Trupy w windzie, Brudny Harry w biurze, ślady zbrodni w Chinatown - wywiad z Richardem A. Grzybowskim, kryminalistykiem z San Francisco

Pasjonują was seriale w klimatach "CSI: kryminalne zagadki Miami", a może jesteście pod wrażeniem wprawy, z jaką Dexter Morgan odczytywał ślady krwi na miejscach zbrodni? Richard A. Grzybowski, polski ekspert balistyki w szeregach amerykańskiej policji oraz agent ATF opowiedział nam o tym, jak ma się rzeczywistość do telewizyjnej fikcji oraz o wielu innych sprawach. Wszystko z okazji premiery jego debiutanckiej książki "Ślady zbrodni".

Cieszę się, że mogę poznać pana osobiście. Czytając kolejne rozdziały "Śladów zbrodni” zwyczajnie trudno uwierzyć, że jednego człowieka mogło spotkać tyle przygód. To normalne, że praca eksperta kryminalistyki jest tak emocjonująca?

Faktycznie, może wydawać się niemożliwe, żeby jeden człowiek w ciągu czterdziestu paru lat życia w USA zgromadził tyle wspomnień. Miałem szczęście i nieszczęście zaczynać w ciekawych czasach. Gdy podejmowałem pracę w San Francisco, to w mieście wielkości Krakowa według statystyk dochodziło do nawet 150 morderstw rocznie. Wpływał na to fakt, że było od lat nieformalną światową stolicą homoseksualistów. Nie brakło też mniejszości kulturalnych, co również rodzi konflikty. Na początku mojej kariery zawodowej w mieście istniały dodatkowo napięcia powodowane przez zmiany polityczne. Obecnie statystyki się poprawiły, morderstw jest niewiele ponad 50 rocznie, łatwiej jest żyć i pracować.

Pamięta pan swoją pierwszą wizytę na miejscu zbrodni?

Pamiętam. Facet zamordował swoją siostrę. To było w budynku mieszkalnym w środku miasta. Trzypiętrowy apartamentowiec z bardzo wąską windą. Wciąż jeszcze uczyłem się badania śladów zbrodni i byłem ciekawy wszystkich przypadków. Szczególnie interesujące były zaś te, w których morderstwo popełniano przy użyciu krótkich narzędzi. Dowiadywałem się wówczas, jak odróżniać ślady na podstawie szerokości cięcia na ubraniu. Później okazało się, że morderstwo zostało popełnione przy pomocy nożyczek, wezwali mnie więc, żebym obserwował.

Pojechałem tam prywatnym samochodem. Wjechałem windą na górę. Piękna kobieta, tak się złożyło, że brat wbił jej te nożyczki w klatkę piersiową, więc twarz nienaruszona. Zwłoki trzeba było przetransportować na dół, gdzie stał samochód lekarza sądowego. Położono zatem zabitą na nosze, przewiązano pasami tak, by się nie zsunęła, przykryto całość specjalnym prześcieradłem, żeby nic nie było widać. Ale te nosze nie mieściły się w windzie poziomo, więc musieli je postawić pionowo. Wszedłem razem z dwoma pracownikami zakładu medycyny sądowej i z trupem kobiety przywiązanym do noszy do starej, trzęsącej się windy. W pewnym momencie prześcieradło zsunęło się, głowa kobiety opadła zaś tuż przed moją twarzą. Tego uczucia w zasadzie nie sposób opisać. Nie było przyjemnie.

To jeszcze nie był koniec. Swój samochód zaparkowałem w pewnej odległości od miejsca zbrodni. Policjanci, którzy tam byli zaoferowali się, że mnie podrzucą. Ja się zgodziłem, tylko nie wiedziałem, że proponują podwiezienie swoim normalnym, patrolowym samochodem służbowym i wsadzili mnie na tył, za kratki. Nie byłoby to aż tak zabawne, gdyby nie fakt, że na miejsce zbrodni dotarły media i moje wsiadanie filmowały ekipy telewizyjne. Wszystko oglądali na żywo w TV moi rodzice i przestraszyli się, że zostałem aresztowany.

Dużo takich niesamowitych historii musiał pan na potrzeby książki odsiać?

Ciekawych zdarzeń była cała masa, można siedzieć i godzinami opowiadać, wyszłaby pewnie z tego druga książka. Ja wybrałem te rzeczy, które są szczególnie intrygujące. Zależało mi na tym, by każdy, począwszy od wydawcy, skończywszy na czytelniku, miał możliwość sprawdzenia, czy takie rzeczy rzeczywiście miały miejsce. Wszystko, co opisałem jest prawdą, odnośnie każdej ze spraw znaleźć można informacje w internecie.

Gdybym opisał wszystkie pasjonujące mnie z kryminalistycznego punktu widzenia sprawy, pojawiłyby się pewnie sytuacje, w których ofiara lub przestępca byli na tyle nieistotni, że nie sposób zweryfikować prawdziwość mojej historii ogólnodostępnymi narzędziami. Ktoś mógłby posądzić mnie o tworzenie fikcji, fantazjowanie. Byłem bardzo zadowolony, że mój wydawca z miejsca poszedł tym tropem i sprawdzał kolejne opisywane przeze mnie przypadki. W książce pisałem o seryjnym mordercy Ramirezie. Gdy oddawałem materiał, siedział w celi śmierci. Po kilku miesiącach wydawca sam się ze mną skontaktował i zauważył, że w czerwcu ubiegłego roku zmarł w więzieniu.

Historia Ramireza to tylko jeden z przykładów. W książce mamy pełen przekrój sytuacji, w jakich znaleźć się może ekspert kryminalistyki, na dość charakterystycznych przykładach: od badania śladów na miejscu zabójstwa Harveya Milka, przez śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, aż po zatargi między mafią chińską, czy bostońską. Nie czuł się pan jak w filmie?

Pracując stosunkowo krótko w Polsce nigdy nie przypuszczałem, że będę miał aż tak szeroki wachlarz możliwości. Dużo zawdzięczam mojemu koledze, wieloletniemu szefowi zakładu medycyny sądowej - Boydowi Stephensowi. On mi pokazał jak bardzo inna potrafi być każda ze spraw.

Która ze spraw opisanych w książce była największym wyzwaniem?

Ta z Chinatown. Głównie dlatego, że w '77 roku policja nie była przygotowana na prowadzenie takich spraw, a wśród dwóch tysięcy funkcjonariuszy nie było ani jednego, który by płynnie mówił w tym języku. Miałem olbrzymią niespodziankę. W mieście, które się chwali tym, że jest drugą, największą po Hong Kongu metropolią, w dzielnicy na tyle dużej obszarowo, iż można przeżyć całe życie nie znając ani jednego słowa po angielsku, gdzie ludzie posługują się głównie mandaryńskim, nie ma ani jednego odpowiedniego funkcjonariusza!

W sprawie chodziło o nocną strzelaninę w restauracji. Było mnóstwo ludzi, klienci jedli, więc można było sobie wyobrazić jakim szokiem okazało się wejście trzech zamaskowanych bandytów, którzy otworzyli ogień. Pięć osób zgięło na miejscu, jedenaście zostało rannych. Ja byłem godzinę po wydarzeniach, krew mieszała się z sosem, pracownicy biegali i sprzątali, ja ryczałem, żeby mi dowodów rzeczowych z miejsca zbrodni nie ruszali.

Na drugi dzień musiałem przygotować listę możliwych typów broni używanych przez napastników, bo jak się okazało uciekli razem z nią, nikt nie wiedział czego użyli, dopóki nie wziąłem się do pracy. Wiedziałem, że moje wstępne analizy podda się weryfikacji, bo pewnie prędzej czy później sprawa zostanie rozwiązana, a wtedy pojawi się pytanie, czy ten Grzybowski faktycznie wie co robi.

Po jakimś czasie znalazł się świadek, który zeznał, że po strzelaninie napastnicy wsiedli do furgonetki i podjechali nad zatokę, gdzie wyrzucili broń, po czym się oddalili. Przyszliśmy tam z płetwonurkami. Ja stałem na brzegu z bijącym sercem, zastanawiając się cały czas, czy oni znajdą to, co napisałem, że powinni znaleźć. Kiedy wypłynął pierwszy płetwonurek trzymając w reku karabin wyglądający jak pistolet maszynowy, wiedziałem, że jestem na dobrej drodze. Znaleźli wszystko, co wpisałem na listę, po tej sprawie mogłem oddychać swobodnie. To był ledwie mój trzeci rok pracy, a ten przypadek pozwolił udowodnić, że moje zdolności i umiejętności wystarczają do wykonywania zawodu.

Richard A. Grzybowski podczas pracy w laboratorium Richard A. Grzybowski podczas pracy w laboratorium

Chinatown rzeczywiście wygląda, jakby zostało żywcem przeniesione z Azji?

Dokładnie tak jak Hong Kong. Miałem porównanie odwiedzając kiedyś to miasto. Chińczycy to naród, który trzyma się blisko swoich, oni nie lubią ludzi spoza środowiska. Sami mają ze sobą problem, bo dzielą się na ABC - American Born Chinese, oraz na tych, którzy urodzili się w Chinach. W każdej z tych grup działa gang, między tymi gangami dochodzi do walk. Na szczęście wieloletnia obserwacja i badania pokazały, że nie potrafią strzelać ani jeździć. Mają u siebie olbrzymi problem z nielegalnym hazardem, bardzo popularna jest gra w Mahjong, odgłos kostek do gry rozlega się w wielu miejscach, a ponieważ to jest nielegalne, mają faceta na zewnątrz i on filuje, czy nie idzie policja.

Przygody zawsze pana przyciągają?

Na miejscu pierwszy jest lekarz sądowy z ekipą - on musi stwierdzić zgon, opisać zwłoki, dopiero potem przyjeżdża ekipa kryminalistyczna. Ja miałem z lekarzem taką umowę, że jak będzie jakieś morderstwo popełnione z udziałem broni palnej, to ja przyjadę bez względu na to jaka to jest pora, choćby w środku nocy. Uczyłem się na co patrzeć, jakie działania dają najlepsze rezultaty, potem uczestniczyłem w sekcjach zwłok.

Jak się panu oglądało film z Clintem Eastwoodem? Sam Brudny Harry kręcił się po pana biurze, ruszał mikroskop!

No właśnie on trochę za dużo w tych filmach robi. Kiedy koledzy prowadzący śledztwo pytali, czy mogę zrobić badanie, czasem żartowałem "skoro Clint Eastwood może, to ty też, idź do nas na dół i sam sprawdź". Nasz pokój mieścił się właśnie na dole budynku i faktycznie pojawia się w 54-55 minucie filmu "Siła Magnum". Wyposażenie jest autentyczne.

Jeden z wielu wycinków prasowych - cenny, bo na zdjęciu widać ten sam kadr, co w Jeden z wielu wycinków prasowych - cenny, bo na zdjęciu widać ten sam kadr, co w "Sile Magnum" z Eastwoodem

Nie denerwuje się pan, oglądając to? Nie chce pan wstać z kanapy i zakrzyknąć "To nie jest tak! W rzeczywistości wszystko funkcjonuje inaczej!"?

Nie wiem, czy pokazywanie prawdy jest aż tak interesujące. Niektórych może wciągnie, ale wielu ludzi może rozczarować. Każdy serial i film jest jednak robiony "pod widza", a ten ma dość migawkową pamięć. Woli sytuacje, które udaje się rozwiązać w ciągu kilku, kilkunastu minut, tymczasem nasza praca zawsze była dosyć żmudna. Czegoś, co trwa miesiącami nie da się pokazać wystarczająco realistycznie w ciągu 90 minut. Dlatego taki człowiek, jak Clint Eastwood musi robić w jednym filmie bardzo dużo rzeczy, których normalnie osoba na jego stanowisku nie wykonuje. Do celów filmowych często lepi się losy jednej osoby z kilku innych, pokazuje narzędzia, które w rzeczywistości nie istnieją. Myślę, że ludzie wolą żyć w tych fantazjach, niż zdać sobie sprawę, jak przyziemna potrafi być nasza profesja.

Skoro wspomina pan już narzędzia, które nie istnieją - jak zmieniła się technika przez te lata? Rzeczywiście jest jak w serialach? Wszystko można sprawdzić w komputerze?

Kiedy ja przyszedłem pierwszy raz do pracy, koncepcja była taka, że powinienem być biegłym od wszystkiego. Jeśli spojrzy pani na numer mojej gwiazdy policyjnej, to pierwsza jest tam cyfra 6. Więc od 1936 roku było tylko sześciu takich ekspertów jak ja, po mnie zaś było raptem czterech, czy pięciu, wreszcie nastąpiły zmiany i rozwój. Na samym początku wystarczył jeden pracownik laboratorium kryminalistycznego, który robił wszystko - sprawdzał odciski palców, rany, broń, analizował pismo.

W latach 80. i 90. okazało się, że trzeba się wąsko specjalizować. Teraz, jeśli pani wejdzie do jakiegokolwiek laboratorium, to przekona się, że osobno pracuje ekspert od daktyloskopii, osobno od badania DNA, człowiek od broni nie będzie wiedział zbyt wiele o tym, jak analizować wyniki badań krwi. Komputery pomagają. Dawniej, gdy przychodził do mnie inspektor z jakimś przypadkiem, przynosił też teczki mówiąc, że jest jeszcze kilkanaście podobnych spraw, w których nie udało się złapać sprawcy. Teraz pracę, polegającą na powiązaniu ze sobą przypadków poprzez analizę dostępnych danych, wykonuje komputer i to znacznie szybciej. Z drugiej strony wąska specjalizacja powoduje konieczność lepszego szkolenia w szerszym zakresie.

W którym momencie zdał pan sobie sprawę, że uczestniczy w wydarzeniach historycznych, a to, co się dzieje przy pana udziale staje się materiałem na niezłą książkę?

Zdałem sobie z tego sprawę dopiero kilka lat temu, gdy zbliżał się okres emerytury. Nie dlatego, że nie miałbym co robić, bo zawsze mam dużo pracy, ale dlatego, że przyjeżdżając do Polski od dawna zrozumiałem, iż w Polsce niektóre sprawy z zakresu kryminalistyki, czy prowadzenia śledztwa to sprawy tabu, czy wręcz tajemnica zawodowa. Poznałem kilku ludzi, którzy pracowali w ABW i oni podpisali kontrakt, że do końca życia nie wolno im zdradzać tajników swojej pracy. Mnie nie wolno było mówić o sprawach zawodowych wyłącznie przez jeden rok. Poza tym uważałem, że to może być szczególnie ciekawe dla polskiego czytelnika - będzie się mógł dowiedzieć nie tylko, jak działa to wszystko od kuchni, ale też jak wygląda w rzeczywistości funkcjonowanie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Miałem to szczęście, że poza pracą kryminalistyka zrobiłem doktorat z prawa i wykonywałem zawód prawnika.

Czuł pan, że jest przed panem wiele dróg rozwoju zawodowego?

Tak, przechodząc na emeryturę wiedziałem, że nie interesuje mnie golf, ani że nie umiałbym siedzieć i łowić ryb, bo to nudziarstwo. Całe szczęście okazało się, że Ministerstwo Sprawiedliwości jest zainteresowane tym, bym prowadził różne szkolenia. Jeżdżę więc na przykład raz w miesiącu do Meksyku na tydzień, uczę badań kryminalistycznych. Chciałbym coś takiego robić również w Polsce, choć tu akurat jeszcze takiego zainteresowania nie ma. W Polsce od ekspertów wymaga się opinii, ale nie wymaga się uzasadnienia, skąd się taka opinia bierze. W Stanach jest się ekspertem, bo sąd zadecydował, że jest się ekspertem w konkretnej sprawie. Za każdym razem kandydat na eksperta jest przesłuchiwany przez sąd i ławę przysięgłych, pytany o kompetencje, metody badania. Razem z dziewięcioma kolegami założyliśmy w Stanach Zjednoczonych akademię specjalistyczną, każdy z uczących się musi odwiedzić wszystkie większe fabryki broni palnej w USA i wszystkie większe fabryki amunicji, by wiedzieć jak najwięcej o broni, zasadach działania, konstrukcji. Ja zawsze uważałem, że znajomość tego, jak dana broń jest zbudowana, jak powstaje, jest podstawą do rozpoznawania śladów na pocisku i na łusce.

Pewnie miał pan okazję porozmawiać z kolegami po fachu z Polski?

Wbrew pozorom w Polsce nie wygląda to tak źle. Kilka lat temu wyglądało lepiej, bo to dziedzina słabo dofinansowana, ale tak jest na całym świecie. Jedyna rzecz, która mnie zaskakuje u kolegów ekspertów od balistyki z Polski, to fakt, że mają koszmarne zaległości w pracy, na karku 60-70 ekspertyz do wykonania. Nie nadążają, nie robią ich. To dla mnie dziwne, że pozwala się na takie opóźnienia. Nie rozumiem kryminalnego przewodu sądowego w odcinkach, w USA jak się już sprawę rozpoczyna to się ją prowadzi aż do końca, dzień po dniu. Nadzór prokuratury nad śledztwem policyjnym też nie jest dla mnie czymś normalnym.

Z drugiej strony dla nas przedziwna jest sytuacja z ławą przysięgłych - ludzie z ulicy, bez wiedzy prawnej mogą wpływać na wyrok...

Jest dwunastu ludzi, którzy teoretycznie powinni reprezentować ten sam poziom wychowania i wykształcenia, co oskarżony. Ławnicy wybierani są z listy wyborców, sąd wysyła zawiadomienie, że w dniu takim i takim należy się zgłosić w sądzie i to jest przymus. Jest sala, zbiera się dwustu ludzi, jest bęben, do którego wrzucają nazwiska 40 osób, jest losowanie 16 nazwisk. Nie można się nie zgłosić, bo na drugi dzień przyjeżdża szeryf, zakuwa w kajdanki i doprowadza do sądu.

Służenie jako ławnik to nie jest przywilej, a obowiązek obywateli USA. Można oczywiście przedstawić usprawiedliwienie i nie przyjść na jedno wezwanie, ale uzyskujemy wówczas wyłącznie odroczenie. Wielu ludzi nie chce być ławnikami w takich potocznych sprawach, wolą być nimi przy rozprawach takich jak ta OJ Simpsona albo Ramireza. Oczyma wyobraźni widzą te dolary za książkę, za wywiad w telewizji, traktują to jak inwestycję.

Dużą zaletą pańskiej książki jest pokazanie realiów, tego jak zmieniły się Stany. Miał pan moment zachłyśnięcia się tym krajem?

Patrzyłem sobie spokojnie. W San Francisco wiele rzeczy odbieranych jako dziwne, egzotyczne, nietypowe, jest normalnych i powszednich. Jeden z rozdziałów nosi tytuł "Tylko w San Francisco", bo takie rzeczy mogły się zdarzyć wyłącznie tu. Pamiętam, że przyjechała raz z Polski grupa artystów i zażyczyli sobie, żeby ich obwieźć po dzielnicy gejowskiej. To było dla nich super ciekawe, najbardziej dziwiło ich to, że nikt nie zwraca uwagi na dwóch mężczyzn idących chodnikiem i trzymających się za ręce. Przeżyli szok kulturowy. Chociaż muszę powiedzieć, że taki sam szok przeżywają do dziś niektórzy Amerykanie przyjeżdżający do miasta z interioru.

Wyjeżdżając do USA nie mógł pan wrócić do ojczyzny przez długi czas. Ile trwała rozłąka? Pięć lat?

Dłużej. Obywatelstwo i nowy paszport dostałem już po pięciu latach, ale obawiałem się, że jeśli wrócę po tym czasie do Polski, nie wypuszczą mnie z powrotem. Gdy za pierwszym razem starałem się o wizę do kraju, odmówiono mi i chyba nawet przyjąłem tę wiadomość z ulgą. Przyjechałem w czasie pierwszych wolnych wyborów w czerwcu 1989 roku.

I znów historyczny moment!

Sam tak wybrałem. Gdy wylądowałem w Polsce dwa dni przed samymi wyborami, czułem, że to będzie coś wyjątkowego.

Jak Pan wspomina ten pierwszy powrót po kilkunastu latach nieobecności?

Nigdy nie straciłem swoich polskich korzeni, wciąż doskonale mówię po polsku mimo ponad czterdziestu lat pracy w USA, wciąż uważam, że to moja ojczyzna numer jeden. Pracuję trochę dla Polonii. Przyjazd do Polski był wielkim przeżyciem, wiedziałem, że wreszcie mogę robić pewne rzeczy, na przykład filmować na ulicy, fotografować. Czuło się wolność. Z roku na rok jest coraz lepiej, staram się być na bieżąco ze wszystkimi doniesieniami o sytuacji w kraju, oglądam polskie telewizje informacyjne. Dziwię się zawsze, że wciąż nie brak polityków czarnowidzów, którzy mówią, że jest fatalnie. Nie widać tego, nie widać biednych mas ludzi na ulicach. Wiadomo, że ubóstwo istnieje, ale taka już cecha krajów demokratycznych, są bogaci i są biedni.

Dziękuję za rozmowę.

Więcej o: