Ob.Woody Allen - czy nie wypada już lubić jego filmów?

Oskarżeniom o molestowanie, jakie wobec Woody'ego Allena wysuwa jego córka Dylan Farrow, towarzyszy atak na twórczość reżysera oraz grających u niego aktorów. Zupełnie nie jestem w stanie tego pojąć, bo choć nie mam cienia sympatii dla starych dziadów molestujących małe dziewczynki, to jednak oddzieliłabym dzieło od człowieka. A już na pewno od jego kryminalnych czynów.

Należy zacząć od tego, że oskarżenia jakkolwiek poważne i dotyczące obrzydliwego procederu są wciąż tylko oskarżeniami. Tak się składa, że w naszej kulturze prawnej ciężar udowodnienia winy spoczywa na oskarżycielu - dopóki zaś wina nie zostanie dowiedziona przed sądem, obowiązuje zasada domniemania niewinności. Co więcej kiedy po raz pierwszy wysunięto te oskarżenia w 1992 roku, podczas głośnego (i brzydkiego) rozstania Woody'ego Allena i Mii Farrow sąd nie dopatrzył się podstaw, by postawić zarzuty. Oczywiście: osobom znanym i majętnym zawsze łatwiej manipulować wymiarem sprawiedliwości (dobrze opłaceni eksperci wystawią odpowiednią opinię), więc uzasadnione wątpliwości pozostają. Zwłaszcza, że wszystko działo się w atmosferze obyczajowego skandalu, zaś Allen poślubiwszy Soon-Yi zamieszkał w Paryżu. Zupełnie jak inny, oskarżany o czyny pedofilskie, reżyser.

Trudno też zachować spokój i bezstronność, czytając emocjonalny list otwarty, który Dylan Farrow, adopcyjna córka Allena i Mii Farrow, zamieściła na jednym z blogów New York Timesa. Czytamy w nim, że siedmioletnia Dylan została zaprowadzona przez swojego ojca do ciemnego pomieszczenia, zmuszona do leżenia na brzuchu i bawienia się kolejką elektryczną któregoś z braci, a następnie seksualnie wykorzystana. "Do dziś nie mogę patrzeć na zabawkowe pociągi" - pisze Dylan. Opisuje też jak Allen zwykł wpychać jej kciuk do ust lub kłaść głowę na jej nagich udach i intensywnie wdychać i wydychać powietrze. Pisze o uczuciach jakie to w niej budziło - strachu i poczuciu winy, że nie jest dobrym dzieckiem, bo nie chce czegoś, o co prosi ją dorosły. Lektura jej listu budzi gniew - i na pewno taki był jego cel.

Mimo naturalnego odruchu, by stanąć po stronie ofiary - jestem kobietą, matką dwóch córek, łatwo więc o moje współczucie, zrozumienie dla molestowanej dziewczynki i odrazę wobec sprawcy tak obrzydliwych czynów - coś powstrzymuje mnie przed tym, by wyrzucić z kolekcji DVD wszystkie filmy Allena. Jednak nie. I pierwsze zdania listu Farrow: "Jaki jest twój ulubiony film Allena? Zanim odpowiesz powinieneś wiedzieć, że..." wydają mi się dość brzydką manipulacją. Czy podziwiając jakiekolwiek dzieło sztuki powinnam zadawać sobie pytanie o moralną nieskazitelność twórcy? A jeśli o twórcy niewiele wiadomo, jak choćby o Szekspirze, to może na wszelki wypadek zrezygnować z zachwytów nad monologami w "Henryku V", bo kto wie, co autor tej sztuki wyczyniał i pod jaki paragraf mógłby podpaść?

Człowiek - obojętne jak sławny - powinien ponieść karne konsekwencje udowodnionych mu czynów zakazanych. To pewne, bo równość obywateli wobec prawa jest tego prawa fundamentem. Ale czy należy objąć anatemą również jego twórczość? Odmówić mu artystycznego uznania? Tego żąda właśnie klan Farrow-Previnów, bo sprawa wypłynęła ponownie po tym, jak Allen został wyróżniony Złotym Globem za całokształt twórczości, a jego ostatni film "Blue Jasmine" otrzymał nominację do Oscara. Różni członkowie rodziny: Mia, jej syn Ronan, a w końcu w swoim miażdżącym liście córka Dylan, wyrażali oburzenie faktem, że Allen cieszy się uznaniem jako twórca. Ich zdaniem nie powinien.

Szczytem wszystkiego jest dla mnie jednak próba pociągnięcia do współodpowiedzialności (jakiej? za co?) grających u Allena aktorów, m.in. Cate Blanchett, która musi się tłumaczyć publicznie ze swoich związków z reżyserem, w domyśle: tym gwałcicielem dzieci. "A gdyby to było twoje dziecko?" - pyta w swoim liście Dylan, a ja nie mogę oprzeć się skojarzeniu z podobną demagogią rodem z filmu "Miś". Nie chodzi o to, że jej nie wierzę, czy nie współczuję - zwyczajnie nie wiem jak było i na podstawie dostępnych mi faktów, nie jestem w stanie tego rozsądzić. Na pewno chciałabym, żeby sprawa została wyjaśniona i winny - jeśli istotnie dopuścił się czegoś tak paskudnego, jak zarzuca mu to Dylan - został ukarany. Ale nie jego filmy. I nie aktorzy, którzy z nim pracowali. Bo to zwyczajnie nie fair.

Inną kwestią jest rodzaj społecznego przyzwolenia oraz istniejące w naszej kulturze wzorce związków dojrzałych mężczyzn z bardzo młodymi dziewczętami. Mit Lolity ma się dobrze i by daleko nie szukać: Mia Farrow poślubiła Franka Sinatrę mając zaledwie 19 lat (czyli tyle co jej córka Soon-Yi, gdy związała się z Allenem) - Frank był od niej o ponad trzy dekady starszy. Oczywiście jest znacząca różnica między siedmio- a dziewiętnastolatką, nie mam cienia wątpliwości co do tego. A jednak widzę tu jakiś rodzaj obłudy. Nie chciałabym żeby jej ofiarą padły moje ulubione filmy: "Manhattan", czy "Purpurowa róża z Kairu". Są świetne bez względu na to, czy nakręcił je pedofil, czy zwykły palant. I nie chcę czuć się winna oglądając je po raz kolejny.