Życie to nie choroba? Ale czasem boli...

Byliście kiedyś na terapii? Podobno terapie są modne. Podobno biegamy tam za dużo, za często i zupełnie bez sensu. Z każdą bzdurą. Bo nam się nie układa pożycie z sąsiadami. Bo pies nie chce robić siku, kiedy wychodzi na spacer. Bo kiedy ta pani z warzywniaka łypnie na nas spod oka, zaczynamy się bać. Bo każdy powód jest dobry.

"Życie to nie choroba”, mówi w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów Extra" psycholog Tomasz Witkowski. I przekonuje, że przesadzamy z terapiami, że ich rzeczywiste "lecznicze” działanie trudno jest udowodnić, bo zależy od zbyt wielu czynników, że to marnowanie kasy. A ja sobie myślę - ledwo udało się kilka procent populacji przekonać, że jak życie boli, to można sobie spróbować czasem pomóc, a już ktoś ich do tego zniechęca. Już ktoś przekonuje, że to słabość, że trochę głupota. Że przecież kiedyś nie było terapeutów, a ludzie jakoś żyli. Uwielbiam te porównania. Bo prądu też kiedyś nie było, a ludzie żyli, co to za argument?

Sondę robię wśród koleżanek. Tych, co nigdy na terapii nie były (tak mi się przynajmniej wydaje). I co mówią? Że to niepotrzebne. Że słabość. Że to próba wtłoczenia cię w schemat (bo zawsze jesteś DDA albo ADHD albo cokolwiek innego). Że życie nie jest bajką i trzeba sobie radę dać. Wziąć się w garść, zebrać do kupy, inni mają gorzej. Że to szamanizm, oszustwo, wyciąganie kasy. Czyli pan psycholog w dobrą nutę trafia. Społeczeństwo na pewno go rozumie.

Po co nam terapia, skoro mamy rodzinę, przyjaciół, bliskich? Po co płacić komuś za to, że nas posłucha i pozwoli nam samym dojść do pewnych wniosków? Bo czy nie na tym polega terapia? Że idziemy, płaczemy, spowiadamy się, odsłaniamy. Mówimy, że z tym sobie nie radzimy, to nam się nie podoba. Nie tylko w świecie dookoła, również w nas samych. A terapeuta siedzi i słucha. Czasem zada pytanie pomocnicze, głównie po to, żeby nie usnąć z nudów. A za godzinę zainkasuję swoją stówkę czy też sto pięćdziesiąt i otworzy drzwi przed kolejnym pacjentem. Są tacy, którzy twierdzą, że zamiast odjąć, dorobi nam problemów, bo przecież jemu zależy głównie na tym, żebyśmy nie przestali do niego chodzić. Bo kasa płynie i każdy jest zadowolony. Jestem pewna, że taki obraz terapeuty to standard. Być może nawet ten obraz nie wziął się z kosmosu, być może tacy terapeuci też są. Tak samo jak słabi lekarze. Ale czy to znaczy, że ja nigdy do lekarza nie pójdę?

Życie czasem boli. W życiu czasem jest ciężko. Czasem tak tylko trochę, że się człowiek pomęczy, pogada z przyjaciółmi, mamą, bratem, żoną, wódki się napije i przejdzie. Czasem wystarczy dać smutkowi trochę czasu i też sobie pójdzie. Ale czasem nie chce sobie iść. Trwa i trwa. I już przyjaciele nie chcą nas słuchać. Albo już nie mogą. Albo nie mamy przyjaciół, bo przecież czasem też tak jest. Albo mamy dziesiątki, ale oni służą nam głównie do zabawy albo do dowcipnego komentowania statusów na fejsie. Albo my nie umiemy się otworzyć. I nawet kolejna wódka nie jest w stanie nam pomóc. A życie boli. Coraz bardziej. Samo nic nie chce przejść, wszystko się zapętla. Pojawiają się lęki. Przestajemy spać. Albo wprost przeciwnie - chcemy tylko spać. Krzyczymy. Jesteśmy w stanie pobić kierowcę, bo krzywo zaparkował. Płaczemy w kiblu w pracy. Płaczemy przy kupowaniu pomidorów i jabłek. Albo wprost przeciwnie - wcale nie płaczemy. Nic a nic, ani troszeczkę. Za to z niewiadomych przyczyn mdlejemy na ulicy i przyjeżdża po nas karetka. Albo włosy nam wychodzą garściami. Albo swędzi nas skóra tak, że wydrapujemy sobie rany. Milion rzeczy może się z nami dziać, kiedy życie nas za bardzo boli. I co wtedy?

Możemy próbować dać sobie radę sami. Niektórym pewnie nawet się to uda. Przecież kiedyś nie było terapeutów, a ludzie jakoś żyli, prawda? Ale są też tacy, którzy sobie nie poradzą. Bo za dużo tego złego, albo oni już tak osłabli w walce. I co? I co wtedy?

Ja wiem, że różne są terapie. Różne są szacher-macher, które możemy sobie zrobić "na duszy”. Są terapie gestalt i różnego rodzaju Hellingery. Jest freudowska psychoanaliza, kiedy latami leży się na kozetce i analizuje przeróżne dziwności. Są bioenergoterapeuci, babcie zielachy, lekarze tybetańscy. Każdemu według potrzeb. Każdemu według tego, w co wierzy. Coś, co pomogło koleżance, nie musi pomóc mi. Znakomity terapeuta, który wyprowadził na prostą pół miasta, mi może nie umieć pomóc. Bo tak. Bo to babranie się we flakach i do tego potrzebne jest "coś”. Musi nam z terapeutą "kliknąć”, żeby dało się coś sensownego zrobić, tutaj nie ma prostych, matematycznych wyliczeń.

Osobiście polecam terapię behawioralno-poznawczą, bo tam nie ma zbędnego pieprzenia. Przychodzisz z konkretnym problemem, po konkretną poradę, nie babrasz się więcej, niż to konieczne. Jak uda wam się rozwiązać problem (zazwyczaj w kilka spotkań), terapeuta sam mówi adieu, arrivederci, praszczaj. Tej pani już dziękujemy, proszę dalej dobrze żyć, nie bruździć sobie zanadto. Ale dlatego polecam behawioralną, bo na mnie działa konkret. Jeśli komuś pomaga w lepszym życiu leżenie na kozetce i analizowanie pomyłek czy snów sennych - proszę bardzo. Albo Hellingerowskie wcielanie się w mamę, tatę, czy inną babcię. Chodzi o to, żeby sobie pomóc, jeśli można sobie pomóc. Bo dlaczego nie? Dlaczego musimy ze wszystkim dawać sobie radę sami? Czy ktoś nam radzi, żeby samemu złożyć sobie kość, która się złamie?