Porozmawiajmy o traumach - wspomnienia z lekcji WF

Hej, już wiem. Wpadłam na to po trzydziestu latach! Lepiej późno, niż wcale, nieprawdaż. Jednym gestem, jedną myślą zdjęłam sobie z pleców dwa, dźwigane od dekad garby. To nie moja wina, że jestem tępa w kwestiach matematycznych. Źle mnie uczono. To nie moja wina, że przez lata stroniłam od aktywności fizycznej. Źle ze mną ćwiczono.

No dobrze, może jednak wycofam się w połowie z tej deklaracji. Nie wykluczam, że moja matematyczna tępota to wada wrodzona i moja wyłączna wina. Faktem jest, że kiedy przez chwilę pobierałam nauki dodatkowe (ściśle to tając, wtedy korepetycje były tylko dla baranów) - nagle zaczęłam dostawać piątki i doskonale zdałam egzamin do liceum, z matematyki właśnie. Ale trwało to krótko, szybko minęło, dokształcanie się zarzuciłam i w okolicy całek przestałam z matematyki rozumieć cokolwiek. I owszem, jestem tym przypadkiem, który budzi się w nocy z krzykiem, bo śni mu się klasówka z czegoś, czego nawet nie umiem poprawnie nazwać. Ale na pewno jest to matematyka.

Natomiast z czystym sercem obarczam szkoły - podstawówkę, liceum i studia -  winą za to, że zniechęciłam się na długo do wielu czynności, które co do zasady są sensowne, zdrowe i pożyteczne. I niech nikt mi nie mówi, że do kompletu z niesprawnym matematycznie mózgiem dostałam dwie lewe nogi i brak koordynacji, bo jednak jak tylko nie musiałam - to chciałam. Na przykład jeździć konno, czasem nawet dość ryzykownie i nie zniechęcając się bolesnymi upadkami. Albo pływać, również raczej mało zachowawczo, bo umówmy, że pokonanie sporego jeziora bez żadnego przygotowania i asysty - szczytem rozsądku nie jest. Za najmilszą rozrywkę uważałam również dziesiątki kilometrów przemaszerowanych od jednego obozu w Bieszczadach, do drugiego (ach, to towarzystwo) i inne niewinne rozrywki harcerskie (no, co? Mundurek nadal mam w szczecińskiej szafie.)

Lubiłam. Może dlatego, że nie na ocenęLubiłam. Może dlatego, że nie na ocenę

O czym to świadczy? Poza tym, że byłam śmiertelnie głupia i nieodpowiedzialna, ach, młodość? Otóż wychodzi na to, że po pierwsze byłam co najmniej przeciętnie sprawna fizycznie i jak normalne zwierzę miałam skłonność do zażywania aktywnych rozrywek. Po drugie - ktoś temu względnie normalnemu zwierzęciu wyrządził wielką krzywdę.

Choćby zmuszaniem bardzo szybko rosnącej i mającej w związku z tym spore kłopoty z kondycją dziewczynki - do morderczych biegów, po których niekontrolowanie rzygała na murawę.

Albo wprowadzaniem iście wojskowych ćwiczeń (tzw. żabki, wykonywane z obciążeniem), robionych bez kontroli i chyba w niewłaściwy sposób, skoro w kolanie coś strzeliło i już nigdy nie było jak kiedyś.

Lub aranżowaniem gry w zbijaka z chłopcami, hahaha, to było takie zabawne, kiedy celowali piłkami w dekolty ósmoklasistek. I na ogół trafiali. Bardzo bolało. Niestety, głupie dziewuchy nie wpadły na to, aby w zamian celować tą samą piłką między nogi kolegów.

Wspomnienia z koszmaruWspomnienia z koszmaru

Nieźle też skrzywdziła pierwsza w liceum lekcja WF, która polegała na biegach na sto metrów. Pod czujnym okiem nowych koleżanek i całej WSM, wywieszonej z okien i gorąco, choć niecenzuralnie dopingującej. Bieg był oceniany. W ten sposób zaliczyłam pierwszą i na długo jedyną ocenę niedostateczną. Nie za odmowę biegu, lub jego nieukończenie. Za to, że biegłam zbyt wolno, choć na mecie miałam czarno przed oczyma z wysiłku.

Krzywda polegała na tym, że postanowiłam WF unikać. I zrobiłam wszystko, żeby postanowienie wcielić w życie. Nie chodziłam na WF. W czasie lekcji po prostu sobie czytałam. Tak, wiem, Polacy za mało czytają. Poprawiałam narodową średnią, niewątpliwie. Dziś upieram się, że jednak lepiej byłoby dla mnie i - nie wiem - setek? tysięcy? innych nastolatków, gdybyśmy jednak te dwie godziny tygodniowo - ćwiczyli. Z kimś mądrym, rozsądnym, znającym się na swojej pracy, pozbawionym sadystycznych zapędów, bez widma pały, dwói, szmaty nad głową, widma, które skutecznie umiało sparaliżować nogi i odebrać koordynację ruchów. Przynajmniej mnie.

WF z klasą

Och, ale to było sto lat temu, prawda? A na pewno dwadzieścia. Teraz się to już nie zdarza. Teraz jest lepiej, nowocześniej, z głową. Teraz na WF wpaja się młodzieży, że ruch to radość i rozrywka, teraz nie hoduje się pokrak, które wyrobiły sobie odruch zasłaniania się przed nadlatującą piłką. Teraz młodzi chłopcy sprawnie i z wdziękiem pocinają w siatkówkę z rozchichotanymi koleżankami, które są bardzo zadowolone, że mogą przy okazji błysnąć płaskim brzuchem. Nauczyciel nie wyzywa od ofiar losu, nie wyśmiewa, nie każe wykonywać za karę upokarzających ćwiczeń, nie obniża średniej komuś, kto się zwyczajnie boi stanąć na rękach. Prawda? Prawda, że tak teraz jest? A akcja WF z klasą nie służy rewolucji, bo ta się już dokonała, przez te dwie dekady zmieniło się wszystko. Służy utrzymaniu stanu obecnego i jego ewentualnemu pogłębieniu. Prawda?

Bo jeżeli nie, to ja przysięgam, że zrobię wszystko, aby moje dzieci nie miały mojej traumy. Włącznie z załatwieniem im lewych zwolnień z WF, na którym nie ma ruchu i zabawy - tylko znęcanie się, patologia i wykrzywianie charakterów. Jako leniwa matka wolę wozić je parę razy w tygodniu od koszykówki do taekwondo, niż czekać, aż o wiele za późno dojdą do wniosku, że fajnie jest czasem ruszyć tyłek. Mam prawie czterdzieści lat i bardzo złe wspomnienia są nadal bardzo świeże. I nie chcę powtórki z rozrywki.

Więcej o: