Wyrodna matka: posyłam córkę do szkoły, choć nie muszę

Wielu rodziców sześciolatków walczy o to, by ich dzieci nie szły jeszcze w tym roku do szkoły: kombinują odroczenia, szukają dla maluchów "ratunku". Dlaczego więc zdecydowałam się iść pod prąd tej tendencji, choć w świetle obowiązujących przepisów mogłabym jeszcze "nie skracać dzieciństwa" córce? To nie była łatwa decyzja i nie podjęłam jej lekko - chętnie wyjaśnię, co mną kierowało.

"Ojej, to maleństwo do pierwszej klasy?" - zapytała pani sekretarka w szkole, gdy przyszłam z córką złożyć papiery. Moje dziecko natychmiast przygarbiło się i zaczęło powłóczyć nóżką, by wyglądać na jeszcze mniejsze i bardziej bezradne. Jak widać inteligencja emocjonalna działa bez pudła - da sobie radę dziewczyna. Ale ja oczywiście jestem wyrodna, wiadomo.

Mama i ja, flamaster na papierze/fot. Sony Xperia"Mama i ja", flamaster na papierze/fot. Sony Xperia

Kampania "Ratuj Maluchy", kolejki do poradni psychologicznych, by uzyskać dla swojego sześciolatka orzeczenie o braku dojrzałości szkolnej i odroczyć obowiązek szkolny, nerwy i niepokój rodziców, którzy pytają: czy moje dziecko jest gotowe na szkołę? Czy szkoła jest gotowa na moje dziecko? Pytania jak najbardziej zasadne, ale tworzą jakąś nieprzyjemną atmosferę strachu i przymusu. A ja bym sobie mogła bimbać na to, bo zgodnie ze światłym kompromisem między stanowiskiem rządu, a protestującymi rodzicami, w tym roku do pierwszej klasy idzie tylko połowa rocznika, tzn. dzieci urodzone do końca czerwca 2008 roku. Mój maluch, urodzony w drugiej połowie roku, iść nie musi. Może zostać w przedszkolu, albo pójść do zerówki w szkole. Może mieć jeszcze rok dzieciństwa. Dlaczego więc dobrowolnie z tego rezygnuję i pcham małą, niewinną istotkę w paszczę lwa?

Właściwie wolta w moim nastawieniu dokonała się całkiem niedawno, przez długi czas byłam przekonana, że wykorzystam szansę, którą daje mi system i zostawię córkę jeszcze na rok w przedszkolu. Zwłaszcza, że po wakacjach do przedszkola zacznie dreptać też młodsza latorośl, więc miałoby to sens, przynajmniej jeśli chodzi o logistykę poranków - łatwiej odstawiać obie do tej samej instytucji edukacyjnej, niż do dwóch. A i to młodsze może łatwiej by się odnalazło w przedszkolu, mając wsparcie w starszej siostrze. Piękna wizja, przyznacie, więc uległam jej czarowi. A potem zaczęło mi coś zgrzytać i była to jak zwykle rzeczywistość.

Podzielenie rocznika na pół to jedna z najgłupszych decyzji w całej tej aferze wokół posyłania sześciolatków do szkoły. Rodzi bowiem taką sytuację: część dzieci z jednej przedszkolnej grupy (w przypadku grupy mojej córki jest to większość dzieci) MUSI iść do pierwszej klasy, część może zostać w przedszkolu. Jednak decydując się na taką opcję musimy liczyć się z tym, że dziecko od września trafi do zupełnie nowej grupy złożonej z sześciolatków, które mogły zostać, sześciolatków odroczonych (także z innych przedszkoli, w których nie ma zerówki) i pięciolatków z rocznika 2009, które muszą przejść program zerówki, bo w przyszłym roku idą wszystkie obowiązkowo do szkoły. Niezły burdel, prawda?

Uznałam, że skoro moja córka ma jeszcze raz poznawać literki, które już świetnie zna, w towarzystwie zupełnie nowych dzieci, do których będzie się musiała zaadaptować, to niech się już lepiej adaptuje w szkole. Tam przecież też jest zerówka. Problem z oddziałami przedszkolnymi w szkołach polega jednak na tym, że idą zupełnie innym rytmem niż reszta szkoły. Są wiecznie obok, BEZPIECZNIE odseparowane. No i tłuką tę samą podstawę programową, którą przerabiali przez ostatni rok w przedszkolu (bo część rocznika MUSIAŁA przecież przygotować się do klasy pierwszej, czyli zrobić program zerówki). Niezły burdel, prawda?

Podejrzewamy, że to pan prezydent. Pastele/fot. Sony Xperia(Podejrzewamy, że to pan prezydent), pastele/fot. Sony Xperia

Wszystkie te spostrzeżenia i odkrycia przywiodły mnie do decyzji, by zapisać córkę do pierwszej klasy (a także, by wyjaśnić dziecku na czym polega zły kompromis: "bierzesz coś i przecinasz mieczem na pół, bo niby wtedy jest SPRAWIEDLIWIE. Był jednak taki mądry król Salomon..."). Gdzieś w tle tej decyzji była jeszcze myśl, że skoro Zuzia, Ninka i Zosia idą do pierwszej klasy (bo muszą), to moje dziecko nie czułoby się dobrze, gdyby po roku znalazło się w klasie niżej niż koleżanki z tej samej przedszkolnej grupy. Mogłoby na tej podstawie dojść do wniosku, że jest jakieś gorsze - wiemy, jakie są dzieci i jak się lubią licytować: "A ja jestem już w drugiej klasie, a ty nieee. Bo jesteś głupia, tralala".

Moja córka nie jest głupia. Ani przez moment nie dręczyła mnie myśl, że nie poradzi sobie intelektualnie z programem nauczania. Wiem, że sobie poradzi, a jeśli cokolwiek będzie jej sprawiać trudność, to ma rodziców, dziadków, bogaty księgozbiór domowy oraz internet ("Mamusiu, jak wygląda anatomia pszczoły miodnej? Poszukaj mi w internecie. I wieloryba też") na każde zawołanie. Będziemy pomagać, tłumaczyć, pokazywać. A i szkoła, do której córkę posyłam, zdaje się mniej więcej wiedzieć, z czym się te sześciolatki je. I mimo wszystko ich nie zjada.

Czy jednak córka sobie poradzi emocjonalnie? Czy szkoła nie będzie dla niej za wielkim stresem? Chodząc na dni otwarte w podstawówkach zadawałam sobie to pytanie - zwłaszcza, gdy mnie samą dopadał stres i żołądek kurczył się nerwowo na wielkiej sali gimnastycznej, wobec tłumu rodziców i dzieci oraz srogich min "pań". Jednak okazało się, że jak zwykle mam więcej szczęścia niż rozumu i nasza rejonowa szkoła to kameralna instytucja z bardzo ludzkim i ciepłym podejściem do zestrachanych rodziców. Jest szansa, że dla dzieci też będzie litościwa, skoro z tłumkiem naburmuszonych trzydziestolatków poradziła sobie na tyle dobrze, że biegaliśmy za nauczycielkami wołając "Proszę pani, proszę pani, jeszcze ja!". A panie nauczycielki znosiły to cierpliwie, a nawet z pewną serdecznością, co sprawiło, że duży ciężar spadł mi z serca. Znaczy: nie zeżrą tu mojego maluszka na dzień dobry.

Dziewczynak i dinozaur, flamaster na papierze/fot. Sony Xperia"Dziewczynka i dinozaur", szkic/fot. Sony Xperia

Oczywiście, nie rozwiewa to wszystkich moich lęków. Jestem pewna, ze szkoła dostarczy mi ich w nadchodzących latach niemało. Właściwie pierwsze zmartwienie już jest. Bo jak wiadomo darem rządu dla dzieci klas pierwszych będzie darmowy podręcznik. Którego nie ma. Ale już jest autorka, która opracuje ten podręcznik. Następnie książka przejdzie przez system resortowych recenzji i ocen (zakładam, że tak ważny podręcznik musi być poddany jakiejś rewizji), a po zatwierdzeniu zostanie wydrukowana i rozwieziona do szkół, żeby 1 września dzieci miały się z czego uczyć. Pięć miesięcy to MNÓSTWO czasu na zrobienie tego wszystkiego.

Jest też kłopocik z samą autorką - Marią Lorek, bo choć nie brak jej doświadczenia w pisaniu podręczników, to jej poprzednie dzieła sprawiają, że "Elementarz" Falskiego wydaje się ostrą propagandą feministyczną. W podręczniku pani Lorek istoty płci żeńskiej

(...) reprezentują zawody: nauczycielki i woźnej. To kontrastuje z męskimi bohaterami, którzy egzemplifikują takie role społeczne, jak: pszczelarz, komik cyrkowy, kosmonauta, poeta, aktor, trębacz, góral, husarz, kosynier i powstaniec. W podręczniku nie ma mowy o: naukowcach, pisarzach (pisarkach), inżynierach lub wynalazcach. Kobieta ma uczyć i pilnować, zaś facet musi przede wszystkim umieć się bić i spełniać role ludyczne.

Nie, nie mam genderowej obsesji, nie będę się upierać, że moja córka musi być w przyszłości naukowczynią, a nie naukowcem - gdyż takie ostatnio wygłosiła pragnienie. "Mamo, jak dorosnę będę naukowcem - jak Skłodowska i Fleming" ("bajka" o wynalezieniu penicyliny należy ostatnio do ulubionych). "Dokonałam odkrycia, że piana rozpuszcza się w zimnej wodzie! Idę prowadzić dalsze eksperymenty!".

Cwana gapa. Pełna zapału, ciekawości świata, głodna wiedzy. I bardzo bym chciała, żeby szkoła nie zniechęciła jej, nie zamknęła, nie ograniczyła. Przeciwnie: żeby dała jej napęd i możliwości, by pobudzała i rozwijała. Ale teraz do już chyba nie jestem wyrodna, tylko zwyczajnie szalona.

"Angry birds, bo chciałam czymś chłopaków zainteresować"