Z ręką w "Nocniku": fikcja, prawda i pieniądze

Ostatnio dużo się dzieje na tzw. świecie, nagłówki wiadomości mienią się czerwienią i wśród tych niespokojnych doniesień łatwo było przegapić informację o tym, że Weronika Rosati wygrała proces wytoczony Andrzejowi Żuławskiemu, który spotwarzył ją ponoć w swojej powieści "Nocnik". A wyrok jest dosyć sensacyjny, bo dawno nikt nie potraktował literatury tak serio, jak ten sąd.

Krótkie przypomnienie o co chodziło w tej sprawie. Otóż w 2010 roku podstarzały reżyser Andrzej Żuławski napisał stylizowaną na dziennik (pisany nocą, a więc "nocnik") powieść, której bohater - podstarzały reżyser - ma romans z 23-letnią aktoreczką-celebrytką Esterką. A ponieważ podstarzały Żuławski rzeczywiście miał (jeśli wierzyć tabloidowym plotkom) romans z 23-letnią aktoreczką-celebrytką Weroniką Rosati to łatwo dodać dwa do dwóch i wywnioskować, że Esterka to tak naprawdę Weroniczka. Tym bardziej, że panna Rosati od razu wytoczyła proces o naruszenie dóbr osobistych i zniesławienie. Sąd wydał zakaz rozpowszechniania książki do czasu wydania wyroku.

foch.pl

No i teraz, cztery lata później, mamy nieprawomocny jeszcze wyrok. Choć znamy tylko sentecję, a nie uzasadnienie (którego jestem szalenie ciekawa) - to bowiem zostało utajnione "ze względu na tło sprawy". I tak decyzją sądu książka może wrócić do sprzedaży i nie zostaną usunięte z niej obraźliwe fragmenty, ale Żuławski oraz wydawca mają przeprosić aktorkę w tabloidzie "Fakt" i "Gazecie Wyborczej" a także zapłacić jej 100 tysięcy zadośćuczynienia. Rosati żądała co prawda 200 tysięcy, ale w "Superekspresie" i tak się cieszą, w tekście pod tytułem "Wygrała 100 tysięcy od starego kochanka" przypominając co bardziej wyszukane frazy jakimi reżyser Żuławski opiewał Esterkę. Ja się jednak powstrzymam - po co rozsmarowywać dalej zawartość nocnego naczynka? Dla klików i sprzedaży?

Jest to bowiem niewątpliwie kał - było nie było w nocniku rzecz spodziewana, ale babranie się w nim nie jest aż taką przyjemnością. Esterka została tym eskrementem obsmarowana - opisana obelżywymi słowy i przedstawiona jako postać na wskroś odstręczająca: głupia, zmanipulowana, gotowa na każde poniżenie w imię kariery. Gdybym to ja była na miejscu Rosati też czułabym się tą książką obrażona. Nawet jeśli nikt by nie wiedział, że to o mnie napisał autor. Frazy, którymi posługuje się Żuławski są obliczone na maksymalne dowalenie celowi, a cel odczuł ciosy, to pewne. Tym bardziej, że klucz do tej powieści jest nadto wyraźny i dostępny byle czytelnikowi Superaka czy Pudelka. Sędzia Małgorzata Sławińska komentując wyrok mówiła:

(...) bohaterce książki, postaci fikcyjnej nadano cechy pozwalające zidentyfikować ją jako Weronikę Rosati. I tym samym przypisać jej treści obraźliwe i fałszywe.

Patrząc jednak z nieco większego dystansu to przy całej brutalności opisu i wyczuwalnej furii narracji jest tam sporo ostrych bo ostrych, paskudnych w intencji bo paskudnych, ale jednak ciekawych spostrzeżeń na temat pewnych mechanizmów rządzących show-biznesem, czy też psychologicznych analiz zachowań osób w ten biznes uwikłanych. I tu mnie jako czytelnika nie obchodzi - czy to naprawdę o Weronice, czy też to zupełnie zmyślone. Podobnie jak czytałam "Dziennik 1954" czy "Życie towarzyskie i uczuciowe" Tyrmanda, to tożsamość opisanych (często bardzo złośliwie) postaci była dla mnie drugorzędna, choć wiem, że większość to "prawdziwi ludzie" obsmarowani ostro przez pisarza. Oczywiście, pióro Lolka nieco subtelniejsze, ironie cieńsze a aluzyjki mniej jednoznaczne, ale gdybym nie wiedziała z plotkarskich mediów o romansie Weroniki Rosati i Żuławskiego, to zupełnie inaczej czytałabym "Nocnik". Jako powieść, a nie sensacyjne doniesienia z frontu zawiedzionej miłości starego capa do młódki. Bo na podstawie lektury samego "Nocnika" wcale nie tak łatwo tę Esterkę zidentyfikować. A bo to mało lasek głupich i gotowych na wszystko?

Więc na miejscu Weroniki o ten stan rzeczy, czyli utożsamienie jej z fikcyjną postacią, winiłabym raczej Fakciki i Plotaski, które sprzedały nam wiedzę o jej prywatnym życiu. Ale zaraz, chwila, przecież jak się jest gwiazdą, to trzeba w mediach istnieć, muszą pisać o nowych fryzurach, nowych podbojach i starych kochankach. Taki już jest ten show-biz, tak to się kręci. Wszystkie Esterki tego świata dobrze o tym wiedzą i są gotowe sprzedawać, co tam akurat mają do sprzedania.

W samym wyroku zaś najciekawsze jest nie to, że wielu pisarzy może się za chwilę obudzić z ręką w nocniku, bo jak wiadomo pisarze bez przerwy opisują znanych sobie ludzi i bywają przy tym wrednawi, więc ten precedens to może być zwiastun końca ich radosnych praktyk (mam w głowie całą listę współczesnych polskich pisarzy, którzy powinni zacząć się bać). Najciekawsze jest to, że sąd przyznając, że fikcyjna Esterka to prawdziwa Weronika, która została tą fikcją prawdziwie znieważona, jednocześnie pozwala książkę sprzedawać. Czyli jest szansa na bestseller i odszkodowanie będzie z czego spłacić. Literatura to bowiem taki sam biznes jak każdy inny - traktujmy go więc poważnie.

Doszukując się w tej całej sprawie pozytywów, to fantazjuję sobie, że może przy okazji czytelnictwo wzrośnie? Bo zakładam, ze jednak wielu będzie się chciało przekonać za co ten Żuławski musi sto kawałków wybulić - musi być grubo, nie? Może to jest metoda: wydać książkę i zrobić jej kampanię reklamową w wysokonakładowej prasie za pośrednictwem jakiejś odpowiednio sensacyjnej sprawy sądowej? Kochany Machiavelli, tylko ty mogłeś wpaść na taki pomysł! Ale ja cię proszę mój miły następnym razem weź na wokandę coś lepszego literacko. Bo "Nocnik" to jednak taka lekturka w sam raz do kibla - teraz coś co się da i przy jedzeniu poczytać.

Więcej o: