Wiosenny remont twarzy: peeling czy coś bardziej na czasie?

Z twarzą jest jak z mieszkaniem. Możesz remontować je samodzielnie. Możesz oddać twarz w ręce specjalistów. Przy której opcji możesz spodziewać się lepszych efektów? Nie ukrywam, że liczę na dyskusję fanek obu rozwiązań. Ach, a na końcu - w nagrodę - mam dla Was "hot" zabieg. Bardzo hot, rzekłabym nawet.

O swoich kosmetycznych planach pisała już Miss Olgu. W nieco żałobnym tonie. Niezmiernie smuciło ją, że nie może sobie na wszystkie wymarzone zabiegi pozwolić. Mnie to akurat cieszy. Ale nie z powodu wrodzonej złośliwości, tylko raczej świadomości, że o ile leczenie laserem trądziku umiłowanej mojej koleżance nie zaszkodzi, to już wypełnianie doliny łez kwasem hialuronowym - i owszem, może. Dane mi było zobaczyć, co stać się może z twarzą po niezbyt udanym wypełnieniu bruzd nosowo-wargowych kwasem. Powikłania przy tego typu zabiegu zdarzają się bardzo rzadko i są łatwe do usunięcia. Wystarczy podać w newralgiczne miejsce hialuronidazę (enzym rozkładający kwas hialuronowy) i po sprawie. Żadne tam aj waj. Teraz to wspomnienie raczej mnie bawi niż straszy.

Nie zmienia to faktu, że chciałabym cię, Miss Olgu, delikatnie ostrzec. To nie jest gra dla grzecznych dziewczynek (tym, chyba bardziej cię zachęcę niż zniechęcę, trudno). Wiedz proszę, że wszelkie operacje w okolicy oczu z użyciem kwasu hialuronowego są obarczone znacznie większym ryzykiem niż wypełnianie bruzd wokół ust. Użyty do tego preparat musi być naprawdę dobrej jakości (cząsteczki kwasu muszą być możliwie najmniejszych rozmiarów), a lekarz bardzo doświadczony. Jakby tego było mało, tego typu zabiegi odradza się dziewczynom (panom także, dopiszę, aby uniknąć zarzutów o szowinizm), jeśli ich skóra pod oczami jest wyjątkowo cienka. A że zazwyczaj jest cieńsza blisko siedem razy niż skóra na twarzy, szczęśliwców, którzy mogą sobie na ten zabieg pozwolić, jest w gruncie rzeczy niewielu. Inni ryzykują tym, że preparat zbije się w grudki, będzie widoczny i prócz zmarszczek pojawią się hialuronowe kaszaki. Głosy o tym, że używanie do tego typu zabiegów własnego tłuszczu jest bezpieczniejsze, nie do końca są prawdziwe. Istotnie, własny tłuszcz uczula rzadziej niż kwas hialuronowy, ale jeśli jednak okaże się, że masz pecha, to mam dla ciebie kolejną mało przyjemną wiadomość - tłuszczu nie można niczym rozpuścić. Nieudany, nieestetyczny efekt wypełnienia skóry tłuszczem może utrzymywać się dwa lata albo pozostać na zawsze.

Koniec prywaty. Oldze już przekazałam to, co chciałam. Czas na te z Was, które tak, jak ja są przez życie nieźle wytarmoszone ostatnio. Od czego rozpoczęłabym wiosenny remont twarzy?

Jako delikatną grę wstępną proponuję peeling. Odświeżająco działa kawitacyjny - nawet na szczególnie wrażliwą skórę. Tak, trądzik nie jest przeciwwskazaniem. Możesz spodziewać się rozjaśnionej cery, lekkiego odświeżenia.

Peeling - ostry początek / fot. kobieta.gazeta.plPeeling - ostry początek / fot. kobieta.gazeta.pl

Coś mocniejszego? OK, sięgnijmy po kwasy. O swoim umiarkowanym zachwycie po kwasie migdałowym już pisałam. Zdania nie zmieniłam. Polecam tym dziewczynom, które nie mają z cerą żadnych kłopotów i chcą ją jedynie odświeżyć. Jeśli masz większe problemy z cerą - zwłaszcza przetłuszczającą się - porzuć precz migdały. Pomyśl o zabiegu z wykorzystaniem kwasu AHA (glikolowego) lub BHA (salicylowego). Nie myśl za to o korzystaniu z ofert last minute do ciepłych krajów. Słońce może zostawić ci na odsłoniętej skórze trwałe pieczątki. Można je potem co prawda nazywać "pocałunkami słońca", ale nie wiem, czy to zmienia fakt, że niektóre przebarwienia są równie pociągające jak plamy wątrobowe. Wiem o czym mówię, bo mam już taki "słoneczny pocałunek" na swoim ciele. Prawdziwa gratka. Dla turpistów. Gorsze od tego mogłoby być chyba tylko wytatuowanie sobie delfinka albo słowa w innym języku i do tego z błędem.

Po przerwie na obejrzenie twarzy w powiększającym lusterku, zmieniam plany. Na razie tylko swoje. Peeling to jednak stanowczo za mało. Mezoterapia. Tak! Wiem, początkowo mówiłam o niej z umiarkowanym zachwytem, ale mój stosunek do niej ewoluuje. Wraz z wysychaniem mojej twarzy. Mam słabość do kremów i wszelkiego rodzaju maseczek, ale tegoroczny przednówek był dla mnie tak wyczerpujący, że chcę poważnej reanimacji. Czegoś, co pokona barierę naskórka i naprawdę tę skórę odżywi. A taką moc ma właśnie mezoterapia. Dermatolodzy zachwalają zarówno mezoterapię z wykorzystaniem nieustabilizowanego kwasu hialuronowego, jak i tę, w której używa się ustabilizowanego kwasu hialuronowego wzbogaconego o witaminy. Ten drugi rodzaj nazywany jest przez niektórych niekiedy lekkim liftingiem, bo poprawia wygląd skóry nawet na pół roku i nie trzeba go tak często powtarzać. Wiem, że czasem po mezoterapii pojawiają się w miejscach ukłuć bąbelki. Na szczęście to zdarza się rzadko i po upływie około 24 godzin nie powinno być śladu.

O tym wszystkim już słyszałyście? Nuda nasączona banałem? Oczekujecie czegoś bardziej wymyślnego, czegoś HOT? OK, mam. Termolifting! Na czym polega ten zabieg? W ogromnym uproszczeniu na skracaniu kolagenowych włókien przy zastosowaniu skomplikowanych urządzeń emitujących ciepło. Skąd pomysł? Stąd, że jeśli włókna kolagenowe ulegają rozciągnięciu (to niestety jest nieuniknione, tik tak, tik tak), skóra zaczyna żyć niepodlegle. Subtelnie wykracza poza ramy twarzy. Tak powstają te przeklęte chomiczki i nie mniej urocze wole. Tymczasem skrócenie kolagenowych włokiem natychmiast przywraca kształt i znacząco poprawia owal twarzy. Jest tylko jeden minus. Może dwa, jeśli się zwróci uwagę na cenę. Urządzenie wykorzystywane przy zabiegu Thermage podgrzewa skórę do temperatury nawet 50 stopni. Dodałam, że podczas tego zabiegu nie można stosować znieczulenia? Doprawdy, że też o tym zapomniałam. Czy to jest wystarczająco HOT? Pisząc o tym, wyobraziłam sobie domową wersję odmładzania. W piekarniku. Jak tradycja nakazuje. Na trzy zdrowaśki. Czas chyba ochłonąć.