Co ja zjadam? Ekstremalnie tanie potrawy

Gdy po ulicy "przelew? hula wiatr, konto przeszło w tryb "manko?, a w portfelu całkiem koncertowo, bo grają Pustki, na arenę wkracza kryzysowe gotowanie.

Umówmy się - w sieci znajdziecie miliony przepisów na obiady za mniej niż 500 zł, jest też sporo cennych rad na poskromienie nieumiarkowania w rozrzutności kuchenno-finansowej. Wszędzie tam, gdzie każą Wam zredukować ilość trufli i zamienić jagnięcinę perliczkami kupionymi na promocji, albo proponują tanią potrawkę z brokułami i serem lazur - odnajdziecie upragnioną taniość. My pomówimy dziś o innej sytuacji. Nie będzie opowieści o redukowaniu wydatków, zamiast tego zwyczajny kuchenny survival, kiedy wiadomo, że trzeba przygotować coś ciepłego - i nie chodzi o metaforę dobrego miejsca na cmentarzu - na koncie zaś kwoty zdecydowanie bliższe są zeru, niż nieskończoności. W takich chwilach cieszą przepisy zawierające paprykę, cukinię i bakłażany - tylko, że nie.

Kryzysowym produktom zazwyczaj jest nieco inaczej na imię, na przykład ziemniak, ryż i kasza. Zacznijmy jednak od króla wszelkich podbramkowych sytuacji, czyli od rosołu. Kiedy masz do wyżywienia cztery dzioby rosół jest niezastąpionym towarzyszem niedoli, a spróbuje potem gówniarz jeden z drugim narzekać, że nie tknie. Najtańszy zjadliwy rosół mięsny, jaki udało mi się ugotować kosztował około 8 zł za całość i zawierał jedno udko z indyka, co zjadło lwią część budżetu, włoszczyznę w cenie poniżej 2 zł oraz trochę domowej uprawy lubczyku, bo jestem szalona i hoduję zioła na parapecie. Rosół jest dobry solo, a jeśli są fundusze albo zapasy jajek, można zjeść go z zawartością jajka rozbełtanego w kubku. Można też nabyć w dyskoncie spożywczym na "B" dwukilogramowy worek makaronu za około 2 zł i zjeść godziwy rosół z godziwym zapychaczem.

Do domowej klasyki gatunku należy oczywiście przetwarzanie mięsa i marchwi z rosołu w zgrabną potrawkę, która zawiera też niewielką ilość samego rosołu, odrobinę jogurtu z tych za 99 groszy, który w celu niezwarzania się mieszamy z łyżeczką mąki - całość mieszamy w garnku i pilnujemy aż się zagotuje, ale nie zjara. Tak wytworzona potrawkę można zjeść dla odmiany z ryżem albo z ziemniakami w mundurkach upieczonymi w piekarniku (tak wiem, skórka od ziemniaka jest totalnie niezdrowa, możemy pomedytować na ten temat wychodząc na kolejnego papierosa, jeśli palimy). Resztę zupy można następnego dnia wymieszać z koncentratem albo z tartymi ogórkami i kawałkami ugotowanych ziemniaków, nigdy jednak z tym i z tamtym na raz, bo po wszystkim pozostanie już tylko dosypanie szklanki cukru, nałożenie papierowej torby na głowę i oczekiwanie na rychły upadek zachodniej cywilizacji.

Cudna zupaCudna zupa

No dobrze, ale jak jedna z czwórki nie je mięsa, to co? Można zrobić zupę cud bez mięsa. Zawiera taką samą włoszczyznę jak rosół, tylko pokrojoną w kostkę, zawiera także inne warzywa kryzysowe - konkretnie cebulę i czosnek posiekane i lekko podprażone na patelni, wodę, bo bez wody nie ma życia, o tym wie każdy Marsjanin. Znalazłam też raz na górnej półce słoik suszonych grzybów, dorzuciłam kilka i od tego czasu świat jest bardziej kolorowy, a kosmici bardziej przyjaźni. Nie no, żartuję, wszystko pozostaje równie chujowe jak dawniej, ale jeśli znajdziecie w szafce resztkę suszonych grzybów albo jakieś pozostałości warzyw, które nie pasowały do niczego, ale jeszcze nie tknęła ich ta cholera, pleśń - możecie dorzucić. Kto biednemu zabroni? Kiedy warzywa się nieco podgotują dając żółtawy bulion, biegniemy szybko ku południowemu oknu, tańczymy tradycyjny rytualny taniec obfitości - to na wypadek zabobonnych skłonności. Kiedy brak nam takowych - bez zbędnych ceregieli dosypujemy do tego bulionu wrzącego trochę kaszy, najlepiej takiej jak do krupniku. Żeby zupa była totalnie deluksowa można też dodać koncentratu pomidorowego. Jest też cała gama zup kremów, to banalnie proste zupy i można je wytwarzać dość szybko, korzystać przy tym z najtańszych warzyw oraz, co z czasem zaczyna mieć znaczenie, doprawiać fantazyjnie, dając iluzję splendoru kulinarnego. Niestety, nie dla psa kiełbasa, nie dla leniwej gospodyni kremy - w moim domu jestem bodaj jedyną osobą, która lubi takie rzeczy, więc w sytuacji podbramkowej owszem, mogę sobie zrobić garnuszek przecieru i wrzucić tam kilka kontrowersyjnych przypraw z mojego sekretnego skarbczyka, a pozostałym zaserwować rosół z kurzych łapek, ale trochę mi się nie chce bawić w takie ceregiele.

Porozmawiajmy o ziemniakach, to nasi przyjaciele, można ich więc traktować tak, jak prawdziwych przyjaciół, znaczy upiec w piekarniku i zjeść zapijając kefirem i zagryzając jajkiem sadzonym. Jeżeli nieco inaczej definiujecie przyjaźń, jest milion przepisów na ziemniaki. Aleksandra dzieliła się już planem sporządzania Niedźwiedzia - ja z dzieciństwa pamiętam danie uniwersalne czasów mikrofinansów, kiedy matka brała obrane kartofle, a następnie bawiliśmy się w coś w rodzaju odtwarzania epok geologicznych, wiecie, kreda, jura, karbon, trias, łupki, skamieniałości. Nie no dobra, to niesprawiedliwe, zapiekanka była bardzo smaczna. Do rzeczy więc. Brało się takie obrane i pokrojone w plastry ziemniaki, układało warstwowo z plasterkami boczku (i, jeśli starcza kasy na takie brewerie, również kiełbasy), jałowcem, kminkiem, plastrami cebuli - wszystko w naczyniu żaroodpornym - i sru do piekarnika. Niech się tam podpieka. Moją bezmięsna i bezziemniaczaną wariacją w tym temacie jest zapiekanka z warzyw z sosem z jajka, mleka i odrobiny żółtego sera.

Ziemniory, mniamZiemniory, mniam

Skoro już o serze, gdy nam brak funduszy, tanie wyroby seropodobne zyskują na atrakcyjności. Kolejna reminiscencja z dzieciństwa obejmuje danie, którego najgłówniejszym i superważnym elementem był kotlet rzymski. To gruby plaster sera obtoczony w jajku i w bułce, a następnie zesmażony na patelni. Koniecznie do tego domowej roboty zakwasy, znaczy pikle, w sensie cokolwiek z zalewy kiszonej albo octowej, bo przecież inaczej można paść trupem. Oczywiście pamiętam też rzeczy mordercze, jak kotlety z mortadeli i sphagetti z koncentratu i parówek, ale może jednak nie próbujcie tego w domu. Możecie za to zrobić babkę ziemniaczaną, ale inną, niż na Kurpiach. Nasza babeczka wymagała ugotowania ziemniaków, utłuczenia ich z masłem (jeśli jest w domu, stać was) tartym serem, posiekaną i zeszkloną cebulką, solą, pieprzem i tartą czerwoną słodką papryką, a następnie wrzucenie tego do jakiejś foremki tak, żeby było bardziej wysokie niż płaskie i zapieczenie w piekarniku. Pytając o proporcje jesteście szaleni. Ziemniaków było dużo, masła dwie łyżki, sera tarło się tyle, żeby dało się zauważyć jego obecność w tej masie. Ach! CIĘCIE! Jajko! Ono się przyda! wbija się je w tę jasną masę i miesza. Foremka pojawia się dopiero w następnej scenie. Przepraszam za zamieszanie.

Byliśmy raz u Liwów, takiej wyjątkowo małej mniejszości zamieszkującej półwysep Kolka na Łotwie. Ci to są dopiero zmyślni, bo jedzą ziemniaki z jęczmieniem, co gwarantuje zapewne dwa razy więcej energii. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała że coś, co nasza gospodyni nazwała mianem "Porridge with potatoes", by nie wywoływać wśród przyjezdnych konfuzji oryginalną nazwą Bukstiputra, że to coś nam nie smakowało. Ziarna jęczmienia (opcjonalnie pszenica, taka jak na kutię) są jednak podstępnym elementem definiującym kuchenną rzeczywistość, bo ten mały zołz wymaga najpierw przepłukania, a potem namoczenia, najlepiej na dzień. Potem na szczęście jest już z górki - starą wodę wylewamy, nową nalewamy do innego garnka, gotujemy z solą, wsypujemy naszych małych wymoczonych przyjaciół i pokrojone w kosteczkę ziemniaki bez skórki (lenie! nie unikniecie obierania w tym odcinku!). Uwaga! Drogie dzieci, to ta magiczna mikstura, która wymaga tego, aby w garnku było dwa razy więcej wody niż kaszy i ziemniaków. Soliliście już wodę z waszymi warzywami? Nie? No to do dzieła. Gotujecie to wszystko, aż kostki i ziarenka zmiękną. Jeśli macie w domu mleko - dodajecie trochę mleka. Jeśli macie masło - możecie dodać masła. Jeśli posiadacie kawałek mięsa - można pokroić w plastry i obok na talerzu ułożyć, ale ten cały bukszpan można jeść całkowicie solo. Co się tyczy mięsa samego w sobie, najtańszy ze wszystkich mięs jest brak mięsa, to żadne odkrycie, ale jeśli już jakieś mięso musi być, to poza porcjami rosołowymi mamy na przykład nieśmiertelne kurczaki na tysiąc sposobów -może o tym kiedy indziej, dobrze?

Wracając do czasów kroczenia ciemną doliną "Czekam na przelew", doskonałe są tosty niespodzianki - kromki chleba z wyciętym po środku okienkiem. Kromki kładziemy na patelni a w okienko wbijamy jajko. Opiekamy z dwóch stron i koniec zadania, można zjeść z piklami. W temacie chleba, być może w waszych oszczędnych umysłach wykiełkował plan, aby takowe cudo czynić własnoręcznie w domu. Umiecie robić zakwas? Tak? No to to nie ma o czym gadać, bo doskonale już wiecie, że domowy chleb jest nie tylko tańszy ale i smaczniejszy niż te obce, sklepowo-piekarniane. Uwaga! Od pewnego czasu można nabyć mieszanki do wypieku chleba, takie czary-mary, do których wystarczy dolać wody i dorzucić drożdży, a następnie upiec. Jeśli kilogram mieszanki kosztuje więcej niż 3 zł, to cała ta gra nie dość, że jest nie warta świeczki, to i knota od niej, nawet spalonego. Nie i koniec. Wracając do gotowania. Jeśli jesteście wystarczająco frywolnymi bestyjkami możecie zrobić kotlety z groszku i cebuli. W tym celu ziarna groszku gotujecie w osolonej wodzie przez 40 minut, cebulkę szklicie, groszek po zmięknięciu mielicie, dorzucacie cebulę, dosypujecie do tego przypraw wedle uznania - ja bym na przykład dodała suszoną kolendrę, koniecznie też czosnek, wbijacie jajko, mieszacie i w formie placuszków smażycie.

Oczywiście każdy napotkany na drodze Włoch powie wam, że najtańszym kryzysowym daniem jest makaron z oliwą, świeżymi ziołami oraz czosnkiem. Tak można go jeść, Foch.pl pozwala. Nasza redakcyjna Korespondentka z Wydziału podzieliła się jednak czymś znacznie ciekawszym, bo przepisem na tani makaron PO NASZEMU. O. Zawiera on podkład z patelni, biały ser, skwarki z boczku i oczywiście głównego bohatera, czyli ugotowany uprzednio makaron. Potwierdzam, widziałam moją teściową konsumująca takie cudo. U nas w domu sporo było zawsze przetworów owocowych, więc nasza wariacja w temacie smażonego makaronu zawierała masło, cukier (szklankę?) oraz odpowiednią ilość konfitury. Bardzo to było słodkie i pożywne.

Korespondentka zdradziła też archaiczny przepis kryzysowy, danie babcine składające się z białej kapusty, cebuli, ugotowanego uprzednio na twardo jajka, oraz makaronu łazankowego. Liście kapusty ugotować, wyłowić brutalnie i bez wahania posiekać. Cebulę bezlitośnie skroić w kostkę i podsmażyć, jajko szatkować, aż pożałuje, że w ogóle wchodziło na wojenną ścież..., a nie, nie wchodziło, tak czy siak - poszatkować- wrzucić ten cały galimatias na patelnię, doprawić solą, pieprzem, gałką muszkatołową. Podawać z łazankami.

KaszuniaKaszunia

Ręka za to proponuje przepis na "Kaszę a'la Kic", czyli studenckie danie prosto z kultowych akademików na Kickiego. Makaron ten, przepraszam, kasza! Gryczana, znaczy epicka, wreszcie gdzie gryka jak śnieg biała. Jakkolwiek. Kasza gryczana wymaga ugotowania, ser - dodania do kaszy, a cebula posiekania i tak dalej, całość potrzebuje was, waszych czułych dłoni i mieszadełka, żeby nim tam zamieszać, a następnie sztućców, wreszcie studenckie, czy nie, danie wygodniej i bardziej elegancko jest spożywać nie rękami, a sztućcami podając porcje niewielkie do ust swoich.

pęczak

Koleżanka Natalia podzieliła się z kolei ekspresowym przepisem na pęczak z groszkiem z puszki. Jak dodaje, groszek można stosować wymiennie z fasolą. Kaszę i dodatek warzywny typu strączkowego wymieszać, dodać ziółek, najlepiej świeżych, czosnku, cebuli i już! No dobra, jak widać głodny artysta to płodny artysta, a artysta kryzysowy to grafoman zawodowy, czy jakoś tak to szło. Wiem, wiem, wszystko było "tl;dr", ale może kiedyś się Wam przyda!