Tym razem nie o makijażu odc. 2: wybuchające komórki, nowe karły i grające rękawiczki

Tym razem mniej będzie wieści z kosmosu, za to sporo przydatnych informacji z zakresu medycyny i kultury - na przykład o tym jak walczyć z rakiem za pomocą piwa (to ważne), oraz jak umilać sobie czas w internecie przy pomocy dźwięków i kształtów. Gotowi na nowy odcinek przeglądu naukowego w świecie internetowych serwisów lajfstajlowych dla kobiet?

1. Antybiotykiem w wirusy!

Próby leczenia chorób wirusowych antybiotykami podejmowane są nieustannie. Sama znam co najmniej trzy osoby, które zostawiwszy sobie nieco antybiotyku "na zapas" używały go "w nagłej potrzebie". Błagam, nie róbcie tego, nawet jeśli już dotarła do Was informacja o odkryciu, jakiego dokonała dr Kamila Stokowa-Sołtys z Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Młoda chemiczka od kilku lat prowadziła badania nad zastosowaniem bakcytracyny - silnego antybiotyku stosowanego miejscowo w przypadku zakażenia bakteriami gronkowca lub paciorkowca w leczeniu chorób wirusowych. Bakcytracyna bowiem okazała się mieć zabójczy wpływ na RNA niektórych wirusów. Jak przyznała w rozmowie z korespondentami serwisu PAP Nauka w Polsce sama dr Stokowa-Sołtys, jej zespół sprawdził wcześniej wiele innych antybiotyków, jednak dopiero ten konkretny okazał się skuteczny.

Dzięki temu powszechnie znana substancja w przyszłości najprawdopodobniej będzie mogła być wykorzystywana w leczeniu kilku wyjątkowo niewdzięcznych w kuracji chorób wirusowych. W materiałach prasowych z PAP-u znajdziecie informację, że te choroby to m.in. wirusowe zapalenia wątroby, polio, lub wirus HIV. To dość optymistyczna wizja, radzę podchodzić do niej na chłodno, natomiast gorąco dopingować zespół dr Stokowej-Sołtys. Póki co badania prowadzone były poza organizmami żywymi. Jednak już to, czego udało się dokonać w ramach badań in vitro, czyli tak, jak fani filmów lubią najbardziej - w laboratorium, pod mikroskopem, na wyizolowanych komórkach, wiecie, te spektakularne ujęcia z wprowadzaniem substancji na szkiełko - no, to w trakcie badań, które może są mniej dynamiczne, a bardziej żmudne niż te filmowe wizje, rezultaty były bardzo obiecujące. Na tyle, że oprócz tytułu doktora Kamili Stokowej-Sołtys przyniosły niedawno także laur zwycięstwa w konkursie Innowacja Jest Kobietą Fundacji Kobiety Nauki.

2. Leczenie rodem z filmów SF

Jeśli od rezultatów badań zespołu wrocławskich chemików zależy wasze życie teraz, zaraz, natychmiast - cóż, chirurdzy z jednego ze szpitali w Pensylwanii proponują wam hibernację w oczekiwaniu na wyleczenie. Taką anabiozę, czyli, jak sami to ujmują - zawieszenie między życiem a śmiercią. Chodzi o wprowadzenie pacjenta w stanie krytycznym (ale rokującym) w rodzaj kontrolowanej hipotermii, tak, by zyskać na czasie. Metoda ma być stosowana wyłącznie w przypadku, kiedy doszło już do zatrzymania akcji serca. Temperatura organizmu ma zostać obniżona o około 26 stopni poprzez zastąpienie całej krwi chłodnym roztworem soli fizjologicznej. To spowolni pracę organizmu i da szansę na zapobiegnięcie nieodwracalnym zmianom w mózgu. Lekarze przewidują, że dzięki takiej anabiozie zyskają dodatkowe dwie godziny czasu na wykonanie niezbędnych operacji. Taka metoda sprawdzać się może zwłaszcza przy poważnych oparzeniach i krwotokach. Chirurdzy z Pittsburga dostali właśnie zielone światło od rządowej komisji medycznej i podobno już w tym miesiącu sprawdzą skuteczność metody na dziesięciu śmiałkach. Podobno wyniki innego zespołu, który w 2002 roku testował taką hibernację na świniach są dość obiecujące. Ciekawe, czy któryś z pacjentów po wybudzeniu rzuci słynne "Widzę ciemność, ciemność widzę"?

3. Walcz z rakiem, lej piwo!

Jakoś nam się tak medycznie zrobiło, więc jeszcze tylko dwie rzeczy. Po pierwsze: grupa szwedzkich uczonych odkryła nową metodę walki z rakiem. Jest dość spektakularna, o ile macie dobry mikroskop - chodzi o "wybuchanie" zmutowanych komórek - kto ma czytnik niechaj czyta TUTAJ. Inną metodę walki z rakiem, a w zasadzie działania profilaktyczne zaproponowała grupa naukowców z Isabell M. P. L. V. O. Ferreirą na czele. Mam niejasne przeczucie, że ta propozycja spodoba się niektórym z Was. Otóż pani Ferreira i spółka w trakcie swoich badań dowiodła, że marynowanie mięsa w piwie znacząco obniża poziom aż ośmiu różnych typów (uważajcie, głęboki wdech!) wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych z angielska i w skrócie zwanych PAH (teraz już możecie wrócić do normalnego oddychania). Czym są te tamte, PAH-y? To takie węglowodory, które są na liście substancji rakotwórczych. Powstają w naszej żywności w trakcie smażenia, wędzenia, grillowania, prażenia, pieczenia - w czasie obróbki termicznej. Zburzyłam trochę wasz spokój, ale teraz przynoszę ukojenie w postaci rzeczonego piwa. Dobrze zamarynowane w piwie mięso (może tofu i papryka też? sprawdźmy ) zawiera znacznie mniej tych PAH-ów. Im ciemniejsze piwo, tym poziom świństwa niższy. Ale, żeby nie było, że namawiam do złego, że znów Foch alkoholizuje Was - zmieńmy może temat na jakiś bardziej kosmiczny.

4. Nowy karzeł i woda na księżycu

Sporo się ostatnio dzieje nad naszymi głowami. Kilkanaście dni temu panowie Chadwick Trujillo i Scott Shepperd przyznali się oficjalnie, że po miesiącach śledzenia pewnego tajemniczego drobiażdżka mają niemal pewność, iż oto odkryli nowego karła w systemie, a konkretnie planetę karłowatą, czyli takie cudo, co to jeszcze nie jest właściwą planeta, ale ma z takową co nieco wspólnego. Planetą karłowatą jest nasz kochany wyrzutek Pluton (2006, pamiętamy, ['] ), planetą karłowatą jest też Sedna, za którą początkowo Trujillo i Shepperd wzięli swój obiekt. Tymczasem obserwowane maleństwo okazało się aż o połowę mniejsze, obecnie nosi romantyczne imię 2012 VP113, wiemy też, że składa się z lodu i wygryzło pannę Sednę z pozycji najdalszego ciała niebieskiego w naszym układzie słonecznym. Od teraz każdy kto chce prawdziwie i ostatecznie uciec poza nasze podwórko, musi spędzić w podróży jeszcze kilka dodatkowych lat świetlnych. Na szczęście przy dobrej konfiguracji planet może wpaść po drodze na jeden z księżyców Saturna i zaczerpnąć tam nieco świeżej wody. Tak przynajmniej mówią eksperci z NASA.

Poznajcie lepiej Enceladusa, bo to być może wasza nowa ZiemiaPoznajcie lepiej Enceladusa, bo to być może wasza nowa Ziemia

 

O tym, że naturalne satelity drugiego co do wielkości naszego planetowego giganta, przepraszam, gazowego olbrzyma, że te satelity są wyjątkowe - wiadomo nie od dziś. Wyobraźnię rozpalał już Tytan, gdyż posiada własną atmosferę, a musicie wiedzieć, że nie jest to powszechny zwyczaj w naszym układzie słonecznym. Zabawna ciekawostka: w atmosferze Tytana wykryto obecność propenu, zaś jeziora na jego powierzchni wypełnia ciekły metan, na Tytanie obecne są też kriowulkany - dziwactwa, które wypluwają z siebie nie gorącą lawę, a lód. Enceladus, inny z saturnowych księżyców od ładnych paru lat podejrzewany był o przetrzymywanie wody. Dopiero jednak tegoroczne raporty przesłane przez sondę Cassini pozwoliły amerykańskim badaczom powiedzieć to bardziej śmiało i wyraźniej - tak! uważamy, że oceany na Enceladusie to oceany pełne wody. A wiecie co to oznacza? Marzenia o ucieczce z planety małp znów nabierają bardziej realnych kształtów.

5. Zagraj mi kwadrat ręką

Skoro już o kształtach mowa - dla odprężenia będzie coś o geometrii muzyki. Jedna z sympatyczniejszych zabawek do wydawania dźwięków nazywa się Patatap i jest dostępna dla każdego kto tylko ma dostęp do internetu (szybko, szybko! Biegnijcie wykupić sobie dostęp do tego internetu, zobaczycie jak tam jest fajnie!). Na czym polega? Na łączeniu konkretnych odgłosów z kształtami geometrycznymi, przede wszystkim zaś jest prosta w obsłudze i darmowa -  wystarczy KLIKNĄĆ TUTAJ, następnie zaś naciskać dowolne litery na klawiaturze i obserwować zmiany w oknie przeglądarki.

To jeden z moich wybryków, a jakie obrazki Wy narysowaliście dźwiękiem?To jeden z moich wybryków, a jakie obrazki Wy narysowaliście dźwiękiem?

 

Tymczasem opowiem o pewnym wynalazku, który ma szanse wejść do powszechnego użycia. Chodzi o rękawiczki do grania muzyki, które zastępują klawiatury, klawisze, kontrolery, crossfadery, przyciski, pokrętełka i suwaki. Niestety jest jeszcze kilka rzeczy bez których się nie obejdziecie (komputer, odpowiednie oprogramowanie, bank dźwięków, talent i parę innych drobiazgów), nie mniej jednak wygląda to wszystko bardzo intrygująco. Można lubić panią artystkę Imogen Heap, można jej nie lubić, a nawet nie znać, ale trzeba przyznać, że wykonała miły gest. Najpierw przez kilka lat wraz ze swoim zespołem ekspertów od techniki i muzyki udoskonalała rękawiczki do grania, następnie zaś odpaliła na Kickstarterze zbiórkę pieniędzy, dzięki czemu nie tylko ona będzie mogła korzystać z tego wynalazku.

 

Jeśli macie ochotę - sypnijcie groszem TUTAJ. A teraz uwaga - skoro dobrnęliście tak daleko, zatrzymajcie się na chwilę, by wspomnieć Teslę. Żartowałam, Teslę już wspominaliśmy na Fochu. Powraca w moim tekście tylko dlatego, że od grania muzyki za pomocą gestów dłoni niedaleko już do thereminu, czyli jednego z pierwszych elektronicznych instrumentów muzycznych. A wiecie, że Lew Theremin konstruując swój eterofon (to grupa instrumentów, do której zaliczany jest theremin) wykorzystał transformator Tesli? Teraz, żeby zatoczyć ładne kółko i wrócić do tego, od czego rozpoczął się ten rozdział - jest w internecie taka fajna strona, a na niej nieco paradoksalna aplikacja. W pełni dotykowy i bezcewkowy theremin. Jeśli nie stać was na najnowszy model (Moog właśnie wypuścił Theremini, urządzonko nieco łatwiejsze w obsłudze i kosztujące niewiele ponad 1200 zł) możecie sobie przynajmniej poklikać w klawiaturę udając, że właśnie lecicie na księżyc w asyście wampirów i duchów z nawiedzonego zamku - bo właśnie z takimi obrazkami kojarzy się większości osób dźwięk tego uroczego instrumentu. Życzę udanej zabawy i dziękuję za uwagę.

Więcej o: