Co ja zjadam? Placki z otrębów, albo z mąki ryżowej dla umęczonych dietami

W Dolinie Muminków wreszcie zapanowała zima, więc mama Mikołajka postanowiła zatroszczyć się o swojego synka, Emila ze Smalandii... Dobra, darujmy sobie wstęp. Wreszcie napiszę coś z sekcji deserowej, coś, co nie polega na dosypaniu szklanki cukru do jakiegokolwiek jadalnego przedmiotu w zasięgu Waszych rąk.

Ciasta. Nie mam do nich dystansu. Słodkości nie bawią mnie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego szklanka cukru albo tabliczka dobrej czekolady nie wystarczą. Żartowałam, ale ponieważ od godziny przerzucam płytotekę w poszukiwaniu idealnej ścieżki dźwiękowej do pisania o tych plackach, kapituluję. Jest zimno, brzydko, w słuchawkach wylądowała mieszanka Björk z Fire! Orchestra i przechodzę do tych cholernych przepisów.

Placki z otrębów

Historia kreacji tego mizernego przepisu jest równie nieciekawa, jak lista składników. Otóż któregoś dnia przyszedł do mnie Pan Mąż i powiedział, że dieta. Więc dieta... Mało tego. Niby dieta, ale "zrób mi coś słodkiego" (sweetfocię? z dziubkiem?). Ciasto marchewkowe bez mąki i cukru jest całkiem fajne, poza tym, że przy naszym pierwszym kuchennym spotkaniu okazało się być jakimś całkiem bliskim krewnym płyty pilśniowej i wymagało kilku solidnych korekcji lotu, nim sięgnęło bru... znaczy ideału. Za to placki z otrębów są niezawodne, to taki samograj, robię je na patelni, zapiekam w piecu, robię na puszysto i na chrupiąco. Tyle wariantów, normalnie ekstaza dla kubków smakowych. No dobra, nie przesadzajmy. Niemniej jednak dieta uległa zmianom, a placki zostały. Przypadek? Nie sądzę. Składniki:

4 jajka

szklanka otrębów pszennych prażonych*

stewia**

proszek do pieczenia (jedna łyżka stołowa) ***

Dużo tych gwiazdek, nie? Akcja jest taka, że w zasadzie my sypiemy naprzemiennie otręby pszenne prażone (*) i otręby owsiane, czego i Wam serdecznie życzymy. W temacie stewii (**) zaś, latem niczym Joasia Stokowska hodowałam na swym parapecie krzaczek takowej. Potem wybyliśmy na Ukrainę, powróciwszy zaś ze stepów akermańskich zostaliśmy oschle przywitani przez smętny kikut. Być może z premedytacją pomijany przez tymczasowego opiekuna naszej domowej jadalnej dżungli, odszedł do krainy wiecznej mżawki, podczas gdy reszta jego towarzyszy trwa do teraz na posterunku. Co by się nie działo, od tego czasu używamy stewii w pastylkach. Owszem, próbowaliśmy też popełnić samobójstwo dosypując morderczych słodzików aspartamowych, z tym że ciastka ze słodzikiem smakują jak terakota posypana gruzem z musztardą, czyli frapująco, ale nie chcielibyście tego powtórzyć. Jak widać po niniejszym tekście, słodzik wciąż nas nie zabił, nie pozostawało nic innego, jak zażyć stewii. Jeśli możecie ją zastąpić cukrem trzcinowym - cudownie, zróbcie to! Jeśli jesteście starymi dobrymi obżartuchami i żadnej diety się nie boicie, to możecie w ogóle zastąpić placki wyjściem do cukierni i wielką ciasteczkową ucztą? Śmiało!

Ile stewii? Ilość jest zawsze pojęciem względnym: kilogram cukru zważony w pasie równikowym, nie równa się niestety kilogramowi cukru zważonemu na Antarktydzie. Powiem tak - ja wrzuciłam pięć tabletek stewii do moździerza, zmieliłam na proszeczek i dosypałam do michy. A właśnie, jak zwykle skupiam się na pierdołach a o najważniejszym ani słowa. No to raz, dwa! Bierzcie michę, do michy wbijcie szybciutko jajka, teraz prędko ubijcie je na pianę puszystą, jak ci misiowie puszyści. Prędzej! Szybciej! Run Forrest, Run! Wsypcie proszek do pieczenia (***). Bach! I znów dygresja. Choć pozornie przepis może jawić się Wam jako bardzo proekologiczny i super wegetariański - to  proszek do pieczenia jest takim małym elementem buntu, symbolem zła, synonimem kucharskiego piekła, jest korporacyjną flagą wetkniętą w serce góry holistycznego dobra, piękna i harmonii z naturą. Poza tym w ten rebeliancki sposób realizuję w praktyce zasadę "jesteś tym, co jesz" - od urodzenia chciałam być proszkiem do pieczenia i tego się będę trzymać!

Sypcie więc szybko proszek! A teraz tempo! Grzejcie patelnię! Do placków możecie dodać dużo cynamonu i mielonych goździków, wtedy będziecie się czuli jak ludzie na diecie niskowęglowodanowej w święta Bożego Narodzenia. Dobrze nagrzana teflonowa patelnia zaś będzie waszym sprzymierzeńcem w chwili cudownej przemiany tej rozmemłanej otrębowej paciai w placki. Chlap! Chlap! Chlap tą breją po patelni! Potem tam gusła z obracaniem tego szajsu na druga stronę poczyńcie, nim sczernieje do reszty. I dalej jazda! Następna zmiana. Leniwym polecam pieczenie w piekarniku. Chlapiecie tym dietetycznym syfem na blachę wyłożoną papierem i nie musicie obracać. Jaka jest różnica? Placki z patelni są miękkie raczej. Te z piekarnika bliższe są ciasteczkom. Jedna breja, a tyle możliwości!

Słodko dziwne placki z mąki ryżowej:

3 jajka

stewia (albo sami-wiecie-co)

1/2 szklanki mleka

łyżka oliwy

szklanka mąki ryżowej

sekretny składnik (#)

Zaklinam się na wszystkie horkruksy, następnym razem podam przepis na coś, co zawiera 2 kilo masła, 5 kilo mąki krupczatki, dużo migdałów, orzechy nerkowca, wagon cukru i posypkę z czekolady. Tymczasem znów jakiś dietetyczny szajs, bardzo smaczny, ale rozumiem, że może nie zaspokajać wysublimowanych podniebień łasuchów oczekujących frymuśnych cupcake'ów z mascarpone i srlolomanolo. Zawsze możecie sobie usmażyć frytki i dosypać do tego szklankę sami-wiecie-czego. A teraz uwaga! Bierzecie trzy jajka, wbijacie do miski, roztrzepujecie, mieszając dosypujecie mąki ryżowej, dolewacie mleka, mieszacie, wrzucacie stewię (pięć tabletek sproszkowanych, bo czemu nie?), mieszacie. Czy Wasza breja wygląda niczym papier czerpany z płatkami jaśminu? Tak? To znaczy, że chujowo mieszacie. Ma być gładkie, jak ciasto na naleśniki, żadnych grudek. Potem dodajecie sekretny składnik (#) czyli coś, co wegetariańskie tygrysy lubią najbardziej: czosnek wieprzowy albo cebulę drobiową. Nie, to nie jest śmieszne. Moim sekretnym składnikiem na dzisiaj była stołowa łyżka suszonej słodkiej czerwonej papryki i łyżeczka deserowa mielonej kolendry. Oczywiście Waszym sekretnym składnikiem równie dobrze może być mak albo kokaina. Należy jednak pamiętać, że zwłaszcza ta druga substancja wciąż jest w Polsce nielegalna, więc nie zdziwcie się, jeśli po wszystkim zapuka do Was specyficzna ekipa porządkowa i następny posiłek przyjdzie Wam jeść w nieco innym anturażu, a potem przez kilka następnych lat też jakoś tak ciaśniej i mniej swobodnie będzie. No dobra tam, CHWILO TRWAJ! Mieszacie wszystko, wariaty moje kochane i nagrzewacie sobie patelnie teflonową, beztłuszczową. A potem traktujecie tę breję ryżową tak, jak ciasto na naleśniki. Tylko, że zamiast dużych robicie małe, bo czemu nie? No dobrze. Z czym to można zjeść? Z bardzo dietetycznym mielonym chudym twarogiem (ze stewią oczywiście), z bardzo dietetycznym dżemem z cebuli, albo z totalnie niedietetycznym miodem, miętą i kisielem z owocami (tak jedzą te placki nasze dzieci). Załączam zdjęcie.

Po lewej Pan Otrębowy, po prawej Panny RyżowePo lewej Pan Otrębowy, po prawej Panny Ryżowe

Z placka otrębowego ostał się nam jeno strzęp, domowe kruki i wrony uporały się bowiem z resztą wypieków w mniej niż 12 godzin. Placki ryżowe świeżo upieczone. Możecie to wszystko jeść również z łososiem i z pasztetową, z golonką i z kremem z halibuta. Możecie też wyciąć w środku dziurkę, przewlec rzemień i nosić niczym amulet na znak, że też czasem potrzebujecie tabletek z suszonej żaby. Dziękuję za uwagę.