25. urodziny Internetu: "posurfujcie z nami w cyberprzestrzeni" [RANKING I SŁOWNICZEK GRATIS]

Internet skończył właśnie 25 lat, cóż za wspaniały wiek! Znając możliwości stwarzane przez szacownego jubilata, z przyjemnością zatrudniłabym go w roli niezastąpionego współpracownika. Tymczasem on wprosił się sam i odegrał znacznie ważniejszą rolę, nie tylko w moim życiu.

Wiele wojskowych wynalazków ułatwiło nam egzystencję (na tym łez padole). Świat byłby znacznie mniej przyjaznym miejscem gdyby nie GPS, kuchenka mikrofalowa albo korkociągowy czołg... a nie, przepraszam, ten ostatni deklasuje wszystko, nawet Internet.

Wielu z was słyszało zapewne o micie założycielskim Internetu, który brzmi, w zależności od tego, kto opowiada, mniej-więcej tak:

Dawno, dawno temu za górami, za lasami w odległej krainie zwanej Ameryką, grupa przemiłych ludzi zwanych przedstawicielami Departamentu Obrony wsparła rozwój magicznego projektu ARPANET, dzięki któremu naukowcy z różnych uniwersytetów mogli połączyć swoje komputery i wymieniać informacjami w formie innej niż mówiona, przez telefon lub faksowana. Faksem. Ten wspaniały projekt stał się zaś nawozem dla żyznej gleby, która wydała na świat geniusza zwanego Internetem.

To nie zdarzyło się wcale 25 lat temu, tylko znacznie wcześniej. Pierwsza wiadomość została przesłana w ramach ARPANETU 29 października 1969 roku o godzinie 22:30. Kogóż jednak dziś interesuje taka prehistoria, zwłaszcza, że od tamtego czasu, do momentu opublikowania pierwszego obrazka z milutkim zwierzątkiem na WWW musiało upłynąć jeszcze trochę czasu.

Czyli co my teraz celebrujemy? Narodziny hipertekstu. Kiedyś każdy szanujący się użytkownik znał to słowo, tak jak każdy wyszukiwał sobie za pomocą Yahoo albo Alta Visty lub innych prehistorycznych wyszukiwarek sprzed czasów Google'a, pierwszą stronę w przepastnych przestrzeniach Internetu. PROSZĘ. ONA TU JEST i mówi nam o samej sobie. Któż dał początek tej wspaniałej tradycji #selfie? Propozycja hipertekstu jako sposobu zapisywania danych, by łatwo je było odnaleźć i WWW jako globalnej wielokomputerowej sieci, w której te hiperteksty są do wyszperania, pojawiła się w głowach naukowców pracujących nie tak daleko i nie tak dawno temu w Instytucie CERN w spokojnej, czystej i często zamglonej o poranku Genewie. I tak dostaliśmy internet, miejsce, w którym każdy, nawet mieszkaniec drugiej półkuli, za darmo i w przeciągu kilku sekund, no czasem minut, mógł obejrzeć twój obrazek kotka napisany w kodzie ASCII.

ASCIIdziełoASCIIdzieło

Internet dał nam nowy rodzaj celebrytów. Początkowo bohaterami byli ci, którzy wymyślili takie cuda jak WWW albo adresy e-mailowe: wszystkich praojców znajdziecie tutaj. Można do nich zadzwonić, można im wysłać e-mail. Jednak największą estymą darzona była kasta hakerów. Dziś w mediach opisywani są najczęściej jako źli Rosjanie albo złowroga armia Chińczyków, chcąca zagrozić nam, wszystkim Ludziom Zachodu. Dawno, dawno temu hakerzy byli wojownikami o wolność. Żartuję. Zanim byli dwuznacznymi moralnie wojownikami, jak Julian Assange, który od wczesnej młodości krążył po sieci demaskując nieetyczne zachowania wojska i rządu, przypominali raczej Davida Lightmana z "Gier Wojennych".

To jeden z TYCH filmów, które choć zaklasyfikowane jako SF, stały się bliskie rzeczywistości. "Za naszych czasów" hakerzy byli herosami. Lamerzy podziwiali ich za łatwość, z jaką dla zabawy potrafili złamać najlepsze zabezpieczenia rządowych serwerów. I byli tacy fajni z całym swoim etosem. Kto pamięta Kevina Mitnicka? To jeden z tych hakerskich celebrytów, o których usłyszeli nawet ci, co nie mieli pojęcia, jaki kształt może mieć klawisz Enter.

Potem Internet przyniósł nam innych bohaterów. Czasem zbiorowych, jak społeczność skupiona wokół 4chanu czy Usenetu, a czasem bardziej solowych. Dziś zamiast Beetlejuice ludzie powtarzają jak zaklęcie słowo Zuckerberg, ale czym byłyby domowe biblioteki mp3, gdyby nie trójka chłopaków, którzy nieco ożywili świat wymiany plików przez internet za pomocą swojego Napstera? Albo "ci od Google'a"? Internet bez Google'a był taki niedoskonale przeszukany. Selekcje dokonywane przez wcześniejsze wyszukiwarki budziły nieustanne wątpliwości, nie można było ufać żadnemu linkowi, aby dotrzeć do właściwej informacji, trzeba było się czasem srogo natrudzić. I broń boże nie wolno było mówić, że się znalazło te dane w Internecie. Nikt nie ufał internetom.

A teraz? Proszę bardzo: duży reportaż w Dużym Formacie zaczyna się od zdania: "Wpisuje w Google słowo "dieta" i tak od strony do strony trafia na Motylki. Jest szczęśliwa, kiedy znajduje ich forum". Aż dziwne, że bohaterce tekstu się udało trafić! W tym samym wydaniu Gazety Wyborczej, z którego pochodzi wspomniany reportaż, pojawił się wywiad "Nie zostawiaj dziecka w sieci". W nim zaś nauczycielka i ekspertka programu "Szkoła z klasą" opowiada jak bardzo młodzież, choć przyssana niemalże już samym rdzeniem mózgowym do Internetu, nie umie go obsługiwać. Że niby Wikipedia (chwila chwały dla jej twórców!), że niby lekcje, ale tak naprawdę to jednak tylko facebooki, blogi i demotywatory, w dodatku nie do końca efektywnie (może stąd pomysł, aby uczyć tego wszystkiego na specjalnych studiach?). No dobrze, umówmy się. Internet do pracy czy internet do nauki, to ściema. Przypomnijmy - internet służy ludziom do tego, aby wszystkie zdjęcia kotków i wszystkie zdjęcia gołych dziewczyn mogły być w zasięgu jednego kliknięcia. Oraz do tego, żeby spędzać godziny na oglądaniu kuriozalnych filmików.

Godzina 23:00. Rzucam z trwogą hasło ostatecznego zniszczenia "najdziwniejszy filmik jaki widzieliście w internetach". Po chwili mogę odsiać zawartość wysoce niewłaściwą ze względów obyczajowych (choć przyznam z nieskrywaną ulgą, większość moich kolegów wciąż ma opory, żeby dzielić się linkami do najsmaczniejszych filmików z karłami i she-male) i przekonać się, że każdy ma w zanadrzu jakiś absurdalny ruchomy obrazek z internetów, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś kiedyś, jak ja, w środku nocy poprosił.

Był więc Pan Różowy Łabędź Na Śniegu.

Pan i Pani opowiadający o przyszłości przy akompaniamencie pięknych dźwięków.

Pan Biała Skacząca Kulka.

Pan Kot Patrzący Na Zawartość Dla Dorosłych.

Piosenka skonstruowana na podstawie wypowiedzi Mike`a Tysona.

Wzruszający hymn na cześć mamutów śpiewany przez dinozaury.

Piekielnie pozytywna piosenka, która zachwyciła mnie i red. Połajewską, gdy gościłyśmy w skromnych progach pewnego sklepu - niby z mięsem, a jednak z koszulkami. (Pozdrawiamy Chrum sklep!)

Na deser natomiast, khm, creme de la creme, tylko dla widzów dorosłych. Może nawet nie podlinkuję, żeby nie było na mnie, ale poszukajcie sobie na Vimeo, na własną odpowiedzialność piosenki Smertel'naya bitva, której autorem jest Aleksandr Pistoletov.

To taki prawdziwy koniec internetów, a skoro już zabrnęliśmy tak daleko, to z okazji urodzin szacownego WWW poprosiłam prowadzącego stronę NA KOŃCU INTERNETU, zawierającą zawartość o wysokim stężeniu absurdu, o autorską selekcję klasyków i pocztówek z memowej prehistorii.

TOP 5 OBRAZKÓW Z POCZĄTKU INTERNETU

PO PIERWSZE:

Prehistoryczny internetowy bananPrehistoryczny internetowy banan, prawdziwe malarstwo naścienne memologii

PO DRUGIE:

Internetowy antyk wizualnyInternetowy antyk wizualny

PO TRZECIE:

Nie ma to jak Hitler i Ulica Sezamkowa. Jak mówią internetyNie ma to jak Hitler i Ulica Sezamkowa. Jak mówią internety

PO CZWARTE:

Podpis nie kłamie. Faktycznie robi się coraz zabawniejszePodpis nie kłamie. Faktycznie robi się coraz zabawniejsze

PO PIĄTE:

Doprawdy, nie ma powodów...Doprawdy, nie ma powodów...

Ode mnie gratis pierwsze zdjęcie jakie wrzucono do sieci:

Rok 1992, prawdziwy przełom w internetachRok 1992, prawdziwy przełom w internetach

Na koniec zaś, tropem pierwszych dziennikarzy piszących o zjawisku internetu dla masowego odbiorcy, obowiązkowy punkt programu, czyli słowniczek pojęć albo lista pięciu archaicznych zjawisk lingwistycznych wygrzebana dla nas specjalnie przez autorkę Duchologii:

1. SURFOWANIE W CYBERPRZESTRZENI - coś z czasów, kiedy wydawało się, że internet jest faktycznie jakimś innym światem. W filmie "Hakerzy" główny czarny charakter przechadza się po serwerze, który jest zbudowany z wież pełnych danych. Myślę też, że surfowanie w cyberprzestrzeni przypomina grę "Wipeout" i polega na zasuwaniu naprzód, z ogromną szybkością, w głąb neonowej rury.

2. WSTAWIANIE MAŁPY oraz inne neologizmy: "być na cz@tach", "wirtu@lny świ@t".

3. NETYKIETA, czyli pisanie poprawnie i z szacunkiem dla rozmówcy. To akurat przydałoby się w dzisiejszych czasach. (Mamy to na Fochu! sprawdźcie naszą Netykietę - przyp. red.)

4. DZIECKO NEOSTRADY, CZYLI POKEMON. pIsZe W tAkI lOffCiAnY sPoS00b ;* (dzieci neostrady chyba już dorosły, bo poke-mowa jest dzisiaj zabytkiem)

5. GOATSE. Nie chcecie wiedzieć. :)) (jeśli jednak chcecie, a nie znaliście, zajrzyjcie tutaj - przyp. red.)

Niech sieć będzie z Wami.

Pozdrowienia z Ursynowa. Pisząc ten tekst straciłam internety cztery razyPozdrowienia z Ursynowa. Pisząc ten tekst straciłam internety cztery razy