Mój prywatny przegląd dziwnych, śmiesznych, pięknych, nietypowych i nie zawsze udanych kolorowanek

Bywają pomocne nie tylko wtedy, gdy siedzicie z dziećmi w poczekalni u lekarza, albo wraz z niecierpliwymi małoletnimi czekacie na posiłek w knajpce. Wspomagają naukę staranności, rozwijają spostrzegawczość, potrafią być pomysłowe i niebanalne - kolorowanki oczywiście. Ponieważ sama je uwielbiam, postanowiłam opowiedzieć Wam o tych, które przetestowałam i takich, które chciałabym mieć.

Dorysuj to sam!

Pierwszy numer Bazgroszytu wpadł mi w ręce, gdy drugie dziecko wciąż było za małe, by odróżnić dobrą kredkę i dobry papier od dobrego jedzenia, a starsze, tradycyjnie, nie było zainteresowane żadnymi kolorowankami. Kupiłam więc zeszyt awansem, na wszelki wypadek, oraz dlatego, że chętnie sama rysowałabym, ale mi nie wypadało. Urzekł mnie pomysł, by połączyć typową kolorowankę, z dorysowywanką, w której dziecko motywowane jest przez autorów do współtworzenia ilustracji. Gratisem były walory edukacyjne. Od czasu pierwszego zeszytu cała seria mocno wyewoluowała, dzisiaj wręcz przytłacza możliwościami wyboru - są zeszyty dla przedszkolaków i uczniów, wakacyjne i zimowe, są takie, które wspierają umiejętności grafomotoryczne specjalnymi zadaniami, są zeszyty o kucykach (ratuuunku!). A na rynku jest jeszcze kilka innych, pomysłowych dorysowywanek. Na przykład "Myślanki", albo genialny "Wytwórnik domowy" Agaty Królak, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

Wytwórz swoją zawartośc z Agatą KrólakWytwórz swoją zawartość z Agatą Królak

Wyjątkowe zeszyty od MROUX

Czuję do MROUX, czyli Marii Bulikowskiej sympatię nie dlatego, że dzielimy zamiłowanie do nietypowego koloru włosów, ale zwyczajnie od pewnego czasu obserwuje z radością jak rozwija się jej ilustratorski talent. Jej barwne obrazki często przywodzą na myśl skrzyżowanie dawnej ilustracji prasowej z witrażem, cóż... niezbadane są ścieżki, jakimi chadzają moje skojarzenia. Ucieszyło mnie, że Maria przygotowała "Małą książeczkę o gwarze warszawskiej", mieliśmy nawet już w ręku egzemplarz, ale tego dnia dzieci wybrały inne tytuły i publikacja czeka spokojnie na następną wypłatę. MROUX przygotowała też ręcznie robione kolorowanki dla dzieci, o zwierzętach, z wierszykami i każda z inną okładką. Takie pomysły docenia zwłaszcza mój syn, dzięki temu utwierdza się bowiem w przekonaniu, że w świecie książek nie ma sztywnych reguł dotyczących tego, jak co ma wyglądać i jak ma być zrobione. Tak, on też, choć nie jest mistrzem rysunku i przez wiele lat trzymanie przyborów szkolnych sprawiało mu fizyczny ból - robi swoje kolorowanki. I tak jak MROUX - każdą opakowuje w inny sposób. To dopiero jest frajda!

Nietypowe poznawanie miast

To jest moje kolorowankowe "must have", zauważyłam tę grubaśną księgę odwiedzając pieczarę zła wszelkiego zwaną sklepem przy muzeum. Sklepy przy muzeach zawsze zawierają dużo zła, znaczy dobra, pięknych albumów i książek, które chcę mieć. "Kolorowe Miasta" to jedno z takich cudeniek. Ponad 100 stron, bardzo fajni i utalentowani ilustratorzy z Polski (między innymi Paweł Pyzik, Katarzyna Kołodziej, bracia Surma, których dokonania wszystkim Wam polecam), ale też rysownicy z innych krajów: Jieun Park, Ingrida Picukane, oraz Christopher Corr. Wybór miast jest nie do końca typowy, bo poza Londynem, czy Warszawą, swoje portrety mają tu Łódź, Kazimierz Dolny, łotewska Ryga, turecka Ankara i południowokoreańskie Jeonju. Wszystko wygląda bardzo zachęcająco, w zasadzie tylko sama nie wiem, czy pozwoliłabym komukolwiek to kolorować, czy sama nie siedziałabym ciemną nocą, albo... nie postawiłabym na półce niezamalowane. Całość wreszcie nadaje się też do czytania.

Dodaj miastu rumieńcówDodaj miastu rumieńców

Poprawić klasyków

Osobne miejsce w moim sercu zajęły kolorowanki - dzieła sztuki. O tym, że jest to świetny pomysł przekonałam się po raz pierwszy, gdy w jakimś nadętym czasopiśmie dla tak zwanych ludzi świata sztuki, na jednej z ostatnich stron znalazłam kolorowankę przygotowaną z myślą o dzieciach czytelników tegoż czasopisma. Łaskawość autorów nie znała granic, kwadrat o wymiarach osiem centymetrów na osiem zajmowało jedno z kubistycznych dzieł zamienionych w szablon do zarysowywania, niewiele myśląc postanowiliśmy z synem sprawdzić czy nasza wersja nie będzie aby ciekawsza. Wyrok jest arbitralny, za to od tamtego czasu pałam żądzą posiadania dużej ilości podobnych kolorowanek, bo czemu nie? Pojedyncze sztuki znaleźć można w tych siedliskach zła, o których już wspominałam wyżej, czyli muzealnych sklepikach (Muzeum Narodowe w Warszawie - tak nazwałabym skuteczną dietę dla mojego portfela) można też zamawiać z internetów. Moja ulubiona to ta modernistyczna, ale brałabym też secesyjną, taką z Kandinskim, i jeszcze kilka innych... aaaaa! ratunku! Przepadłam!

Kolorowe Prostokąty, czyli bądź jak mały Rothko

Na szczęście do wypłaty daleko, a my w domu wciąż mamy pamiątkę po dosyć skromnej, ale dającej szansę na lepsze poznanie samego artysty i jego inspiracji wystawę Marka Rothko, czyli świetnie przygotowana książeczkę "Kolorowe prostokąty". Skierowany do młodych odbiorców, napisany lekko i przystępnie tekst opowiadający o życiu i twórczości artysty to tylko jedna z zalet publikacji, drugą są ilustracje autorstwa Zosi Dzierżawskiej, a trzecią - propozycja zabaw i malowanek inspirowanych pracami samego Rothko. Daleki to odlot w temacie kolorowanek, ale polecam Waszej uwadze, niezależnie czy na wystawie byliście, czy nie - to taki rozwijacz wyobraźni w pigułce, a w zasadzie w kwadracie.

Puzzle niekoniecznie wielokrotnego użytku

Naszym najnowszym nabytkiem stały się puzzle do samodzielnego zamalowywania "Puzzlowanki malowanki". Uznałam, że to dobry pomysł dla tak charakternej osóbki jak moja córka. Z jednej strony lubi układać i kolorować, z drugiej zawsze chce mieć wszystko inaczej. Z dwóch opcji do wyboru postawiłam na białe puzzle, z których można ścierać obrazki i rysować na nowo. Tyle na temat teorii. W praktyce okazało się, że przy użyciu załączonych do zestawu kredek owszem, można zarysować całość, gorzej ze zmywaniem owych arcydzieł. Ślady kredek zostają, za to całkiem nieźle wyszło nam starcie tu i tam warstwy wierzchniej... Cóż, trzeba było postawić na puzzle jednorazowego kolorowania.

BazgropuzzlowankiBazgropuzzlowanki

Dinozaury, torby koszulki

Tak, kupiliśmy raz takiego mechatego dinozaura i, podobnie jak w przypadku puzzli, zmywanie zgodne z instrukcją nie do końca zadziałało tak, jak powinno. Jeśli więc koniecznie chcecie mieć przedmioty, które wasze dzieci samodzielnie zamalują, wybierajcie te, które nie kuszą złudną obietnicą wielokrotnego zmywania i zabarwiania. Znacznie lepiej sprawdziły się rzeczy takie jak koszulki do zakolorowywania ofiarowane nam wraz z zestawem flamastrów i nadrukowanym na nie wzorem. Były dobrym wstępem do tego, co potem wyczynialiśmy z synem już bez cudzych szablonów- czyli malowaniem tiszertów wedle własnego widzimisię farbami do tkanin. Równie dobrze wyszło kupowanie gotowych form z masy papierowej i kraszenie ich nie tylko śladami farby o nieokreślonych barwach, ale i doklejanymi drewnianymi ozdobami, albo zabawa w coś, co po prostu brzmi obrzydliwie - a mianowicie techniką dekupażu (decoupage`u).

Domy, pojazdy i zamczyska

Jeśli nie macie wystarczającej ilości zabawek w domu, albo macie duży dom - to świetna propozycja dla Was. Ja od wielu lat chodzę wokół tych "trójwymiarowych" kartonowych kolorowanek, które można poskładać w formę lokomotywy, tramwaju, domku dla lalek, domku dla dzieci, albo zamku. Nie zdecydowałam się na zakup, za to z radością korzystaliśmy z dobrodziejstw takich przestrzennych, wielofunkcyjnych zabazgrowywanek w kilku miejscach, w których postawiono je właśnie z myślą o gościach takich jak my (banki i kawiarnie przyjazne rodzicom potworów).

Zabazgrane ściany

Tak, zrobiliśmy to, pozwoliliśmy naszemu synowi bazgrać po ścianach. Flamastrami, długopisem, kredą i kredkami. Potem przyszedł pan z farbami i prawdopodobnie zdiagnozował nas w myślach bez użycia testu Rorschacha, w realu zaś siarczyście zaklął i powiedział, ze nie, kierowniczko kochana, tego się nie da zamalować. DAŁO SIĘ, więc spokojna głowa. Teraz za to mamy na ścianach farbę, która pozwala na zmywanie części arcydzieł bez ścierania samej farby. Mieliśmy też takie małe poletko, na którym dzieci mogły wyrażać się artystycznie za pomocą kredy. Kupiłam raz w jednym z marketów budowlanych naklejana tablicę ścienną. Być może była za tania - te droższe podobno nie są tak łatwo odklejalne i tak szybkorozdzieralne, macie jakieś doświadczenia w tej kwestii? Nasz słoń nie przetrwał nawet 12 miesięcy, ale frajda była spora. Jeśli chcecie mieć takie coś na ścianie, podobno znacznie lepiej działa wygospodarowanie kilkudziesięciu centymetrów kwadratowych na zamalowanie ich specjalną farbą, która umożliwia takie kredowe brewerie. Ja się nie zdecydowałam. A co Wy polecacie?