Kobiece kino nie istnieje - witajcie w filmowym matriksie

Nie przepadam za dzieleniem filmów (ani książek) na "męskie" i "kobiece" za względu na płeć autora. Kategoria płci nie ma większego znaczenia - ważniejsze, czy mnie dane dzieło porusza lub bawi. Jednak czasem warto spojrzeć na to jakie filmy - jak różne i nie dające się łatwo wrzucić do jednego worka - kręcą kobiety. Bo co by nie mówić są w tej branży w mniejszości.

Nie twierdzę, że jest to mniejszość UCIŚNIONA, ale na pewno mniej doceniana - świadczy o tym chociażby fakt, że tylko jedna kobieta w historii Oscarów dostała statuetkę za reżyserię. Na szczęście jurorzy wielkich festiwali filmowych są bardziej gotowi doceniać filmy kobiet (może dlatego, że składy jurorskie nie są tak zdominowane przez mężczyzn, jak Amerykańska Akademia Filmowa). Bo na pewno nie da się obronić tezy, że kobiety kręcą gorsze filmy albo mniej nadają się do tego wymagającego zawodu. Jest wiele super utalentowanych reżyserek (jest też sporo zupełnie przeciętnych) i warto znać ich nazwiska i dokonania.

Z okazji Dnia Kobiet (oczywiście) Kinoplex przygotował darmowy pakiet Kobiecym okiem, złożony z filmów nakręconych wyłącznie przez reżyserki. Zestaw ten pozwala docenić różnorodność "kobiecego" kina - jest Coppola, Holland, Bigelow i Szumowska, ale są też mniej znane nazwiska. Także gatunkowa rozpiętość jest spora. Jest więc obowiązkowy romans (w dodatku o wampirach - cudowna sztampa) "Krew jak czekolada" Katji von Garnier z dwoma męskimi ciasteczkami: Hugh Dancy'm i Oliverem Martinezem. Ale nie zabrakło bardzo poważnego dramatu wojennego w postaci "Grbavicy" Jasmili Zbanic czy ostrego kina politycznego - "K-19" autorstwa naszej oscarowej "rodzynki" Kathryn Bigelow. Jest nawet (szok i niedowierzanie!) film science-fiction "Supercyklon" Liz Adams. Kino klasy C, ale no co? Nie tylko faceci kręcą kiepskawe filmy akcji, niech to dżender świśnie!

Na kinopleksowej liście znalazło się kilka moich ulubionych filmów - oprócz wymienionej już "Grbavicy" i podlinkowanych "Przekleństw niewinności" jest to na pewno podejmujący nieczęsty w kinie temat starości obraz Doroty Kędzierzawskiej "Pora umierać" z niesamowitą Danutą Szaflarską. Nie da się przesadzić z komplementami dla tej aktorki - Meryl Streep jak dorośnie, to będzie taka, jak ona. Oby miała takie role, jak Szaflarska u Kędzierzawskiej, czy w "Pokłosiu". Mam też duży sentyment do błahej (choć ocierającej się o poważne kwestie różnic kulturowych, dyskryminacji kobiet itd.) komedyjki "Podkręć jak Beckham" Gurinder Chadhy. Nie jest to wielkie kino, ale mam upodobanie w rzeczach małych i zwykłych.

Skoro jednak poruszam temat kobiet-reżyserek nie mogę nie wspomnieć o tych, których tu zabrakło, a które moim zdaniem należą do elity filmowego świata i na dźwięk ich nazwisk reaguję zawsze wzmożonym zainteresowaniem.

Sally Potter

Od czasu "Orlando" z moją ukochaną Tildą Swinton śledzę uważnie jej dokonania i po każdym filmie jestem zaskoczona. Potrafi przejść od barokowo przepychu do formalnego minimalizmu - jak w filmie "Krzyk mody", w którym aktorzy wcielając się w postaci świata mody, opowiadają o pewnych dramatycznych wydarzeniach w paradokumentalnej manierze "do kamery". Wspaniała obsada i porywająca historia, choć na ekranie literalnie nie dzieje się nic.

Lisa Cholodenko

Głośno było o niej przed czterema laty, gdy opowiadająca o parze lesbijek komedia "Wszystko w porządku" była nominowana do Oscara. Nie jestem wielka fanką akurat tego filmu - jest "w porządku", ale nie super - natomiast "Na wzgórzach Hollywood" widziałam kilka razy i lubię do tego filmu wracać. A kiedy pierwszy raz byłam w Los Angeles natychmiast kazałam się zawieźć na Laurel Canyon, czyli w miejsce, w którym rozgrywa się akcja tej opowieści o producentce muzycznej, zagranej przez Frances McDormand - kolejną z moich ukochanych aktorek.

Lena Dunham

Wraz z redaktor Zielińską nie szczędzimy klawiatur, by cyklicznie wyrażać nasze zachwyty tą szalenie utalentowaną, odważną i irytująco odmienną młodą damą. Tym razem jednak chciałabym dać spokój "Dziewczynom", a wspomnieć choć słówkiem o pełnometrażowym filmie Leny pt. "Mebelki". Humor, szczerość, poczucie nieustającego zażenowania, cudownie beznadziejne bohaterki. To właściwie prequel serialu.

Lista moich ulubionych (albo przynajmniej wartych uwagi) reżyserek jest znacznie dłuższa, ale obawiam się, że nikt nie zniósłby, gdybym próbowała napisać o nich wszystkich. Agnes Varda, Jane Campion, Nicole Holofcener, Lone Scherfig, Sarah Polley, Andrea Arnold - to autorki kina obdarzone po równo osobowością i talentem, choć znalezienie wspólnego mianownika dla nich - innego niż ten, że wszystkie są kobietami - byłoby szalenie trudne. To zupełnie różne filmowe rejestry, rozbieżne tematy i poziom emocji. Bo coś takiego jak "kino kobiece" po prostu nie istnieje. Mężczyznom-reżyserom zdarza się fantastycznie przedstawić meandry kobiecej psychiki i tworzyć filmy bardzo mocno przemawiające do kobiecej widowni, zaś kobiety wcale nie muszą kręcić filmów o kobietach.

Więcej o: