Sunie Nyska przez stołeczne śniegi - historia pewnej wycieczki

"Jeśli myślisz, że stolica jest nudna i brzydka, nasi przewodnicy udowodnią Ci, że jest inaczej. Zwiedzanie Warszawy naszą Nysą, autobusem ogórkiem, a nawet tramwajem pozwoli Ci poczuć jak dawniej wyglądała stolica, jak się zmieniła, jaka jest dziś".

Na te słowa trafiłam, gdy zachęcona oglądaniem Krakowa przez szyby Zemsty Honeckera, zaczęłam szukać wycieczki po Warszawie. Przyznam, że ta Nyska mnie chwyciła. I tak zaczęła się przygoda, która była jedną z przyjemniejszych tej zimy.

Powiem to od razu - spojrzenie na własne miasto z perspektywy turysty, to niesamowite doświadczenie. Zupełnie nie spodziewałam się takiej dawki zachwytu i radości. Oczywiście, nie trzeba w tym celu udawać się na zorganizowaną wycieczkę, przecież wszystko można zorganizować samodzielnie. Zapewniam, że to jednak nie to samo. Wolałabym co prawda zjeść własne buty, niż udać się na jedną z typowych wycieczek miejskich, ale ta zdecydowanie nie była typowa. Poza tym, zachęciła do dalszej eksploracji.

Blue LimoBlue Limo

Swoje miasto znam tak, jak zwykle zna każdy. Znam jego historię, wiem sporo o zabytkach, nawet tych mniej znanych. Może wiem trochę więcej, choć nietypowo, bo przez ostatnie lata interesowałam się Warszawą głównie urbexowo (no wiecie - namiętne odwiedzanie pustostanów, ruin i kanałów), a to oznacza raczej wiedzę o wyburzonych fabrykach niż bardziej reprezentacyjnych zabytkach. Nigdy nie pałałam chęcią zostania przewodnikiem po Warszawie, choć i tak zawodowo byłam zmuszona do przegryzania się przez mniej znaną historię miasta, ale nie przykładałam się do tego specjalnie. Jednak po tej imprezce z Nyską myślę, że mogłabym zostać takim przewodnikiem, jak nasz - Mariusz z Adventure Warsaw. Rzadko mam do czynienia z ludźmi, którzy swoją pracę traktują jak nieustającą frajdę, robiąc przy tym wyjątkowo dobrą robotę. To urocze.

Ach, ta mimika...Ach, ta mimika...

Do Nyski wsiadłyśmy z Kasią w piątkowy poranek. Z nami dwie starsze Szwedki i bardzo zmarznięta para młodych Belgów. Dołączyłyśmy bowiem do wycieczki dla obcokrajowców, co jest zawsze świetnym pomysłem, o ile poradzisz sobie z lingłidżem. Nie tylko zyskać można nowe spojrzenie na stare mury, ale popatrzeć trochę oczami osoby, dla której i kraj, i miasto są zupełnie obce. Cenne i zabawne doświadczenie - polecam.

W Nysce swojsko i uroczo. Przy przedniej szybie obowiązkowy piesek z kiwającą się główką. Z tyłu - maska przeciwgazowa i stare tablice ostrzegawcze z fabryk. Kierowca - rajdowiec i człowiek orkiestra. Prowadził naszą limuzynę stylowo i z animuszem, od czasu do czasu przerywając swoje opowieści, aby energicznie wycierać parujące szyby za pomocą pluszowego szczura. Kierowca był pełen energii, szczur wyglądał na dość zrezygnowanego. Nyska przyciągała spojrzenia, a nasze zarumienione z wrażenia (i cholernego, cholernego zimna) paszcze, uzbrojone w szerokie uśmiechy, budziły wiele sympatii u innych kierowców. Dzięki temu nasi współpasażerowie nie doświadczyli tradycyjnej antykultury jazdy po stołecznych ulicach. Nyska parła do przodu, jak czołg.

Agata Połajewska

Nasza pięciogodzinna wycieczka wiodła przez teren dawnego getta, Pałac Kultury, Plac Konstytucji, a potem przez bramy warszawskiej Pragi i słynny Bazar Różyckiego. Mroźny maraton zakończył się w barze mlecznym, degustacją typowych polskich potraw. Z przyjemnością zauważamy, że zagraniczni goście uznali je za interesujące - zwłaszcza leniwe i bigosik. Zaliczyliśmy też klasyczny element polskiej gościnności, czyli łazienkę "tylko dla personelu" - miłe panie z Ząbkowskiego są jednakże wielce łaskawe. Ciekawe, czy dla wszystkich? Ta wizyta w barze mlecznym była też całkiem pouczająca, ale my tu nie o rzeczach smutnych. Choć twarze stałych bywalców zostają w pamięci, a pewne rzeczy docierają do człowieka mocniej niż zazwyczaj.

Agata Połajewska

Agata Połajewska

Od samego początku towarzyszyło nam miłe uczucie poznawania wszystkiego od nowa. Przy ulicy Próżnej nie byłam od bardzo dawna, choć przecież prawie codziennie przejeżdżam obok - nie poświęcam jednak nawet spojrzenia temu, co za oknem samochodu. Przecież ja to znam. Okazuje się, że niekoniecznie. Po pierwsze - zachwyciły mnie odrestaurowane budynki Próżnej, po drugie - wzruszyła zrujnowana kamienica, która oczekuje na lepsze czasy. Nie wiem jednak, czy teraz nie jest piękniejsza niż w planach.

Agata Połajewska

Wszędzie przypominajki. Co z tego, że nowoczesne. Ten kontrast chwyta za serce. I skłania do refleksji. Teraz już pamiętam i będę pamiętała. Obiecuję.

Agata Połajewska

Niesamowite było to, że dostrzegłam w końcu rzeczy, na które nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi, ich obecność była do tej pory tak oczywista, że niezauważalna. Brzmi paradoksalnie? Być może, ale tak właśnie jest. Podniosłam w końcu oczy znad chodnika i zobaczyłam te piękne okna, wspaniałe balkony ("Jak w Paryżu!" - zakrzyknęła Szwedka). Dowiedziałam się też, że mijana wielokrotnie płaskorzeźba na Placu Konstytucji kryje w sobie pewną tajemnicę. Wiecie jaką? Jeśli tak, odpowiedzcie w komentarzach - rozwiązanie ukryte jest na zdjęciu!

Agata Połajewska

No i Praga. Praga to dla mnie teren nieznany. Na ostatni spacer tropem sztuki ulicznej wybrałam się ze znajomymi rok temu - sama zwyczajnie się boję i nie lubię. Czuję się obco. Teraz miałam poczucie bezpieczeństwa (choć pewnie złudne, bo nasz przewodnik wspominał o różnych incydentach z udziałem lokalsów) i zajrzałam do tajemniczych bram. W bramach kryje się historia. I sztuka, która ma uratować tę część miasta przed ostatecznym zmurszeniem. Tutaj mam wrażenie, że czas się cofnął. Zaniedbane przestrzenie, zniszczone kamienice... I nagle w tym wszystkim tyle koloru.

Agata Połajewska

Agata Połajewska

Agata Połajewska

Agata Połajewska

Końcówka naszej trasy, to założone przez zapaleńców z Adventure Warsaw malutkie Muzeum PRL-u. Poczułyśmy się, jak w szczenięcych latach, bo część z tych eksponatów pamiętamy jeszcze jako rzeczy powszechnego użytku.

Agata Połajewska

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Agata Połajewska

Butelki oranżady, stare radia, plastikowy miś przytulanka (kto pamięta?), wymiętoszone paczki papierosów i obowiązkowa pralka z wyżymaczką. Dużo, dużo radości. Mariusz także zmienił nieco stylistykę i profesjonalnie pozował do zdjęć...

Agata Połajewska

W ramach rozgrzewki zaoferowano nam także tradycyjny wysokoprocentowy napój, zaserwowany w... bańkach. Sprytne, nie ma jak odstawić pełnego kieliszka!

Imprezę zakończyłyśmy bardzo ubawione i szalenie zadowolone (także bardzo zmarznięte - polecamy raczej wiosnę!), a także pełne zupełnie nowych uczuć do miasta i chęci poznania go jeszcze lepiej. Jeżeli nie mieszkacie w Warszawie, a wybieracie się tu na kilka dni - serdecznie zachęcamy do skorzystania z szalonej oferty Adventure Warsaw. Jeżeli mieszkacie - naprawdę, będziecie zadowoleni. Obiecałam sobie patrzeć uważniej, zainteresowało mnie kilka wątków z opowieści Mariusza i miałam niekłamaną frajdę z patrzenia na to, jak na Polskę patrzą obcokrajowcy. Bo było to spojrzenie pełne nie tylko aprobaty, ale i zachwytu. Poczułam nawet pewną dumę. Życzę sobie w związku z tymi doświadczeniami połazić więcej, zobaczyć więcej, ogarnąć więcej.

Kasia zmarznięta, ale zadowolonaKasia zmarznięta, ale zadowolona

Mam też nadzieję, że uda się nam niedługo namówić Mariusza na jakiś fajny wywiad, bo mówił szalenie ciekawe rzeczy o swojej pracy, zwłaszcza z zagranicznymi turystami. Czekajcie zatem na ciąg dalszy!

Ja z kolei czekam nadal na Wasze opowieści z podróży - tych długich i tych zupełnie malutkich.Macie swoje ukochane miejsca w Warszawie? Piszcie o nich, może jakiś fochowy spacerek? Albo choć spacerownik?

Więcej o: