze dokładnie zakręcone, umieszczone w małej przegródce pomadki do ust. Te kobiece, urocze notesiki, często z odpowiednim ołówkiem w ładnej oprawie. Te śliczne grzebyczki. Te portfeliki, jak ze starego filmu. Ład, elegancja, schludność, dyskrecja, urok. Teraz rozumiem, co próbowano jedynej dziewczynce w pokoleniu wpoić przez lata. Rozumiem, niestety, jedynie teoretycznie.

Takie lubie najbardziej. Nowe. Puste. Takie lubie najbardziej. Nowe. Puste.

Koleżankom już po torebkach nie grzebałam, nie odmawiałam sobie jednak spojrzenia, kiedy otwierały przy mnie, nie kryjąc się z zawartością. Smutek. Żadnych okruszków, psich nóg, nadgryzionych batonów, zdechłych kotów, zimowej odzieży i zapasowych kół do renault. Szczęściary.

Nie jestem fleją, przysięgam, wiem, że ciężko uwierzyć po takim wstępie, lecz nie jestem. Bałaganiarą - owszem, trudno, walczę z tym, lecz nie flejtuchem. Nie toleruję brudu, syfu, pleśni i nalotu, a kiedy nie mam możliwości się z nimi rozprawić - drażnią mnie do łez. Wojuję z lodówką, piekarnikiem i dnem szafek, syzyfowo i ciągle od nowa. Ciuchy mają być czyste i w miarę możliwości nie pogniecione, buty wypastowane, lakier nieuszkodzony, pościel świeża. Skoro tak, to dlaczego, DLACZEGO jestem tak beznadziejna w kwestii torebek?

siedziba Złego.Siedziba Złego.

Nie jest już tak źle, jak w podstawówce, kiedy między matematyką (zeszyt), a historią (podręcznik)  trzymałam kanapkę z serem, przy czym ser szedł w matematykę, masło w historię, a chleb w ogóle do piórnika. Mam jednak mocne poczucie, że kiepsko zaczęłam. Może nie trzeba było we wrażliwym wieku licealnym wmawiać sobie, że torebki to noszą blachary (w Szczecinie mówiło się "mikmakówy", ktoś pamięta, dlaczego?;), a panienki z pretensjami do intelektualnej wyższości - pomykają z plecaczkiem i w stosownym do tego stroju. A skoro plecaczek i flanela, to jasne, że w środku nie puderniczki i kredki do oczu, tylko tomik poezji, walkman ze smutną muzyką i obrazujący moje wrażliwe wnętrze - pompejski bałagan. Cicho, wiem, teraz u młodzieży to wygląda inaczej, ale pamiętajcie, że jestem stara, jak babcia Violet.

Naszedł jednak moment, kiedy zrozumiałam, że należy się jakoś bardziej kobieco i dorosło wyekwipować. Zakupiłam więc pierwszą w życiu własną (bo czasem na większe wyjścia moja zrozpaczona Mama wciskała mi swoje) torebkę i zamaszystym gestem przesypałam do niej posiadane dobra. Od tego czasu minęło wiele torebek, lecz nic mi się nie poprawia. I jest mi z tego powodu bardzo wstyd.

Panie na wysokościach, czego ja tam nie mam. Kosmetyki, bielizna, ubrania. No bo przecież nie wyjdę bez zapasowych pończoch, ten sweterek przyda się wieczorem, trzy tygodnie temu odebrałam przesyłkę z desusami, miesiąc temu kupiłam dwie nowe szminki. Wszystko jest w tej studni bez dna. Recepta i skierowanie, przedatowane. Jedna soczewka, powiększająca i koloryzująca oko, tak, jedna. Szpilki, owszem, szpilki, nie pytajcie, to duża torebka. Pęk spinek do włosów. Berecik. Wyniki badań. Nożyce do cięcia drobiu (nigdy nie wiesz, kiedy napotkasz gęś błagającą o pokrojenie). Scenariusz do odcinka nakręconego i wyemitowanego pięć lat temu. PIT sprzed dekady (ten, którego kopię zamówiłam u księgowej, bo oryginału nie byłam w stanie znaleźć w torebce). Karta sim z czasów, kiedy Orange nazywało się jeszcze Idea. Rzeczy potrzebne - nawilżane chusteczki (siedem zaczętych opakowań), puderniczka, druga puderniczka, cztery tusze do rzęs, nakładka na toaletę, żel dezynfekujący, pilniczek do paznokci (oraz trzy inne, które na pewno tam są, ale łatwiej kupić i wrzucić nowy, niż znaleźć poprzednie), trochę prochów na głowę i gardło, wyrzutnia rakiet i taśma montażowa niewielkiej fabryczki, wszystko posypane strzępkami rachunków i paragonów, jak disneyowskimi cekinami, myślicie, że żartuję? Wyzywam Was zatem, zajrzyjcie sami.

Nie jest źle, co? Hahahah, to tylko jedna przegródka.Nie jest źle, co? Hahahah, to tylko jedna przegródka.

Wszystkie moje torebki mają przynajmniej pięć przegródek. Cóż łatwiejszego, niż w jednej upchać kosmetyki, w innej bieliznę, w kolejnej klucze i dokumenty? Hahahhahaha. Robię to, oczywiście. Raz na dwa tygodnie, w ataku rozpaczy wytrząsam z torby wszystko, wyrzucam większość i przez kilka godzin mam schludnie, porządnie i ładnie. Ale niech no tylko przejdę się po sklepach, wyjdę z dziećmi, odbiorę pocztę, pojadę i wrócę do pracy. Do końca dnia w torbie rozwija się obca cywilizacja, która przed upływem doby wynajdzie koło i zacznie balsamować zwłoki. Tak, wiem, są specjalne wkłady organizujące do torebek. Ale ulitujcie się, ja już nie zmieszczę nic więcej! Chyba, że wywalę trzy szale, a ten wkład zroluję naprawdę ciasno i zwiążę córczyną gumką do włosów z Hello Kitty, tylko czy to na pewno mi coś zorganizuje?

Jeszcze nigdy, nigdy nie znalazłam tam nic od razu. Wychodząc z domu kluczyki do samochodu niosę w zębach. Tylko w ten sposób mam pewność, że nie spędzę kwadransa wybebeszając torebkę na masce auta. Notorycznie przeżywam upokorzenia przed wejściem do samolotu GDZIE MOJA KARTA POKŁADOWA, ach, w telefonie, świetnie, gdzie mój telefon, czy może pani do mnie zadzwonić, nieee proszę mnie nie skuwać i nie wywlekać, ja to zaraz znajdę, czy pan będzie uprzejmy potrzymać mi notesik? Och, jest mój nóż sprężynowy, szukam go od siedemnastego roku życia!

A sytuacje, kiedy wypada mi z torebki wszystko, poza rzeczą poszukiwaną, a to, co wypada - jest w większości dość zawstydzające?

Ciepło i czule myślę o bohaterze Douglasa Adamsa. Dzielny ten na ogół człowiek nie miał odwagi rozprawić się ze swoją puchnącą lodówką, w której działo się coraz gorzej. Rozumiem go. I chyba chcę nową torebkę. Czystą. Pachnącą. PUSTĄ. A Wy?

Więcej o: