Więcej do szkoły nie pójdziesz! Lęki współczesnego rodzica

?Cześć dziwko, czemu nie było cię na angielskim? - takim tekstem potrafią się witać dzisiejsze gimnazjalistki. Przynajmniej według doktor Iwony Chmury-Rutkowskiej. I nie, do przeprowadzenia wywiadów pani pedagog nie wybrała środowiska poprawczaków ani rodzin patologicznych. Przeciwnie. Rozmawiała z normalnymi dzieciakami. Naszymi.

Jeżeli chcecie przeczytać cały wywiad z panią pedagog, to znajdziecie go TUTAJ. Uprzedzam, ten kawał solidnej analizy, może człowieka, a zwłaszcza rodzica, zdenerwować.

Jeśli nie macie czasu, spróbuję streścić to, co się w nim znajduje. Przede wszystkim wcześniejszy koniec dzieciństwa, rozumiany jako wulgarna seksualizacja, a datowany nawet na wiek 11-12 lat (piąta klasa). Przemoc i dyskryminacja seksualna obserwowana wśród obu płci, jednak ze znaczną przewagą chłopców. Opisane przejawy zaczynają się od wulgarnych komentarzy, poprzez podglądanie, po publiczne oglądanie pornografii, obnażanie się, a nawet symulowanie gwałtu. Wszystko to zamknięte w szkole podobnej w swej strukturze do więzienia czy zakładu psychiatrycznego - ograniczenia, przymus przebywania z ludźmi, których nie wybraliśmy, wykonywanie poleceń innych, ciągła ocena, działania na "dzwonek", itd. Szkoła jest tu również platformą do codziennego kontaktu oprawcy z ofiarą, co jest objęte zmową milczenia, bo brakuje narzędzi, żeby temu zapobiegać.

Jako mamie gimnazjalisty uczącego się w państwowej szkole opadły mi ramiona i wszystko inne. Wcale nie dlatego, że sprawa jest nowa, a ja żyję w złotej klatce ułudy i nagle z wywiadu dowiedziałam się rzeczy, o których wcześniej nie słyszałam. Temat zbyt wczesnej seksualizacji współczesnych dzieci pojawia się prawie na każdym edukacyjnym spotkaniu dla rodziców.

Opadłam z sił z innego powodu. Szczerze mówiąc, ja już nie wiem czemu te analizy szkół mają służyć. We mnie budzą jedną, niespecjalnie wojowniczą, raczej pełną rezygnacji myśl: SPALIĆ. No skoro specjaliści twierdzą, że jest aż tak źle, to spalić i stworzyć na nowo. Poważnie - z informacji napływających do mnie z każdej strony - mediów, warsztatów, książek, a często nawet samych nauczycieli - wynika, że współczesna szkoła to zło nie do opanowania.

Jak wygląda news nasz codzienny o polskiej szkole? W absolutnej czołówce są artykuły o tym, że program jest przeładowany, to znów okrojony, albo co najmniej źle dobrany. Lektury, w zależności od analizującego, są przestarzałe, jest ich za dużo, albo za mało i w dodatku są dobrane tak, by kształtować ćwierćinteligentów. Podręczniki w swych milionowych wersjach służą jedynie do zarabiania kasy przez wydawców, same w sobie mając nikłe wartości edukacyjne, bo przygotowują uczniów do wypełniania pustych miejsc w ćwiczeniach, oraz rozwiązywania testów A, B, C, D - czyli trenują dwie umiejętności, które w realnym życiu kompletnie się nie przydają.

Wśród badań przodują te, które udowadniają, że szkoły ograniczają kreatywność, zabijają potencjał i produkują bezmyślnych średniaków. Jeszcze za dobrze? To koniecznie poczytajmy o tym, że edukacja w obecnym kształcie skończyła się 20 lat temu, dziś bardziej ogranicza niż rozwija dzieci. Nauczyciele nie mają autorytetu, ani narzędzi do wychowywania uczniów, a nauka w grupach większych niż 12 osób, jest praktycznie stratą czasu. Do tego dochodzi oczywiście wieczny brak pieniędzy na właściwe wyposażenie placówek w pomoce naukowe i na organizację zajęć dodatkowych. Tyle tego, a jeszcze nawet nie doszłam do narkotyków.

Czyli w uproszczeniu - po przeczytaniu tych wszystkich tekstów i wysłaniu dziecka do szkoły, powinnam się cieszyć, jeżeli w ogóle czegoś się nauczy, a przy okazji uniknie seksualnej przemocy ze strony rówieśników? Czy w tej sytuacji elitarne szkoły z podziałem dziewczęta/chłopcy i edukacja domowa nabierają nowego znaczenia? Nie są już tylko szansą na lepszy rozwój dziecka, ale wręcz ochraniają je przed demoralizacją? Tak, pamiętam, często prywatne szkoły są postrzegane jako zło większe niż państwowe. Nie wiem, nie mam porównania, ale w coś wierzyć trzeba.

Wracając do wywiadu - to, że się denerwuję, nie znaczy, że podważam zawarte w nim wyniki badań. Zgadzam się z nimi. Tak jak z wieloma innymi artykułami o dzisiejszej szkole. I tym bardziej drażni mnie bezsilność i brak działań ze strony osób za edukację odpowiedzialnych. Ja rozumiem, że jest ciężko. Że świat się zmienił, że nowe technologie, że upadek starych wartości, a zbudowanie autorytetu w rzeczywistości "Tańca z gwiazdami" łatwe nie jest. Ale świat się zmieniał, zmienia i zmieniał będzie, i co teraz?

Pomysły pojawiają się oczywiście przeróżne. Zlikwidować gimnazja. Wprowadzić dodatkowe lekcje wychowania. Zrezygnować z koedukacji po 13 roku życia. Korzystać ze sprawdzonych szkół prywatnych, demokratycznych, innych. Wprowadzić edukację domową. Zaostrzyć dyscyplinę szkolną. Zainwestować w dwie godziny codziennych zajęć sportowych. Zwrócić pedagogom moc decyzyjną w kwestii postępowania z uczniami trudnymi. Zmniejszyć klasy.

Co Wy o tym myślicie? Oczywiście rozważamy to, co można zrobić od strony szkoły, przy założeniu, że rodzice, jak i najbliższa rodzina dziecka, właściwie je wychowują.

Więcej o: