Dzieciaki, plecaki i w drogę! Tylko po co?

Nowy sezon, nowe wyjazdy, a pytanie wciąż to samo. Po jaką cholerę w ogóle jeździć z dziećmi po świecie? To może czas najwyższy powiedzieć o tym całą prawdę?

Po pierwsze - jeździmy z dziećmi, żeby pognębić tych, co potomstwa nie mają, zarówno trwale, deklaratywnie, ze względów zawodowych, wyznaniowych albo nie mają tylko tymczasowo. Bierzemy nasze, żeby im przypomnieć jakie to straszne. Po drugie - jeździmy, żeby wyłudzać. Pierwszeństwo w kolejce do odprawy na lotnisku, pierwszeństwo przy boardingu, fajniejsze miejsca w pociągu, tańsze dostawki w hostelach, hotelach i innych habitaciones. Różne batoniki, kakao, darmową herbatkę i inne pomniejsze dobra. Po trzecie - co najważniejsze - żeby je narazić na wszystkie możliwe niebezpieczeństwa, począwszy od drobnych chorób, po poważniejsze i śmiertelne zarazy, na porwania, wreszcie na katastrofy wodno-lądowo-powietrzne. A po czwarte - bierzemy je z własnej próżności i głupoty, bo dobrze jest się trochę powywyższać potem zdjęciami, że się było tu i tam z dzieckiem, ale niestety nie umiemy w fotoszopie zrobić dobrego montażu tak, żeby dziecko na tle charakterystycznych elementów odległego kraju wyglądało naturalnie, nawet tam nie będąc. Więc je ciągamy i tu, i tam.

Taki piasek to tylko na Saharze dająTaki piasek to tylko na Saharze dają

Skoro już wyjaśniliśmy sobie wszystko, to może powiem dlaczego naprawdę jeździmy z dziećmi po świecie. A dlaczego nie? No właśnie. Dzieci mamy własne, tak się składa. Nie musimy wypożyczać w tym celu cudzych, co więcej, własne często są bardziej umorusane niż cudze, a umorusane dziecko na tle egzotycznego krajobrazu...  Nie, nie, przepraszam, miałam być poważna.

Zwyczajnie - dzieci, te nasze, własne, towarzyszą nam często. Taki mamy model życia, że są i już. Gdybyśmy spróbowali obecnie wyjechać na wyjazd rekreacyjno-reanimacyjny (tak serio, nierzadko wyjazdy są sposobem na to, żeby po wyjściu ze szpitala nie zająć się na powrót ganianiem za króliczkiem, tylko na chwilę gdzieś umknąć, odetchnąć) bez własnych dzieci, śmiertelnie by się na nas obraziły, nie wspominając o tym, że zostawianie dziesięciolatka z trzy i pół-latką samych w domu,  to świetny temat na komedię. Tylko, że nie w realu. Wyjaśniłam już, że nasze dzieci są naturalnym i często nieodłącznym elementem otaczającej nas fauny i flory oraz, że często są nieamputowalne, bo bliskie sercu i przegubom (jak się wczepi, to już nie odpuści, przysięgam). Wyjaśniłam też, że niewielu chętnych zgłasza się do przetargu na najem dzieci na czas określony, wyznaczony przez wyjazd, ba często liczba ta nie przekracza zera.

To teraz czas na prawdy uniwersalne. Wyjazdy z dziećmi pozwalają patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Dzieci wyznają inne wartości. Ktoś może wam wmówić, że największą atrakcją Stambułu jest Pałac Topkapi, że to perła, że haremy, ornamenty i zegar pokazujący godzinę śmierci Ataturka. Gdzie tam! Największą atrakcją Stambułu jest pójść tam tą uliczką, a potem tą drugą, oooo, plac zabaw, jakaś fajna ruinka, kotek, rejs promem, a potem jeszcze jednym, wyjazd kolejką linową na cmentarz, a za chwilę przejazd podziemnym tunelem w górę na drugim końcu miasta, jedzenie cukru i tak dalej. Wiecie o co chodzi? Dzięki dzieciakom nauczyliśmy się też zwiedzać świat nieco wolniej. Jako młodzi (ale ani piękni, ani bogaci) kiedy już uzbieraliśmy wystarczającą ilość kasy na jakiś wyjazd, po prostu rzucaliśmy się drapieżnie, bo świat daleki, świat szeroki, bo być może jesteśmy w tym miejscu po raz pierwszy i ostatni, więc szybko, trzeba doświadczać, przeżywać i oglądać wszystko. Długa lista i ograniczony czas powodowały, że kurczowo trzymaliśmy się planów. Teraz nasze plany są bardziej ramowe, a mniej konkretne. Zazwyczaj zaczynają się od wypowiadanego w myślach "Spróbujemy zrobić, spróbujemy dotrzeć". Co dostajemy w zamian? Szansę, żeby bardziej poczuć klimat miejsca, życie rytmem miejsca, poznawanie mało turystycznych zakątków, bo tak, i zdawanie się na to, co nam przyniesie kolejny dzień. Co jeszcze? Genialny kontakt z ludźmi.

Oczywiście, że staramy się też wybierać miejsca:

- W których przyroda pozwala na jak najrzadsze włażenie obcym ludziom na głowę, a jednocześnie jest czysto i klimat nam odpowiada, nie oferując dzieciakom (i mi! i mi! ja źle znoszę wysokie temperatury, jestę wikingię i tęsknię za zimnem) nadmiernej łaźni.

- W których ludzie sami mają mnóstwo dzieci i uważają, że to normalne,a nawet cudowne, że dzieci towarzyszą także nam.

- Które wydają się teoretycznie stworzone z myślą o temperamencie naszych dzieci. Teoretycznie, bo czasem musimy polegać na opiniach innych ludzi i przewodników, nie tylko na własnej dedukcji lub wrażeniach z poprzednich pobytów.

Co wyjazdy dają naszym dzieciom? Wszystko. Choroby też, owszem, nie zamierzam ściemniać, że to nas omija. Wizyta pod algierską granicą w mojej pamięci zapisała się jako świetny test dla ubezpieczenia, które wykupiliśmy, a angina u naszego syna nie przebiegała nigdy tak spokojnie, jak wtedy. Ukoronowaniem wyjazdu na Ukrainę było z kolei zapalenie dziąseł, najpierw u córki, potem u mnie. Spokojnie, najgorszy syf jaki zdarzył się dzieciom - czyli mononukleoza, przyszedł ze szkoły syna, więc rozumiecie. Nie jedziemy tam, gdzie można złapać dengę, bo jeszcze będzie czas by krwawić z oczu. Nie wybieramy jakichś hardkorowych kierunków dla samego doznania ekstremum. Jeździmy, bo jesteśmy cholernie ciekawi świata. I nasze dzieci też - nie urodzi sowa sokoła. Wracając do sedna.

Co wyjazdy, zwłaszcza takie organizowane samodzielnie, mogą dać dzieciom?

-  Wiedzę o ludziach. Tak to nazwijmy. I o porządku świata. Dla naszych dzieci, dość powszechne w szkole i na podwórku żarty z takich czy innych, rasistowskie takie, nie są śmieszne - są niezrozumiałe. Dzieciaki w dość naturalny sposób przyjęły do wiadomości to, co tak trudno zrozumieć wielu dorosłym - ludzie są różni. Różni charakterem, kolorem skóry, dobrzy, źli, kłamliwi, są naciągacze i ludzie bezinteresownie pomocni, wyznają różne religie, niektórzy mają złote pierścienie na wszystkich placach rąk i pływają w morzu ze swoim iPadem, inni muszą wygrzebywać resztki jedzenia ze śmietnika nie dlatego, że to modne i są freeganami, tylko tak na tym świecie jest.

Trzylatek mile widziany na berberyjskim weseluTrzylatek mile widziany na berberyjskim weselu

- Geografia przestaje być taka teoretyczna. Banalne, ale tak. To oczywiście zabawa dla starszaka (a młodsza obserwuje i stara się naśladować, choć łatwiej wychodzi jej powtarzanie największych głupot po bracie). Od mniej więcej piątego roku życia ślęczał z ojcem nad mapami, najpierw z ciekawości, sprawdzając gdzie już byliśmy, potem z jeszcze większej ciekawości - a jak to jest tu, o tu? Sporo wiedzy praktycznej, która jest nie do wypracowania, kiedy się tylko siedzi nad książką w domu i zakuwa anonimowe nazwy i definicje.

- Otwartość. To jest bezcenne. Nikt z nas nie jest szczególnie prospołeczny. Nie znamy wszystkich języków świata, ale niewyobrażalną frajdą jest, mimo wszystko, poznawanie ludzi i przekonywanie się, że nawet mówiąc totalnie innymi językami i teoretycznie bez szans na porozumienie - czasem się rozumiemy. Że czasem trzeba komuś zaufać, komuś obcemu, a czasem ufać nie wolno, kiedy? A właśnie. Niuansów się uczą. Dzieci nasze uczą się też, że czasem choćby ci było wstyd i choćbyś zapomniał języka w gębie, to jak się nie zapytasz, to się nie dowiesz, choćby tego, jak się wydostać z danego miejsca.

Olga rozpieszczana. Tureckie gimnazjalistki zachwyconeOlga rozpieszczana. Tureckie gimnazjalistki zachwycone

Taki wyjazd to jak edukacja domowa w najlepszym wydaniu. Dla wszystkich nas. Dorośli muszą odkurzyć wiedzę, bo pytania zadawane bywają z prędkością karabinu, ale czasem też przyjmowane bezrefleksyjnie. "Mury pochodzą z VII wieku p.n.e." nagle zaczyna nabierać znaczenia, jak opisujesz: "czy wyobrażasz sobie, że po tej podłodze chodzili ludzie, którzy wierzyli, że Zeus i Atena, i Herkules? ". I wtedy widzisz, jak w głowie dziewięciolatka otwierają się kolejne przegródki i jak tam kiełkuje wszystko w tym łbie i łączą się w spójną całość informacje o tym, czy o tamtym. I to jest niesamowite. Wiem, dziwię się temu jak dziecko. Tego nauczyło mnie posiadanie dzieci. Wszystko jest normalne, a zarazem wszystko jest niesamowite i zadziwiające.

Więcej o: