Testujemy kosmetyki: zaskocz mnie, Catrice

Uwielbiam wchodzić do drogerii, żeby zagrać w taką wymyśloną przeze mnie grę p.t.: ?zaskocz mnie?. Gra polega na wyszukiwaniu okazji, tzn. kosmetyków do makijażu w bardzo przystępnych cenach i obstawianiu, czy sprawdzą się, czy też ich jakość będzie równie niska jak cena.

Wytypowani

Oczywiście, wygrywam tylko wtedy, jeśli jakość przewyższy cenę, czyli wyłowię absolutną i niekwestionowana perełkę. Tak naprawdę zabawa była najfajniejsza tuż po tym, jak w drogeriach pojawiły się szafy z takimi kosmetykami firm takich jak Essence, Yoko, Misslyn czy Catrice. Teraz nie ma już tego napięcia, tej niepewności. Niektóre produkty tych marek stały się już legendami. A o innych po prostu milczy się taktownie i to milczenie powinno się uszanować.

Jedna z marek, która często brała udział w mojej grze to Catrice. Legendarnym produktem Catrice jest Camouflage Cream. Porównuje się go nawet do kamuflaży Kryolanu (jeśli weźmiecie pod uwagę ceny produktów marek Catrice i Kryolanu, to zrozumiecie skąd moje "nawet"). Ale o Camouflage Cream napiszę później, zacznę natomiast od innego produktu: Allround Concealer.

Do zakupu Alloround Concealer zachęciła mnie cena, a może nie tyle zachęciła, co wzbudziła moje zainteresowanie. Pomyślałam sobie, że mam wielką szansę na zdobycie niezwykle uniwersalnego i praktycznego produktu za bardzo niewielkie pieniądze (15 zł). Na czym ta uniwersalność polega - otóż jest to zestaw pięciu korektorów w kolorach zielonym, różowym i w trzech odcieniach beżu. Gratka dla kogoś, kto maluje innych oraz dla osób mających kłopot z dobraniem właściwego koloru korektora do swojej cery - tu wystarczy zmieszać kolory ze sobą, aby uzyskać pożądany odcień.

Przyznacie, że pięć korektorów w jednej paletce to bardzo praktyczne rozwiązaniePrzyznacie, że pięć korektorów w jednej paletce to bardzo praktyczne rozwiązanie

Ale po kolei - jak wykorzystać ten produkt? Przypomnijcie sobie koło barw - naprzeciwko koloru zielonego jest kolor czerwony, a więc te dwie barwy "neutralizują się". Z tego powodu wszystkie czerwone przebarwienia na skórze, popękane naczynka neutralizujemy korektorem zielonym... a wszelkie zielone przebarwienia, kolorem czerwonym. Trochę zbaraniałam po takiej dedukcji, bo nie mam jeszcze zielonych zmian na skórze... ale już zupełnie poważnie: różowy korektor dobrze kryje cienie pod oczami, a wierzcie mi, moje cienie do małych i subtelnych nie należą. Po nałożeniu na róż jaśniutkiego beżu, ostatniego koloru z paletki, moje spojrzenie staje się jasne i świeże, czyli zabawa w kolory z korektorem nie idzie na marne. Korektor zielony oraz ciemniejszy beż także spełniły swoje zadanie. Co więcej, muszę przyznać, że kolory korektorów jak dla mnie są strzałem w dziesiątkę. Lepszych nie mogłabym sobie wymarzyć. Do gustu przypadła mi także konsystencja produktu. Pierwsze dotknięcie korektora mogłoby sugerować, że będzie się on bardzo ciężko rozprowadzał i zostawiał na skórze grubą warstwę, a więc będzie widoczny efekt maski. Nic z tych rzeczy, korektor rozprowadza się bardzo dobrze i daje satynowe wykończenie.

Niestety, nie jest to produkt dla mnie. Moja skóra nie jest w dobrej formie - brakuje jej snu (jakichś 3 lat snu, tyle ma moje starsze dziecko) oraz wody (bo tą wypija ze mnie dziecko młodsze), a korektor podkreśla suche skórki. Co więcej, zbiera się w załamaniach i uwidacznia zmarszczki. Nie moje, bo ja oczywiście nie mam, ale te hipotetyczne - tak! Zatem jeśli poza przebarwieniami macie coś jeszcze do ukrycia, to nie będziecie zadowolone z tego kosmetyku. Tu muszę jeszcze zaznaczyć, że pomimo iż kombinacja dwóch kolorów korektora nieźle poradziła sobie z moimi cieniami pod oczami, to w gruncie rzeczy krycie korektora jest średnie i poważnych zmian na skórze i silnych przebarwień nie zamaskuje. No ale umówmy się, że do takich poważnych zadań mamy kamuflaże, nie korektory. Osobiście boleję, że nie jest to produkt stworzony dla mnie. Żeby jednak za bardzo nie żałować napiszę, że produkt zamknięty jest w wyjątkowo kiepskiej jakości kasetce. Tandeta, ot co! Już mi lepiej.

Camouflage Cream to, jak już pisałam wcześniej, legenda. Jeśli potrzebujecie mocnego krycia w absolutnie atrakcyjnej cenie, ten produkt jest doskonały. Ale podobnie jak Alloround Concealer, nie nadaje się dla osób mających przesuszoną skórę. Po pierwsze podkreśli przesuszoną cerę, po drugie jeszcze mocniej wysuszy. Co więcej, pozbawi on złudzeń te z was, które uważają, że są wiecznie młode i zmarszczki to nie ich problem. Camouflage Cream zagra wam na nosie i uwidoczni to, czego wolałybyście nie dostrzegać, skrupulatnie zbierając się w załamaniach skóry. Jeśli jednak sucha skóra i zmarszczki to naprawdę nie wasz problem - nakładajcie kamuflaż śmiało na przebarwienia, zaczerwienienia, naczynka, cienie pod oczami i na jakie tam jeszcze niedoskonałości urody sobie życzycie. Doskonale wtapia się w skórę i utrzymuje się na niej naprawdę długo, niełatwo go zetrzeć. Spotkałam się nawet z opiniami, że jest bardziej trwały niż kamuflaże Kryolanu.

A, nie wymieniłam jeszcze jednej wady produktu Catrice - otóż ma on tendencję do znikania... ze sklepowych półek, a dokładniej z firmowych szaf. Po prostu sprzedaje się jak gorące bułeczki! Co kompletnie nie dziwi, bo do jego zalet należy dodać cenę (13 zł).

Sun Glow Shimmering Bronzing Powder, nowość na półkach Catrice, został przygotowany z myślą o sezonie wiosenno-letnim. Wiadomo, po zimie trzeba trochę odświeżyć kolor cery i zalśnić w pierwszych promieniach wiosennego słońca. Dlatego puder brązujący jest produktem obowiązkowym w budzącej się z zimowego snu kosmetyczce. Z tego też powodu postanowiłam przetestować produkt Catrice. No dobrze, nie tylko z tego powodu, podobnie jak cienie, o których będzie niżej, puder Sun Glow Shimmering skusił mnie swoim kolorem i teksturą.

I od razu zrobiło się wiosennieI od razu zrobiło się wiosennie

W jednym pudełeczku są dwa odcienie - brąz jasny i nieco ciemniejszy, karmelowy. Oczywiście, w zależności od ostatecznej barwy, jaką chcemy uzyskać, kolory należy ze sobą łączyć lub używać oddzielnie. Puder ma drobne, naprawdę ładne drobinki. Nałożony na skórę daje przyjemny, delikatny efekt (a ja lubię delikatne efekty w makijażu), i co bardzo ważne - jest trwały, nie osypuje się, nie wędruje po twarzy i nie zmienia swojego koloru w miarę upływu czasu. Dodatkową zaletą jest brak zapachu. Jeśli lubicie subtelne wykończenie makijażu - warto go wypróbować. Spodziewam się, że będzie też wydajny.

Liquid Metal Eyeshadow to seria produktów, który nie tylko świetnie wyglądają, ale i doskonale się nazywają. Gdybym miała zamknąć oczy i nie wybierać pragmatycznie na podstawie koloru, to naprawdę miałabym spory problem: Mauves Like Jagger, Gold Leaf Me, Look Me In The Ice, czy może We Are The Champagnes? Z resztą przy otwartych oczach też mam zawsze problem z wyborem. Ale moim niekwestionowanym faworytem jest właśnie ten ostatni z wymienionych cieni - We Are The Champagnes.

Liquid Metal Eyeshadow - We Are The Champagnes or The Champions?Liquid Metal Eyeshadow - We Are The Champagnes or The Champions?

Dlaczego? Doskonale sprawdza się w bardzo szybkiej wersji makijażu typu jeden kolor na całą powierzchnie powieki - doskonale odświeża spojrzenie i "otwiera" oko. W bardziej "starannym" makijażu jest doskonały do rozświetlenia wewnętrznego kącika. Dlatego lubię mieć go w mojej kolekcji cieni, chociaż kiedy otwieram nowe opakowanie bardzo żałuję, że zniszczę jego fantastyczną teksturę...

Cienie z serii Liquid Metal są trwałe, dobrze trzymają się na powiece, ale niestety, ich kolor poza pudełeczkiem nie jest już tak ciekawy i intensywny. Jest... zachowawczy. Dlatego jeśli lubicie mocne efekty na powiece, polecam nakładać cienie mokrym pędzelkiem. No i przy tym produkcie waham się, czy koszt (17 zł) to słuszna cena za złudzenie optyczne.

Seria Liquid Metal Eyeshadow to przykład produktów, które lepiej prezentują się w opakowaniu niż na powiece. Ale i tak warto się skusić.Seria Liquid Metal Eyeshadow to przykład produktów, które lepiej prezentują się w opakowaniu niż na powiece. Ale i tak warto się skusić.

Na tym zakończę mój przegląd szafy Catrice, chociaż przyznam się, że zostawiłam sobie jeszcze ciekawe produkty tej marki na inną okazję...