A co TY robisz, kiedy już nie możesz?

No wiesz, wtedy, kiedy opadają ci ręce i nawet mięsem nie masz siły rzucić. Kiedy wszystko się sypie, ale tak z przytupem i po całości. Co robisz, kiedy nie możesz zrobić już nic?

Zaznaczam, nie mówię tu o prawdziwych dramatach i tragediach, śmierci, chorobie, osiągnięciu dna. Z trzech powodów - po pierwsze: nie chcę o tym myśleć. Bo nie. Po drugie: w obliczu realnych nieszczęść większość z nas mobilizuje się i staje do walki, choćby o przegraną sprawę (poza tym nie chcę o tym myśleć). Po trzecie: to kolejny z moich tekstów, które nie niosą informacji, pomocy, ni oświecenia. To raczej odpowiednik sytuacji, kiedy jedną ręką trzymam się za głowę i niszczę sobie fryzurę, a drugą ocieram (wierzę, iż za pomocą chusteczki) oczy i nos i mówię: Słuchaj, już nie mogę, nie daję rady, to jest bez sensu. I płaczę w kawę, w wino, czy w rękaw, a słuchacz mówi ze współczuciem: Wiem, rozumiem, przeczekaj, nie myśl o tym, zrób dla siebie coś miłego.

I co robisz? Miłego? Dla siebie? Możesz na przykład spędzić dzień u kosmetyczki, pijąc szampana, ba, rzucić wszystko i jechać wręcz do SPA (w aucie wioząc skrzynkę szampana) albo choć zafundować sobie jedynkę w dobrym hotelu, pić szampana i oglądać stare filmy, a rano zejść na doskonałe śniadanie. Z szampanem. Możesz też zrobić rajd po sklepach i kupować, kupować, kupować, wrócić do domu z naręczem połyskliwych toreb i pudeł, zrzucić szpilki, z ulgą paść na kanapę i napić się szampana.

Ciekawe, kto wyszedł po powyższym akapicie - ja bym wyszła. Że pewnie zazdroszczę tym, co się mogą z marszu pławić w kosmetyczkach, pudełkach i szampanach? Ba, jeszcze jak zazdroszczę. Ale szukam sposobów ukojenia dla siebie - sposobów bezkosztowych, prawie nie wymagających czasu i przygotowań, zakładających, że jednak w najbliższej przyszłości będę musiała wrócić do: rodziny, obowiązków i kota. Niekoniecznie w tej kolejności.

Falbanka musi być.Falbanka musi być

Co więc robicie? Bo ja na przykład:

- piorę. Przyznawałam się już na łamach Focha do tej słabości. Wyznań ciąg dalszy - to nie słabość, to obsesja i afirmacja złudzeń. Piorąc - naprawiam mój świat. Było usyfione, ubłocone, upaprane smutkiem, polityką i komunikacją miejską - godzinny program i voila, jest śliczne, pachnące, czyste, świeże. Jeżeli zrobię to pranie wystarczająco wiele razy, z odpowiednim namaszczeniem - świeżość, czystość, ład i nowy początek obejmą też moje życie. Na pewno.

- idę. Po prostu wychodzę. Och, jasne, teraz to nieco trudniejsze, niż kiedyś. Nie zostawia się samych pięciolatków, nawet słodko śpiących, zresztą tej konkretnej parki nie zostawiłabym nawet w miękko wysłanym pomieszczeniu otwieranym wyłącznie od zewnątrz i pozbawionym wszelkich sprzętów. Nie i już. Ale są takie dni, kiedy czekam tylko, aż Druga Dorosła Odpowiedzialna Osoba stanie w progu - a kiedy staje - jestem już gotowa do wyjścia. I idę przed siebie. Kilometrami. Nie jest to miłe błąkanie się od knajpy do klubu, nie jest to sportowy marsz w odpowiednim odzieniu i obuwiu. Po prostu idę. Nawet nie mam siły modlić się, żebym aby nie spotkała Byłej Miłości, albo Lufy Roberta, mimo że na twarzy żaden makijaż nie kryje wkurwu, oko mi błyska złością, a włos mam zmierzwiony od bezsilnego targania. Nie mam siły myśleć, układać ripost, knuć zemsty, planować nowego życia. Idę i jestem skupiona na kolejnych krokach i kilometrach. Prawie zawsze pomaga prawie na wszystko.

Byłam wtedy bardzo zła. 10 kilometrówByłam wtedy bardzo zła. 10 kilometrów

- gotuję. Zamykam się w kuchni, drzwi obkładam anatemą, albo po prostu czekam, aż wszyscy zasną. Zachowuję na tę okazję dobre wino i dobrego audiobooka. I jadę. Lepię starannie pierogi, zawijając falbankę, tak, jak to robiła Babcia. Dbam o to, aby masę mięsno-ryżową równo rozłożyć na ugotowanym liściu kapusty i elegancko zwinąć całość. Siekam w równą kosteczkę bakalie, jarzyny, żółtko jajka. Ucieram, sypię, odważam, ubijam. Ostrzę noże. Tłukę garnkami, syczę brzydko, gdy się oparzę, zapominam dopić wino. Doprawiam, mieszam, zagniatam. Mam zajęte myśli, ręce, uszy, w dodatku jestem produktywna. Zawsze to lepsze, niż w bezsilnej frustracji przewracać się bezsennie po łóżku. Trochę lepsze.

- czytam stare książki dla dzieci. Kiedy łapie mnie dygocik, słabość, panika i poczucie, że nie ogarniam, nie utrzymam, nie poradzę. Aplikuję sobie wtedy bezpieczny świat, znane na pamięć słowa, niech będzie, że infantylizm, co z tego, kiedy działa. Mary Poppins, wiadoma Dolina w listopadzie, pokojówka Kasia i królewna, co biegała z wiatrem, wszystkie zwierzaki Gerry'ego, pani Izabela i siostry Złudne. To niczego nie naprawia i nie poprawia. Ale czasem zęby przestają dzwonić o siebie.

Zdrowe. Mniejsza o resztęZdrowe. Mniejsza o resztę

- porównuję. Zachowałam to na koniec bo ta metoda samoukojenia jest najbrzydsza, a przyznanie się do niej - najtrudniejsze. Ale taka jest prawda. Kiedy czuję, że praca, związek, grypa i finanse zaczynają mnie przerastać - czynię porównania. Mam zdrowe dzieci, tak? Mam dwie ręce i nogi, tak? Owszem, dach znów przecieka, ale go mam nad głową, nie? Mało? To zawsze można poczytać najświeższe wiadomości. Nie żyję w Syrii, ani w Kijowie. Mało? Dużo.

A Ty? Co robisz, gdy?