Jak przeżyć ciążę nie zmieniając się w wieloryba (i nie robiąc sobie krzywdy)?

"Ciężarówka" dźwigająca ciężary... Świetny pomysł, by pozostać "fit" czy jednak stwarzanie zagrożenia dla własnego dziecka?

Ciąża to nie jest czas, żeby sobie folgować i pochłaniać tonami jedzenie. Z drugiej strony obsesja bycia "fit" sprawia, że ważniejsze niż zdrowie i dobre samopoczucie przyszłych mam jest to, jak się prezentuje ich brzuch - dlatego są gotowe katować się dietą, czy dźwigać (!) ciężary! Ale między wielorybem a traktowaniem brzucha jak nic nieznaczącego dodatku jest na szczęście jeszcze zdrowa alternatywa.

Miałam w ręku dwa poradniki dla kobiet w ciąży. W obu znalazła się porada, aby nie inwestować w specjalną garderobę na tych kilka miesięcy stanu odmiennego, a jedynie wypożyczyć t-shirty, bluzy i koszule z szafy męża. Oba poradniki pospiesznie odstawiłam na półkę, ponieważ do kompletu zabrakło mi tylko uwagi, że najlepszym sportem dla ciężarnej jest gimnastyka paluszków na pilocie od telewizora. Zresztą jeden z poradników miał bardzo sugestywny tytuł: "Ciężarówką przez 9 miesięcy" . Ciężarówką! Aż dziw, że nie pojawił się "Poradnik przetrwania dla wielorybów na suchym lądzie" . A przecież, jak ktoś cię nazwie ciężarówką, czy wielorybem, to faktycznie przestajesz mieć ochotę na dźwignięcie tyłka z kanapy...

Kiedyś panował taki przesąd, że kobieta w ciąży powinna jeść za dwoje. Teraz mówi się że nie za dwoje, a dla dwojga. Czyli z rozsądkiem, zdrowo i niedużo. Za to często. Ale na tym akurat polega racjonalne odżywianie. Jeśli zamienicie trzy posiłki na pięć posiłków dziennie zauważycie zmianę swojej wagi. I będzie to zmiana na lepsze. O ile rozumiem zachcianki w ciąży - hitem pierwszej ciąży były pomidory zjadane w oszałamiających ilościach, około 1 kg dziennie, w drugiej ciąży pożerałam cebulę - o tyle kompletnie nie kupuję bajeczek, że nie można nad tymi zachciankami zapanować. Ciąża, to wbrew powszechnej opinii, nie jest czas, żeby sobie folgować i pochłaniać tonami niezdrowe jedzenie, w tym słodycze. Jeśli nie jesteście w stanie podejść do sprawy racjonalnie i odmówić sobie przyjemności zjedzenia batonika czy pudełka lodów czekoladowych (dzień w dzień), to nie opowiadajcie później, że z powodu ciąży macie problemy z powrotem do dawnej wagi i figury. Z obżarstwa je macie i z braku ruchu.

Drugą skrajnością, również popularną wśród pań przy nadziei, jest rozpoczynanie diety odchudzającej po zajściu w ciążę. Pamiętam historię kobiety, opisywaną przez jeden z portali dla rodziców, która intensywnie odchudzała się w ciąży. Prowadziła przy tym dokumentację fotograficzną i wierzcie mi, w siódmym miesiącu wyglądała jakby była w... czwartym. Albo po prostu po solidnym obiedzie. Niestety, siódmy miesiąc był ostatnim miesiącem jej ciąży. Urodziła wcześniaka z poważnymi dysfunkcjami narządów wewnętrznych. Serio, ciąża to nie jest dobry czas na odchudzanie.

Loni (i jej brzuch!) 12 dni po porodzie. Źródło www.aleven11.tumblr.com Loni (i jej brzuch!) 12 dni po porodzie. Źródło www.aleven11.tumblr.com

Ostatnio wiele emocji w internecie wzbudziła niejaka Loni Jane Anthony , która na Instagramie dokumentowała swój wygląd w czasie i po ciąży. Nie byłoby to wcale sensacją, gdyby nie specyficzny sposób odżywiania się Loni. Otóż jest ona na niskotłuszczowej, wegańskiej diecie składającej się w 80% z owoców i warzyw, w 10% z białek i w 10% z tłuszczu. Loni dokładnie opisuje swój sposób odżywiania na blogu. Oczywiście należy się zastanowić, czy ten rodzaj diety nie wpływa negatywnie na rozwój dziecka. A przede wszystkim, czy dostaje ono odpowiednią ilość białek i tłuszczów, które przecież są niezastąpione w procesie tworzenia się komórek i w rozwoju całego układu nerwowego. Z drugiej jednak strony, kiedy patrzę na fotograficzna dokumentację posiłków Loni, to mogę tylko pozazdrościć spożywania takiej ilości owoców i warzyw. W porównaniu, moja dieta jest dramatycznie smutna i uboga. Mogłabym także poradzić przyszłym mamom, żeby zastąpiły te wszystkie czekoladki, ciasteczka, lody i ogórki konserwowe tym, co poleca Loni. Przy okazji zastanawiam się, jak ja bym wyglądała po zjedzeniu 20 bananów dziennie... Myślę, że zamiast przybrać w ciąży 10 kg dojechałabym do co najmniej 20 kg. Tymczasem brzuch Loni 12 dni po urodzeniu dziecka wygląda jak milion dolarów i głęboko wierzę, że wszystkie te zjadane przez nią banany miały aktywny udział w budowaniu ciała dziecka, a nie w tworzeniu dodatkowych powierzchni "uchwytów miłości" przyszłej mamy.

Nigdy w życiu nie czułam się tak sexy, jak w pierwszej ciąży i nigdy w życiu nie byłam tak aktywna, jak w drugiej. Zmiany proporcji mojego ciała naprawdę wyszły mi na dobre. Piersi zaczęły wyglądać, jakbym włożyła w nie kilka tysięcy (czytaj implanty). Niektórzy twierdzili, że talia znikła, ale osobiście uważam, że przesunęła się odrobinę wyżej, tuż pod biust, na czym bardzo zyskały nogi, gdyż optycznie wydłużyły się. Dodatkowo pośladki przy pokaźnym brzuchu wydawały się mniejsze. Jednym słowem cud-miód-malina! Sport odpuszczałam sobie w pierwszym trymestrze słuchając mojego lekarza i trenerki, ale w czternastym tygodniu powracałam do pilatesa, nordic walking, pływania, hulajnogi, rolek itp. Faktem jest, że bardzo zwracałam uwagę na moje samopoczucie podczas tych aktywności. Ból brzucha, zawroty głowy czy mdłości były sygnałem do przerwania ćwiczeń.

Przy pierwszej ciąży kondycję miałam zdecydowanie gorszą, przejście czterech, a nawet dwóch kilometrów było dość męczące. W drugiej ciąży zasuwałam z kijkami na ośmiokilometrowe trasy. Regularne treningi pilatesa z dodatkowym obciążeniem w postaci wielkiego brzucha zaowocowały naprawdę pięknie wyrzeźbionymi łydkami i bardzo zgrabnymi pośladkami. A najlepsze było to, że ani w ciąży, ani po, nie bolały mnie plecy. Ani przez chwilę. Co jest ewidentną zasługą pilatesa. Jednak mam nieodparte wrażenie, że do trenowania podeszłam dość rozsądnie. Zarówno mój lekarz, jak i niezastąpiona instruktorka pilatesa, Ewa Drapińska, pomogli mi dobrać takie rodzaje aktywności i ćwiczeń, które były bezpieczne dla moich dzieci i dla mnie.

Czy zaryzykowałabym zdrowie (o życiu nawet nie wspomnę) mojego dziecka, żeby dopieścić swoje kształty i zachować kondycję? Odpowiedź jest chyba oczywista. Kilka dni temu widziałam zdjęcie kobiety, która w ciąży podnosiła ciężary. Doceniam sprawność i siłę Lea-Ann Ellison, na pewno wykazała się ponadprzeciętnym zapałem... oraz ponadprzeciętną głupotą. W najzdrowszej nawet ciąży można sobie zafundować poważne komplikacje. Nie na darmo ciężarnym nie pozwala się dźwigać zakupów i malować sufitów.

Sztangistka Lea-Ann Ellison i jej nieco kontrowersyjna wersja gimnastyki dla ciężarnych. Źródło www.dailymail.co.uk Sztangistka Lea-Ann Ellison i jej nieco kontrowersyjna wersja gimnastyki dla ciężarnych. Źródło www.dailymail.co.uk

Natomiast przy okazji sztangistki Lea-Ann Ellison, weganki Loni oraz życia w czasie i po ciąży innych znanych mam, zauważyłam, że kobiety biorą udział w jakimś dziwacznym konkursie na jak najszybszy powrót do formy po ciąży. Mam wrażenie, że ważniejsze niż zdrowie i dobre samopoczucie przyszłych mam jest to, jak się prezentuje ich brzuch, czy jest proporcjonalny do wieku ciąży, czy może "za duży" (jak mój). Po porodzie natomiast rozpoczynają się wyścigi, jak szybko świeżo upieczona mama pokaże się światu i czy jej figura będzie taka, jak przed ciążą, czy może jeszcze brzuszek będzie zdradzał swoją wielkością i kształtem, że nie tak dawno miał sporego lokatora.

Ciąża to nie choroba. Ale jest to stan odmienny. Czas, w którym kobieta ma przede wszystkim zadbać o siebie i o dziecko, którego oczekuje. To nie jest czas, żeby udowadniać światu, że jest tak samo silna, sprawna i wytrwała (a może nawet i bardziej!) niż przed zajściem w ciążę. To nie jest także wyścig ze skalą wagi przy użyciu ekstremalnych środków. Dieta, gimnastyka, spacery to narzędzia, które maja służyć zachowaniu zdrowia i lepszemu samopoczuciu w ciąży i po niej, a nie kreowaniu wizerunku super bohaterki, u której większy brzuszek jest tylko niewiele znaczącym dodatkiem. I podobnie, jak jestem przeciwna ciążowemu lenistwu i obżarstwu, tak jestem przeciwna znęcaniu się nad swoim ciałem tylko po to, aby dobrze wyglądać po urodzeniu dziecka.