"Chyba jestem za głupi na ten program? - a może nie tylko na niego? Wiedza ogólna nie jest bezużyteczna!

Proszę państwa, wykopałam sobie taki film o Krymie. Jest wiele podobnych w internecie, ale traf chciał, że dopiero przy tym konkretnym obrazku miarka się przebrała. Oto przypadkowo napotkani przechodnie odpowiadają na niezbyt wyszukane pytania z zakresu wiedzy ogólnej i robią z siebie idiotów. I cóż z tego?

- Mówi się dużo, ale niestety nie wiem - deklaruje bez najmniejszego poczucia zażenowania wesołkowaty młodzian. Pytanie było banalne. "Czym jest Krym?". Chwała chłopakowi, że otwarcie powiedział, iż nie wie. Ugiął się i obnażył głębię swej niewiedzy dopiero "pod gradobiciem pytań". Kolejna z ankietowanych osób, młoda dziewczyna nie stawiała oporu, wręcz przeciwnie. Ona wie, że Krym to taki pałac prezydencki, bez kitu, no może kancelaria premiera. Flaga? Niebiesko- biało-czerwona. Chrywnie? Dziewczę nie traci rezonu, chrywnie, znane też "w twardszej wersji" jako chrywny, kojarzą się jej ze świnią. Śmiesznie jest pokwiczeć do kamery. Z dumą i uśmiechem na twarzy przekuć swoje wady w zalety. Czy Ukraina ma dostęp do morza? Część nagabywanych przechodniów uważa, że nie. Jaki jest język urzędowy na Ukrainie? Wiadomo - rosyjski. Gogol to taki rozbójnik, fizyk, a może coś z kosmosu? Ale zabawne, haha, sami sprawdźcie.

Można się śmiać, kto wam zabroni. Można wykonać gest zwany z angielska facepalm, bo kiedy, jak nie w takiej chwili? Gdy zaś chłopię o umyśle nieskażonym wiedzą o świecie mówi szczerze "chyba jestem za głupi na ten program" można zakrzyknąć w stronę monitora "Tam do licha! Jesteś za głupi w ogóle!". Komentarze do takiego filmiku same się piszą: och co za niedouczona młodzież, co za bałwany, jak tacy mogą chodzić po ulicach, miernoty przeklęte, żałosne bęcwały, za naszych czasów...!

Można też rozpocząć polowanie na wiedźmy. To wina mediów! To one podają za mało informacji. Dużo się mówi o Krymie, ale przecież nic się nie wyjaśnia. Dobrze, zakładam, że w idealnym świecie jedno wydanie telewizyjnego programu informacyjnego trwa 72 godziny. Ten czas powinien wystarczyć, by każdego "newsa" pogłębić o kontekst geopolityczny, nakreślić tło historyczne, powiedzieć przy okazji o kulturze, bo jest ona ważnym elementem tożsamości narodowej, a bez takich danych...

Winny jest system edukacji - nie sprawdza się. Oczywiście! Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów jest przeładowywanie programu danymi. Ironia losu, co? Bezużyteczna wiedza. Nie? Na przykład taka, że ta nasza przykładowa Ukraina, ten nasz sąsiad bliski, współorganizator Euro2012, że ona leży nad Morzem Czarnym i Morzem Azowskim. Przerzućmy tę piłeczkę dalej.

Może winni są rodzice? To oni nie dopilnowali, by ich dzieci odrabiały zadania domowe i czytały książki. To oni nie rozbudzili ciekawości w przyszłych obywatelach, wyborcach, a może nawet wybieranych.

No to czym w zasadzie jest ten Krym? No to czym w zasadzie jest ten Krym?

Zamiast szukać dalej winnych mam dla Was argument ostateczny. Och, słyszałam go wiele razy przy okazji podobnych dyskusji o wiedzy, a raczej jej braku. A NA CO IM TO? Na co fryzjerce znajomość geografii Europy? Po co kucharzowi informacje o języku urzędowym naszych sąsiadów? Czy kasjerowi potrzebne są do szczęścia, ba, do życia w ogóle takie informacje, jak ta kim był Chmielnicki,wszyscy ci Kozacy, jakaś Sicz Zaporoska? Bez tego też sobie poradzą. Kucharz nadal będzie (dobrze?) gotować, a fryzjerka strzyc i czesać. Jak widać ludzie żyją, pracują, a może nawet zarabiają pieniądze i stają się profesjonalistami mimo braku wiedzy ogólnej. Czy chłopak na zmywaku musi umieć wymienić kolory na fladze dowolnego z naszych państw ościennych? Czy ktoś będzie gorszym doradcą finansowym nie wiedząc, że żył ktoś taki jak Chmielnicki?

Przez moment zawstydziłam się, cholera czy ja pamiętam jak się nazywa obecny prezydent Republiki Czeskiej? Bez ściągawki nie, przykro mi (odpowiedź: Milos Zeman) Niemcy? Joachim Gauck. Nie słyszymy o nim na co dzień, bo wiadomo, ma sobie cichutko reprezentować, mianować ambasadorów, ale biedaczysko nawet jednej ustawy nie zawetuje. Rządzi za to kanclerz federalny. Gdybym wysiliła śląską półkulę mózgową pewnie wymieniłabym wszystkich kanclerzy od chwili obalenia Muru Berlińskiego. Żartuję, mój mózg nie dzieli się na grupy etnograficzne, ale żartów odnośnie Polski bez Śląska, oraz tych o dziadku w Wehrmachcie i o folksdojczach to się człowiek nasłuchał. A wiecie kiedy wybuchały Powstania Śląskie? A o co walczono? A Powstanie Wielkopolskie? Nie? Nieważne, prawda? Bez tej wiedzy człowiekowi lżej. Brak tej wiedzy nic nie znaczy i o niczym nie świadczy. Można sobie spokojnie łykać dowolne newsy bez zbędnego balastu. Można sobie jeść populizm w sosie własnym i zagryzać świeżutką propagandą.

STOP! Proszę. Kto ma wiedzę ten ma władzę. Informacja jest dziś jednym z najwartościowszych towarów na rynku. Władze niektórych krajów bronią swoich obywateli przed informacjami z zewnątrz i przed wiedzą. Są gazety, które dobrze zapłacą za informację o ciąży tej aktorki, czy o dowodach na przemoc w domu tamtego prezentera. Są agencje rządowe, które przeznaczają równowartość gór z czystego złota, by zdobyć informacje o tym, czy gdzieś we Wszechświecie jest woda, a może nawet życie. A wiecie czym jest jedna z najnowszych międzynarodowych walut? Ten cały Bitcoin? To informacja. Wasza płatność kartą kredytową za zakupy, za bilet, za kawę i ciasteczko to też płatność informacją.

No dobrze, ale my tu o Krymie rozmawialiśmy, o tym czym jest. O Chmielnickim i o powstaniu kozackim. Wiedza historyczna, nawet bardzo ogólna (nie mówię, żeby pamiętać rok, ale choćby wiek, albo moment historyczny) JEST PO COŚ. Historia jest nauczana nie tylko po to, żeby podręczyć nastolatków w okresie burzy i naporu i oderwać ich zaślepione hormonami łepetyny od rozważania o własnej marności, o seksie, lajkach na fejsie, sweetfociach na instagramie i o używkach. Historia to nasza pamięć zbiorowa, to nasza szansa uczenia się na cudzych błędach, to próba zmuszenia społeczeństwa do wyciągania wniosków z doświadczeń pradziadków. To nasz alarm ostrzegawczy. Powinien się uruchamiać jeśli dostrzegamy, że HISTORIA WŁAŚNIE SIĘ POWTARZA.

Monika ostatnio straszyła językowymi nazistami, wzięłam sobie jej ostrzeżenie do serca. Ja, słynna niechluja słownikowa, notoryczny pirat ortograficzny i nonszalancki antygramatyk, siedzę i sprawdzam teraz każdy swój tekst po dwakroć. Czy dobrze mi idzie? Nie wiem, na wszelki wypadek nie zabijajcie mnie. Ja wzywam teraz na pomocnika nie naukowego faszystę, a jakiegoś Kapitana Oczywistość, Ligę Obrońców Planety Ziemia, oraz Profesorka Nerwosolka i Entomologię.

Nieśmiertelny Profesorek Nerwosolek i Entomologia w służbie nauce. rys. Tadeusz Baranowski Nieśmiertelny Profesorek Nerwosolek i Entomologia w służbie nauce. rys. Tadeusz Baranowski

Nie każę Wam całkować. Sama pewnie nie umiałabym, bo jestem cyfroodporna. W ramach swego przekonania o kompletnym braku talentu do nauk ścisłych poszłam się dobrowolnie zadręczać na studiach takimi tematami jak fizyka kwantowa i co roku "ręcznie" (czyli nie w programie komputerowym) rozliczam nasze podatki. Jestem dobrze zmotywowana skrobiąc ołówkiem na karteczkach wszelkie obliczenia - jeśli się pomylę, to zaboli. Uwierzcie jednak, że podstawowe informacje z zakresu geografii, historii, biologii, chemii i fizyki nie bolą. Inaczej nie uczyliby ich w szkole podstawowej. Po co nam są? Nie tylko po to, żeby nie zrobić z siebie kompletnego idioty przed kamerką, gdy pan Frej z Matura To Bzdura , chłopaki z Pyta.TV albo panowie z innego Faktu czy Super Expressu dopadną nas w ciemnej uliczce i zapytają, czy uważamy, że tlenek wodoru oraz mieszanki gazów i aerozoli o przeważającej ilości azotu powinny zostać nie tylko wycofane z użycia, ale zabronione.

To wiedza, która przydaje się kiedy szukacie w supermarkecie najtańszego produktu (patrzycie na cenę za jeden kilogram lub litr, czy łykacie od razu cenę podaną na etykietce, tę najbardziej wyraźną ?), albo, gdy czytacie skład nabywanych produktów spożywczych w sklepie. Podstawy chemii mogą przydać się kiedy ktoś próbuje wam wcisnąć ciemnotę, że sok, który właśnie trzymacie w ręku "nie zawiera cukru" i implikuje, że to zdrowe. Aha. Oczywiście. Czy byliście uprzejmi mieć wątpliwość? Rozważyliście sytuację, w której ktoś żongluje definicją cukru w produktach spożywczych? O widzicie. Wiedza przydaje się, by wątpić. Wątpię więc jestem - to nie Kartezjusz, to starszy od niego o kilka wieków św. Augustyn. Myślenie ma kolosalną przyszłość - to już Agnieszka Osiecka. Trudno się nie zgodzić z tą Panią, niestety nie da się jej już polać.

Do sedna. Wiedza ogólna nie jest bezużyteczna. Pozwala wam krzyknąć "sprawdzam!", by pokazać, ze przeciwnik blefuje w informacyjnym pokerze codzienności. Dzisiaj przy kupowaniu soku, jutro podczas wyborów europarlamentarnych, a może pojutrze, kiedy przyjdzie zadecydować o naszym wspólnym losie w jakimś referendum.