Mezalians czy odhaczanie punktów z listy? O zaniżaniu standardów ze strachu przed samotnością

W ostatnich "Wysokich Obcasach Ekstra" pojawił się artykuł ?Męsko-damska wojna o checklistę?, w którym Dorota Frontczak nawołuje do porzucenia cynizmu na rzecz wiary w biblijne cuda. Nie należy szukać partnera z listą cech, które odhaczamy kolejno przy pierwszym spotkaniu, nie należy odrzucać pana, co na pierwszą randkę stawi się w różowym sweterku. Trzeba dawać drugie i trzecie szanse, patrzeć z nadzieją w przyszłość. Zgadzam się w wielu punktach. Wszak nie jesteśmy, my kobiety, robotami bez serca. Niestety, mamy też rozum.

Na gazetowym forum w wątku "Czy żeby znaleźć faceta, trzeba obniżyć standardy?", nawiązującym do artykułu kobieta, kryjąca się pod loginem daughtry zadała pytanie:

Jak jesteś laską po trzydziestce, to musisz dramatycznie obniżyć swoje wymagania wobec facetów, żeby z kimś się związać. Od razu mi się przypomniało, jak kiedyś usłyszałam (mając 25 lat) że jak nie chcę zostać "starą panną", to muszę być mniej "przebieralska". Myślicie, że jest taki wiek, gdy się człowiek zgadza na byle co, aby tylko spodnie nosiło?

A kiedy można mówić o zbyt wysokich wymaganiach? Nie pije, nie bije, nie rzuca mięsem i zawsze mu się wzmiankowana w artykule WOE łysinka ładnie błyszczy (zadbany znaczy się) - i już jest ok? To nie takie proste. Fajnie jest mówić, że "facet ma to COŚ" i ewentualne defekty psychiczne i fizyczne (rozumiane jako nie pasujące do checklisty) przestają być istotne. Ale, wybaczcie - gdy widzę zaniedbanego faceta, niechlujnego i gburowatego, nie mam ochoty wynosić na wyżyny jego obezwładniającej inteligencji. Jeśli jest jej posiadaczem, to dlaczego nie pomyśli o tym, że warto trochę zadbać o swój wygląd i to, w jaki sposób komunikuje się ze światem? Bo wielkie umysły mogą chodzić we flaneli?

I nie, nie dam sobie wmówić, że to jest nieistotne, bo liczy się wnętrze. Owszem, liczy się przede wszystkim wnętrze. Ale nie oszukujmy się, opakowanie jest istotne. I nie mówię o urodzie, która zwala z nóg i o najdroższych ciuchach. Chodzi o to, by swoim wyglądem komunikować światu, że nie jest nam wszystko jedno, czy mamy dwie różne skarpety i tłuste od trzech dni włosy (czy jakkolwiek inaczej komunikujemy, że wygląd jest dla nas sprawą ostatnią na liście spraw ważnych w życiu). Bo skoro nie jest nam wszystko jedno w takich pierdołach, szanse na wysłanie komunikatu, że nie jest nam wszystko jedno w ważnych, życiowych sprawach rosną znacząco. Wierzę też w piękną moc zmiany - faceta można wyszorować, wyprasować i pięknie zapakować, często robi to jakaś cierpliwa i kochająca kobieta. Ale gdy widzę faceta po trzydziestce, który się jeszcze takiej zmianie nie poddał, zastanawiam się, czy fakt, że żadnej kobiecie się dotąd nie zachciało, a i on sam nie wpadł na to, by o siebie zadbać, nie świadczy o głębszym problemie, którego jest nosicielem?

PrzyczynekPrzyczynek

Zadziwiające, że argument o czepianiu się głupot, w kontekście kobiecych oczekiwań względem wyglądu faceta, wysuwają właśnie ci ostatni, którzy są w dużo większym stopniu wzrokowcami. A kobiety na ogół czepiają się tego, co łatwo można zmienić! Tylko trzeba chcieć i właśnie o ten brak chęci się rozchodzi! Gdy pan sobie wymarzy długie nogi i miseczkę D u partnerki, fajna dziewczyna mikrej postury, która będzie nim zainteresowana, posiadaczka miseczki A, będzie w kropce nie mogąc spełnić jego oczekiwań. Trochę tu oczywiście przeginam, bo nie uważam, że faceci lecą tylko na cycki i nogi, ale chodzi mi o pewien kierunek rozumowania.

Zresztą osobnym tematem jest niechęć gatunku męskiego do poddawania się zmianom, przy jednoczesnej wynikającej z empatii i potrzeby stabilizacji potrzebie dostosowania się w związku, na którą cierpi wiele kobiet. I tego powinnyśmy się wyzbyć, ale niestety nie do końca potrafimy. Bo paniom zegar tyka inaczej, wiadomo. Więc gdy minie magiczna trzydziestka, a książę się nie pojawia, trzeba rozejrzeć się wśród giermków?

Kobiety są dużo bardziej skłonne do obniżenia standardów, niż są skłonne się do tego przyznać. Skąd to przypuszczenie? Bo gdyby było inaczej, nie byłoby tylu zewnętrznie i mentalnie flanelowych mężczyzn. Bo wiedzieliby już na starcie, że muszą się spiąć i znaleźć fajną kobietę, bo potem zostaną na rynku matrymonialnym sami jak palec. Na gazetowym forum gustavo.fring poucza: "Jeśli się szuka księcia, to samej trzeba być księżniczką". Księżniczki, co miały szczęście trafić na księcia na tym etapie życia, gdy jeszcze nie odczuwały spiny z powodu presji zegara biologicznego - w tym momencie uśmiechną się z ulgą. Ale księżniczki, które w wyniku różnych życiowych perypetii dobiły do portu "Oto Nadchodzi Czterdziestka" bez partnera u boku, rozglądają się dookoła i często niewiele ciekawego mogą dostrzec. Czy wtedy powinny obniżyć standardy, powykreślać z checklisty dwie trzecie treści?

Soonva z forum nie ma złudzeń:

Odpowiedź, brutalna, ale szczera na postawione pytanie brzmi TAK, trzeba obniżyć standardy. Trzeba znać swoją rzeczywistą wartość i na jej podstawie zawiesić poprzeczkę. A jeśli nikt do tej poprzeczki przez kilka lat nie doskakuje, to trzeba ją obniżyć i to czasami znacznie, chyba, że chce się być samotną babcią z kotem. Przykre, ale prawdziwe.

A jeśli ma się pecha i mimo otwartości na świat, bywania, podróżowania, poznawania nowych ludzi i wchodzenia w nowe kręgi znajomych, nie trafia się na człowieka właściwego naszej poprzeczce - to co?

Forumowa berta-death pyta:

A do jakiego poziomu trzeba te standardy obniżyć? Wystarczy do poziomu Mietka spod budki z piwem czy jeszcze trzeba zjechać w dół? I żeby nie było, większość tych Mietków jakieś żony posiada. Dla mnie to kosmos, że ktoś taki może być żonaty, ale widać są kobiety, które naprawdę nie górują tych swoich standardów.

No to tak na koniec zastanówmy się chwilę nad pojęciem mezaliansu, które dziś jest postrzegane jako jakiś relikt z kart starych, zakurzonych powieści. Dziś mezaliansów nie ma. Dziś jest niedopasowanie charakterów i kozetka u terapeuty, w dalszej perspektywie szybki rozwód, bo jesteśmy kulturalni i o dzieci się bić nie będziemy. Wstydzimy się powiedzieć głośno, że ktoś nas nie interesuje, bo jego zawód, zainteresowania, styl i tryb życia świadczą dla nas o tym, że nie jest to wystarczająco inteligentny i wartościowy partner dla nas. Że nie dorównuje nam wrażliwością, dociekliwością, ciekawością świata i szeregiem innych ważnych punktów z naszej checklisty. Że jest po prostu od nas rażąco głupszy? (I nie, nie jesteśmy najmądrzejsze na świecie i nie zjadamy na śniadanie wszystkich rozumów!). Nie chcemy wyjść na snobki, więc takimi uwagami dzielimy się tylko z najbliższą przyjaciółką lub poduszką.

Wykreślaj z checklisty!Wykreślaj z checklisty!

Gdy mamy trzydzieści lat, sporo już o sobie wiemy i nie tak łatwo jest zrezygnować z oczekiwań, zwłaszcza, że mamy dużo więcej do zaoferowania w partnerskim związku niż dziesięć lat wcześniej. Czy jest zatem jakaś alternatywa do obniżenia standardów i czekania na cud?