Co ja zjadam? Straszny pasztet

Witam was, drodzy użytkownicy cyberprzestrzeni, w najnowszym odcinku zatrważającego serialu kulinarno-zbrodniczego, noszącego nazwę "Najgorsze przepisy na paskudne potrawy, których nigdy nie chciałeś gotować". Dziś obiektem obserwowanym będzie pasztet, a w zasadzie jego marna, choć (jak dla mnie), całkiem smaczna namiastka.

Jak wiadomo, jest na świecie grupa ludzi niejedzących mięsa - w normalnych warunkach dawno poumieraliby z głodu i wycieńczenia, bo poza mięsem to na tym świecie nic już nie ma. Nawet papryki i pomidory teraz z mięsa robią, panie. Chińczycy z rybich genów marchewkę wyhodowali, żeby była tańsza w uprawie. I gdyby nie parówki i pasztet, które, jak powszechnie wiadomo, niewiele mają wspólnego z mięsem, nie ostałby się ani jeden roślinożerca.

Ja na przykład w temacie parówek jestem na "nie" - zarówno tych z indyka bezmięsnych, jak też tych sojowych nie czczę. Nie powiem, jak bardzo one mi nie smakują, nic o nich publicznie nie powiem, by nie urazić wiernych kościoła nurkującego sojowego parówczaka i wegańskiego spaghetti. Za to pasztet - proszę bardzo, pasztet wegetariański uwielbiam, zwłaszcza, kiedy sama go sobie zrobię. Bo ja, moi kochani, ja to lubię chrzan. Piekę sobie chleb chrzanowy, zjadam go z serem chrzanowym i chrzanowym pasztetem, a gdy przyjdą upały zrobię lody chrzanowe, spakuję je w termos, a potem wszyscy odpłyniemy ku Sokotrze, by brać udział w wyścigach rydwanów zaprzężonych w marmozety.

Ale my o pasztecie.

Niezły pasztet

SKŁADNIKI

250g grochu łuskanego

250g zielonej soczewicy

1 jajko

1 - 2 cebule

2 ząbki czosnku

bułka tarta, chrzan, pietruszka, lubczyk, sól, tymianek*

Najsampierw weźmisz gar, ciśniesz wgłąb całen groch i wszystką soczewicę odmierzoną. Potem pod zimną wodę, opłukać, namoczyć, znów wylać wodę, nie jeść, nie memłać, zalać ponownie wodą na wysokość trzech palców ponad warstwę mieszanki grochowo-soczewiczej. Posolisz i wstawisz na ogień, aby złe odpędzić. Po wygnaniu demonów stwardniałego ziarna, co poznasz po tym, że soczewica i groch zmiękły całkiem, czekasz aż ta mikstura nieco ostygnie. Ponieważ od dawna nie mam blendera, do ugniecenia grochu z soczewicą użyłam typowego tłuczka do ziemniaków. Dlaczego ten sposób jest lepszy? Bo nie wymaga ode mnie kupowania blendera - to raz, dwa: nie zmienia pasztetu w jakiś krem, tylko pozwala zachować całkiem fajną strukturę. Utłukłszy nieco groch i soczewicę, dodaję posiekaną surową cebulę, posiekaną pietruszkę, wyciskany czosnek i lubczyk, wbijam jajko, następnie wrzucam chrzan. Ile konkretnie? Ostatnio dodałam tylko trzy łyżki. Zwyczajnie nie było więcej chrzanu w domu. Od tego momentu dbam, by w szafce zawsze były co najmniej dwa zapasowe słoiki chrzanu.

No dobra, ferajno. Co dalej? Odmierzamy odpowiednią ilość bułki tartej (można też otrębów, można kaszy drobnej, jasnej, można nawet wsypać do smaku szklankę cukru, ale po co?). Ile to jest "odpowiednia ilość”? Khm. U mnie to była dokładnie garść. Potem jajko, surowe, hop. I jeszcze sól, sól jest najważniejsza. Potem wykonujemy tradycyjny manewr z cofnięciem się w czasie do początku przygotowań, włączamy wtedy piekarnik, o czym zapomnieliśmy poprzednio, wracamy do "tu i teraz”. Przygotowujemy foremkę. Ja ostatnio mam troszeczkę wywalone na gusła ze smarowaniem masłem i posypywaniem mąką, czy bułką tartą, choć uwielbiam te czynności, mają w sobie pierwotną moc. Ludziom od tego żyje się dostatniej, a z każdym obrotem foremki w celu równomiernego rozprowadzenia posypki na tłuszczu moje dzieciństwo jest bliższe o jeden kroczek. Teraz jestem postępową gospodynią, wykładam formę prostokątną papierem do pieczenia tak, żeby srogo wystawał ponad blaszane krawędzie jeżąc się i strosząc niczym japońska papierowa kurka, a potem wlewam tam do wnętrza, brzuch jej napełniam (tej kurce) masą pasztetową wegetariańską, wstawiam wszystko do piekarnika nagrzanego i piekę, piekę, piekę.

Powtarzam sobie w myślach "Stepy akermańskie” bo to jest wiersz na czasie, potem powtarzam sobie w myślach "gotuj się, kurwo, gotuj”, bo to mój ulubiony wiersz, potem lajkuję na internetowych społecznościówkach zdjęcie ładnej ruiny, bo to czynność magiczna, która pozwala odpędzić demony surowego i niedopieczonego, a potem zaglądam do piekarnika. Jeśli nie jest czarne - jest dobre. Jeśli jest czarne - przesadziliście, bardzo mi przykro, rytuał pieczenia pasztetu trzeba powtórzyć.

Pasztet jest dobry, zdrowy, zaleca się jedzenie na zimno. Z chrzanem oczywiście.

Więcej o: