Reisefieber - ciężko mi się cieszyć wyjazdami

Mam taką przypadłość. Czy przykrą? Sama nie wiem. Odczuwam niepokój przed każdym wyjazdem. I ten niepokój najczęściej pożera większą część przyjemności, która z tej podróży płynie

1. Długo, długo przed (jeśli wyjazd planowany jest dużo wcześniej). Takie np. rodzinne wakacje. Są tacy, którzy mają wszystko zabukowane już w lutym. Wiedzą, gdzie chcą jechać, wiedzą kiedy, wiedzą z kim. Bez obaw kupują bilety lotnicze po 200-300 złotych, zamawiają najlepsze kwatery nad samym brzegiem morza albo w najlepszym punkcie miasta. Zimą bukują lato, latem zimę, z odpowiednim wyprzedzeniem długie weekendy, wszelkie sylwestry i inne święta. A ja? Jak mam kliknąć jakiś tani bilet, taki tani, bo bez opcji zwrotu, to się cała spocę i zasapię z nerwów. Bo czy ja wiem, czy będę mogła wziąć wtedy urlop? Czy ja wiem, czy moje dziecko nie będzie wtedy chore albo niedomagające? A może ja będę? Każdemu przecież może się zdarzyć. I co wtedy? Wszystkie tanie bilety sztuk cztery (co już tworzy niezłą sumkę, nawet jak są tanie) pójdą precz. Bo przecież nie pojadę z chorym. Albo chora. Albo bez urlopu, prawda?

2. Tydzień przed. Czy ja wszystko mam? Czy czegoś mi nie brakuje? Ale nie mam czasu sprawdzić, bo przecież praca, próby, dziecko, coś tam. A w ogóle to co ja mam ze sobą wziąć? Bosz, jak ja nie cierpię się pakować. Kiedyś jechałam na camping z idealnie przygotowaną do tego koleżanką. Ponieważ ona regularnie jeździła na camping, miała elegancko przygotowaną listę, którą po prostu wyciągała z odpowiedniego pliku w komputerze. Na liście był zarówno młotek do wbijania śledzi, przyprawy, ściereczki, durszlak do makaronu, lampka do namiotu, coś na robaki, przenośna lodówka i tysiąc innych rzeczy, o których ja nawet bym nie pomyślała. Ta lista co roku była wzbogacana o kolejne rzeczy, które mogły się na campingu przydać. Ja nie jestem w stanie stworzyć takiej listy. Nie mam na to czasu, bo zawsze przed wyjazdem jest jakiś szał. Trzeba napisać 8 tekstów naraz, albo zagrać ileś przedstawień i mieć 40 godzin prób. Poza tym wychodzę z założenia, że przecież jadę do kraju, w którym wszystko jest i wszystko można kupić.

Jeśli jadę samochodem, to jeszcze przegląd samochodu trzeba zrobić, żeby się potem w drodze nie zepsuł.

A jak mi się tu na środku popsuje?A jak mi się tu na środku popsuje?

3. Dzień przed. Koszmar pakowania. Wrzucam do walizki co mi tam wpadnie pod rękę. Nie mam żelaznego zestawu wyjazdowego, który świetnie sprawdzi się w podróży, bo to pasuje do tego, a to do tamtego i jeszcze ta sukienka na elegancki wieczór i te buty, które pasują do wszystkiego. Jeśli pakuję swoje małe dziecko, zabieram pół szafy, bo przecież nie będzie kiedy i jak prać, a jak się zaleje, zarzyga, zapluje, obesra? Możliwości tysiąc. A jak zrobi się ciepło, a jak zimno, może te buty na futerku przydadzą się jednak na plaży? Leki? Jakie leki? A może antybiotyk "na wszelki wypadek"? Albo chociaż zestaw reanimacyjny? A potem jedzenie na drogę - ten nie lubi kanapek, ta nie lubi nic, więc wezmę jej bułeczkę i soczek, i kabanoski, i parówkę, i zupkę do odgrzania w mikrofali, i może jeszcze te chrupki, i paluszki, i ciasteczka. Dla mnie? Ach, ja nie będę jadła, już mi się odechciało (za dwie godziny mi się oczywiście zachce, ale nie będzie co). Ach, ja bym chciała termos z kawą, ale już nie mam miejsca, będzie kawa na stacji, co mi tam, do cywilizowanego kraju jadę.

4. Dzień wyjazdu. Nie znoszę jeździć środkami lokomocji, kiedy trzeba gdzieś być na czas. Pociąg, autobus, samolot. Tak mnie to stresuje, że zazwyczaj jestem tak dużo, dużo wcześniej, że potem sterczę jak ta głupia na stacji albo na lotnisku. Lotnisko jest najgorsze, bo nigdy nie wiadomo, jaka będzie kolejka do odprawy, a potem do bramek. Samochodem można wyjechać kiedy się chce, ale samochód ma to do siebie, że lubi się czasem zepsuć w drodze. Kiedyś zepsuł się nam we Francji (a jechaliśmy do Barcelony), w najdroższym kraju świata i naprawa, która w Polsce kosztowałaby 500 zł, tam też kosztowała 500, tylko euro. Ostatnio zepsuł mi się, kiedy zamierzałam wracać znad morza do domu. Takie tam, samochód załadowany, dziecko gotowe do spania (bo człowiek tak wycyrklował, żeby spało, chociaż trochę, żeby można było z 200 km w spokoju przejechać, a tu sprężyna trach, warsztat grany, części nie ma, sobota, nie wiadomo, czy uda się zdobyć. 4 godziny w plecy, ale się udało, sukces, choć potem trzeba było walczyć całą drogę z wrzeszczącym drobnoustrojem).

A taki np. samolot - czasem jeden nie wystarczy, żeby gdzieś dolecieć, czasem człowiek leci dwoma, a one lubią się spóźniać. Małe piwo, jak lecisz connecting flights, wtedy każdy chce ci pomóc i jeśli coś się spóźnia, to albo znajdą szybko miejsce w innym samolocie, albo znajdą nocleg. A jak lecisz normalnym samolotem i tanimi liniami, i jeden się spóźni, a drugi odleci, to jesteś w dupie. Wszystko idzie się walić. Zaoszczędziłeś sobie na biletach, aha. Spotkało mnie to kiedyś, kiedy wracaliśmy z Turcji. Najpierw z głębokiej Turcji do Stambułu. I tam zobaczyliśmy, jak nasz samolot do Polski właśnie odleciał, pa pa. Och, mieliśmy ogrom szczęścia, bo udało nam się kupić bilety na powrót już na następny dzień. Ale to kosztowało, oj, więcej niż naprawa samochodu we Francji, bo co ich to obchodzi, że nam się tanie linie spóźniły?

A jak mi odpłynie beze mnie?A jak mi odpłynie beze mnie?

5. A jeszcze zostaje jeszcze kwestia, czy to miejsce, które zarezerwowaliśmy przez internet aby na pewno okaże się tak fajne jak na zdjęciach? Czy do morza na pewno będzie 500 m, a nie 5 km? Czy przez okno naprawdę będzie widać góry? Czy to nie będzie zatęchła nora? Albo czy obok nie będzie biegła autostrada? A będzie gdzie jeść? A sklep? A w sklepie jedzenie będzie (teraz np. piszę do was z wyjazdu na narty, do Francji. I wszyscy mówili, żeby żarcie brać, ale ja na to, po co mi żarcie, czy we Francji nie ma sklepów? Są, oczywiście, ale tu gdzie mieszkam, to tylko taki jeden mały sklepik, gdzie rano bagietę można kupić. A tak żeby na obiad coś ugotować, to już nie bardzo. Kluski i sos, sos i kluski. A samochodu nie ma, bo przylecieliśmy samolotem, który się oczywiście spóźnił, ale na szczęście był tylko jeden. A potem był jeszcze problem ze skipassami, bo Polak zawsze chce jakoś tak zarobić albo przyoszczędzić i potem inny Polak dwa razy płaci. Ale bardzo ładnie tutaj jest, góry za oknem i górska chatka, tylko jeść nie ma co za bardzo).

6. Podziwiam wszystkich tych, którzy z małymi dziećmi nie boją się jechać w dzikie kraje. Dzikie, czyli poza Europę, Australię i Amerykę Północną. Tam, gdzie nie wiadomo co, gorączka, cholera, komary syf przenoszą i generalnie nie ma cywilizacji. Ja bym umarła. Z nerwów. Już bym widziała, jak to dziecko łapie wszystkie najgroźniejsze bakterie i ameby, a potem umiera w moich ramionach. Sama mogłabym tam pojechać, a jakże, chociaż w sumie bałabym się tego samego. Ale ja bym przynajmniej od tego nie umarła, po prostu by mnie generalnie przeczyściło.

Ale żeby nie było - ja bardzo lubię wyjeżdżać. Ale najbardziej to sama i służbowo.

Więcej o: