O Fochu, który jeździł szwajcarską koleją

To miała być zupełnie inna opowieść. Zaczynała się od słów: "Więc to tu w dramatycznych okolicznościach dokonał się żywot Sherlocka Holmesa!" i miała mówić o wizycie w miejscu, w którym sir Artur Conan Doyle postanowił wykończyć swego literackiego podopiecznego. Potem miało być coś o Jamesie Bondzie, w końcu też bywał kiedyś w okolicy. Prawdziwymi bohaterami okazali się być jednak szwajcarscy kolejarze.

Poranek był wyjątkowo nerwowy. Nagła zmiana planów wymusiła zaangażowanie nowego przewodnika. Zwyczajnie okazało się, że państwo przyjezdni z dalekiego kraju wolą pogłaskać srogi szczyt Eiger od środka i przytulić Aletsch, największy alpejski lodowiec w zastygłej pozie lśniący między szczytami Jungfrau i Bietschhorn. Wolą to, niźli szusowanie na nartach. Dodajmy, że nie byle jakie szusowanie, bo mogliby przecież państwo jeździć tymi samymi szlakami, co sam James Bond w Tajnej Służbie jej Królewskiej Mości. No, ale skoro nie, to nie.

Państwo siedzą już kolejną minutę w drewnianym wnętrzu stojącego przy stacji kolejowej baru. Dym z papierosów taki, że można by nie tylko siekierę, ale i drwala zawiesić. Nie ma jeszcze dziewiątej rano, a już czuć, że jeśli nie piwo, to chociaż haust wiśniówki rozjaśniłby jakoś niewesoły mrok atmosfery, gdyby nie perspektywa służby. Skoro już o tej mowa, wokół ludzie w służbowych kurtkach. Pracownicy schronisk, górnych stacji kolejowych, motorniczy, techniczni i ratownicy górscy. Kurzą tak, jakby od ilości wypalonych petów zależeć miała przejezdność żelaznych szlaków. Na dworze zaś kolejną godzinę sypie śnieg. Sypie dość wytrwale - taki mają klimat w tych Alpach Berneńskich, że jak jest zima, to jest śnieg i on pada.

Sepp patrzył na nas bez zrozumienia. Jak to? Co może iść nie tak? No jak to co? Powoli klarujemy Szwajcarowi - jest zima, jest śnieg, jest kolej żelazna. Nasz plan zakłada zaś... przejazd aż ośmioma pociągami!

Wychodząc ciemnym rankiem z domu, z plecakiem na grzbiecie, brodziłam w świeżym puchu niemal po pas. Okolica wyglądała baśniowo, a wyłaniający się w dole dworzec kolejowy przypominał pałacyk z piernika. Ale nie było nam słodko, o nie. Wyjazdy służbowe w naszym fachu mają to do siebie, że są napakowane zajęciami do granic możliwości. Trzeba chłonąć, doświadczać, dużo, więcej, mocniej, bardziej. To tak, jakby tygodniowy plan maksimum spakować w formę trzydniowego testu wytrzymałości. Ma to swoje plusy, zwłaszcza, jeśli lubi się dużą dynamikę w życiu, dlatego nie narzekam, całość zaś, mimo mnogości wrażeń, pozostawia olbrzymi apetyt na więcej. No chyba, że jakieś niesprzyjające okoliczności przyrody krzyżują plany - wtedy klops, schluss, smutek i poczucie rozczarowania, zamiast apetytu - piekielny głód, a w oczach rozpacz godna pięciolatka, któremu wiatr wyrwał z ręki upragniony, wybłagany srebrzysty balon z helem. Patrząc na czerwone lampki na wielkiej tablicy informacyjnej ustawionej przed górskim dworcem w Grindelwaldzie, oznaczające, że tory są nieprzejezdne, czuliśmy, jak ten nasz srebrzysty balonik powoli się wysmykiwał. Mieliśmy na szczęście przy sobie Seppa.

Ta cholerna czerwona lampkaTa cholerna czerwona lampka

W zasadzie na imię miał Stefan i zasypywał nas fantastycznymi anegdotkami. Starszy pan o wyglądzie zegarmistrza, a krzepkości sportowca. "Od piętnastu lat jestem na emeryturze, wcześniej byłem inżynierem w szwajcarskiej armii, jeździłem po świecie, od czterdziestu lat mieszkam jednak w Interlaken, więc czuję, że jestem nie najgorszym kandydatem na przewodnika po regionie" - wyrzucił zamiast typowego powitania. Owszem, w swej nie-najgorszości był mistrzem. Kiedy tak zabawiał nas historiami, przedstawiając poszczególnych pracowników tego i owego, nadzorców technicznych kolejowej stacji przesiadkowej na szczycie Kleine Scheidegg i innych magików, a my coraz mocniej niepokoiliśmy się długim oczekiwaniem na na podróż pociągiem - dynamicznie ulegał zmianom nasz plan. Kiedy po godzinie oczekiwań czerwień lampek zmieniła się w przyjazną zieleń, wskoczyliśmy do wagonu pierwszego z pociągów jadących w górę. To był nasz punkt bez powrotu. Od tego moment wszystko musiało już iść jak w zegarku. Sepp patrzył na nas bez zrozumienia. Jak to? Co może iść nie tak? No jak to co? Powoli klarujemy Szwajcarowi - jest zima, jest śnieg, jest kolej żelazna. Nasz plan zakłada zaś... przejazd aż ośmioma pociągami! A wszystko to JEDNEGO DNIA, przed godziną 16:00, bo o tej porze to my już musimy być w zupełnie innej części kraju i pakować się do samolotu. Licząc to wszystko, sprawdzając dokładnie, że na większość przesiadek mamy około 4-5 minut, zaczynamy żałować swoich naiwnych decyzji o pocałowaniu Jungfrau.

Roszczeniowa czwórka Polaków nie dość, że pogłaskała sobie ten Eiger, tego Muncha i popatrzyła na Aletsch, to jeszcze potem sprawdziła w praktyce punktualność kolejnych połączeń.

Sepp nadal nie rozumie. Jedziemy dalej, zmieniamy pociąg z Grindelwaldu na szczyt Kleine Scheidegg, na ten, który wjeżdża po zębatym torze pod kątem 25 stopni w górę. Mamy wjechać najpierw w skalne trzewia masywu Eiger (mityczne bydlę, którego północna ściana pochłonęła wiele ofiar) przeszyć Muncha, by wreszcie zakończyć szaleńczy podjazd pod łapami kamiennego Sfinksa strzegącego Jungfraujoch. I tłumaczymy spokojnemu emerytowanemu inżynierowi wojskowemu, że u nas w Polsce zimą, taką śnieżną, z trzymetrowymi zaspami, no to taką zimą opóźnienia pociągów są normą. Że nie raz już przechodziłam osobiście procedurę zwrotu pieniędzy za bilet na pociąg, który w ogóle nie dojechał, bo awaria. Że jak zima, śnieg i góry, to już w ogóle wszyscy są przygotowani na co najmniej 160 minut bonusowego czekania, A ON NAM MÓWI, ŻE SIĘ UDA?!

No tak... Sepp spokojnie klaruje dalej: kolej w tym regionie kursuje zgodnie z rozkładem 365 dni w roku. Jedyne momenty, kiedy jakiś kurs jest wstrzymany, zdarzają się w czasie lawiny i powiewania ichniejszego halnego, znaczy ciepłego wiatru fenowego. Punktualność szwajcarskich kolei mierzona jest procentami. W 2013 wynosiła - jak powiedział Sepp - osiemdziesiąt pięć procent. Słowem 85 % pociągów przyjechało do celu w czasie nie późniejszym, niż 3 minuty po wyznaczonej godzinie. Ideałem jest 95%. Ten ideał niekiedy udaje się ponoć osiągnąć.

Dynamit, łopaty i pługi - w służbie jej królewskiej mości PunktualnościDynamit, łopaty i pługi - w służbie jej królewskiej mości Punktualności

Tego dnia dwa poranne pociągi, które nie odjechały, mocno nadszarpnęły dobre imię szwajcarskich kolei. Pracownicy jednak dwoili się i troili, kilofem, łopatą i dynamitem (ach ten dreszczyk emocji, Sepp mówi, że sam nie jest pewny, czy to dynamit, ale wybuchy były, moi drodzy! lawinki śnieżne także), by statystyk krajowych nie pogarszać bardziej. I poszło. Roszczeniowa czwórka Polaków nie dość, że pogłaskała sobie ten Eiger, tego Muncha i popatrzyła na Aletsch, nie dość, że przejechała się cudem techniki, jakim od 102 lat jest kolej zębata na Jungfraujoch (obok motorniczego! cytując Cartmana: "Kto chce mnie dotknąć?!"), to jeszcze potem sprawdziła w praktyce punktualność kolejnych połączeń.

Stromy kolejowy podjazd we wnętrzu AlpStromy kolejowy podjazd we wnętrzu Alp

Ci cholerni Szwajcarzy są w tym cholernie dobrzy. Połączenia zazębiały się idealnie, przesiadki były płynne, ani razu nie musieliśmy rozsypywać zboża, nikt nie przebukowywał biletów na powrót. Takiego wyniku nie udało mi się nigdy wcześniej osiągnąć. Przypomina mi się, jak starannie zaplanowany przejazd pociągami regionalnymi przez ojczyznę pochmurnego Goethego, przygłuchego Beethovena i niejednoznacznego moralnie Heideggera, legł w gruzach z chwilą, gdy drugie z sześciu połączeń poszło się... a w zasadzie nigdzie nie poszło. Pociąg stanął tuż przed mostem w Magdeburgu, bo lokomotywa się zepsuła. I tak nasza drabinka rozsypała się w stos, na którym mieliśmy ochotę spalić kilku ludzi odpowiedzialnych za przegląd techniczny i inne takie. Wsiadając do odlatującego zgodnie z planem samolotu myślałam o tym, jak to miło, kiedy takie misterne plany, jak nasz szwajcarski kolejowy trip, udaje się zrealizować.

To nie nasza wina, że wszystko się tak strasznie rozpieprza, odpowiedzialność rozmywa, a pociągi nie dojeżdżają. Taki mamy klimat.

Myślę, że Szwajcarzy nie rozumieją tej radości, nie wiedzą skąd ten podziw. Najpierw w naszych oczach urośli ichniejsi kolejarze, ależ to są bohaterowie! Tak wszystko pięknie zgrywać w czasie i to każdego dnia. A potem pomyśleliśmy, znaczy nie wiem jak reszta, ja - owszem, że największymi bohaterami są nasi kolejarze.

Nie dość, że nie mamy ani jednej zębatej kolejki na szczyt gór, nie mamy też ani jednego lodowca, do którego mogłaby do wozić pasażerów, to jeszcze ci nasi biedni kolejarze pewnie nawet dynamitu nie dostaną, żeby sobie powybuchać to czy tamto. Oni idą do pracy nie po to, żeby znów przyjechać o czasie, a po to, by spóźnienie zminimalizować. Najgorsze zaś, że nieustannie muszą się borykać z tymi cholernymi roszczeniowymi Polakami. Szwajcary zaś mają nas tylko raz na jakiś czas. Tak, wiem, ironia nie na miejscu, to nie nasza wina, że wszystko się tak strasznie rozpieprza, odpowiedzialność rozmywa, a pociągi nie dojeżdżają. Taki mamy klimat. Przepraszam, rozumiem to, mnie po prostu ta punktualność zamroczyła niczym złoty strzał, takie przedawkowanie szczęścia.

Więcej o: