Kwiecień miesiącem złej reklamy - trzy żenujące przykłady

Reklama jest podobno dźwignią handlu. Jeżeli tak właśnie jest, to zastanawiam się do czego dążą właściciele lub brand managerowie danego produktu, wypuszczając na świat potworne potworki, które po prostu zohydzają daną markę.

Moje życie zawodowe jest związane z reklamą, stąd może częściej jestem narażona na oglądanie koszmarków, niż osoby spoza tej branży. Przypuszczam, że część z Was nie ogląda telewizji, ma założony Ad Block w komputerze i robi wszystko, żeby unikać kontaktu z reklamą na tyle, na ile jest to możliwe. Oczywiście nie da się całkowicie tego uniknąć, bo idąc do sklepu, jadąc komunikacją miejską czy będąc w kinie i tak znajdziemy się w zasięgu reklamy. Stąd też, jeżeli już musimy mieć z nią kontakt to niech ona chociaż nie obraża ona naszego poczucia estetyki lub wręcz godności.

Często mam wrażenie, że złych reklam jest więcej niż tych dobrych. Aha, żeby było jasne, mówię tylko i wyłącznie o reklamach, które możemy zobaczyć w Polsce. Ci z Państwa, którzy nie mieszkają tutaj, pewnie w swoich obecnych miejscach zamieszkania również stykają się z koszmarkami, ale ja skupię na na naszym polskim poletku. Nie będę robiła jakiegoś wielkiego przeglądu, bo to musiałabym książkę napisać, ale przedstawię Wam te najnowsze wybryki natury z ostatnich dwóch-trzech tygodni.

Bardzo jestem ciekawa Waszego odbioru tych reklam. Dla mnie są one żenujące, słabe i w ogóle nie powinny ujrzeć światła dziennego. Ba! Uważam, że pomysły te nigdy nie powinny zostać zaakceptowane przez klienta. Jeżeli ja byłabym klientem i ktoś by przyszedł do mnie z takimi konceptami, to bym wysłała go na badania krwi. Widocznie cukier mu spadł i stąd zaćmienie umysłu. Sama też poszłabym się przebadać. Możliwe, że brief, który wysłałam do agencji zawierał już takie bzdury, że nie dziwne, że dostałam takie, a nie inne pomysły.

Proces powstawania reklamy nigdy nie jest jednostronny. Marketerzy z danej firmy przygotowują brief dla agencji. Piszą tam, co by chcieli, żeby ich produkt mówił odbiorcy. I tutaj z moich obserwacji wynika, że 3/4 briefów jest po prostu źle napisana. Brakuje podstawowych informacji, odwołań i wielu innych składników, które są podstawą do przygotowania dobrej komunikacji. Następnie w agencji przygotowywana jest strategia marki, która zostaje zaakceptowana przez klienta. Nie to, że od razu tak się dzieje. Stratedzy swoje muszą z klientem przewalczyć, a czasami już na tym poziomie wiadomo, że będzie źle. Klient jest tak zapatrzony w siebie, że jakakolwiek próba sugestii co do zmiany toku myślenia nic nie daje.

Następnie wchodzi kreacja no i tutaj zaczyna się rzeźbienie w całym. Zespół kreatywny coś wymyśli, klient naniesie uwagi, później wprowadza się uwagi, a na końcu akceptuje kreację. Napisałam to w dużym skrócie, ale chodzi o wskazanie ścieżki powstawania tego co później do nas odbiorców trafia. Po zaakceptowaniu kreacji idziemy na produkcję. Tutaj też oczywiście klient może chcieć wprowadzać poprawki, albo zmiany. Zmian nie powinien już robić, bo przecież zaakceptował główny format, ale sami wiecie: życie.

Po tych całych zabiegach, uwagach, wprowadzaniu uwag i ostatecznej akceptacji ze strony klienta dostajemy produkt końcowy w postaci reklamy, która psuje nam głowę. I nie jest to miłe doznanie. Wielokrotnie widząc koszmary, które ujrzały światło dzienne po prostu czułam zażenowanie. Autentycznie nie trzeba być grupą docelową, żeby powiedzieć na głos - k...wa!! co to jest?? Ja z ciekawości idę później sprawdzić jak grupa docelowa odbiera tę reklamę i co się okazuje? Często grupa, a raczej jej przedstawiciele, którzy chcą się wypowiedzieć również czują się zażenowani. No więc sprawa jest raczej jasna. Reklama została schrzaniona po całości.

To, co mnie najbardziej w tym wszystkim denerwuje, to zero pokory ze strony twórców i managerów danej marki. Oni uważają, że społeczeństwo jest be, bo ośmieliło się skrytykować ich ósmy cud świata. Sorry, ale skoro kierujecie reklamę do społeczeństwa to bierzcie poprawkę na to, że Wam też może coś się nie udać. I to nie społeczeństwo jest fujkowe, ale to co społeczeństwu serwujecie.

W tym wszystkim jest też jedna dobra strona, a mianowicie konkurs na najgorszą reklamę roku. Można zgłaszać te wszystkie badziewia i naprawdę pośmiać się albo popłakać oglądając owe reklamy. Jeżeli macie ochotę to zapraszam Was na stronę Wirtualnych Mediów, gdzie będziecie mogli zobaczyć ubiegłorocznych zwycięzców i nominowanych. Miłego płakania.

A teraz pora na przedstawienie moich trzech mocnych kandydatów do owego konkursu i to tylko z jednego miesiąca...

Kolejność jest przypadkowa, bo wszyscy są tak samo mocno źli.

Kampania dziecięcych butów BARTEK

Pierwszego kwietnia ukazały się w Warszawie plakaty ze znaczkiem radioaktywności, mówiące o promieniowaniu miłości. Później było jeszcze gorzej. Powstał tak dziwny spot reklamowy, że po jego obejrzeniu chciałam to odwidzieć, ale się nie da.

Kampania napoju energetycznego RUCHACZ

W chwili obecnej powstał spot reklamowy, który ma być wstępem do dłuższej komunikacji owej marki. Ja chyba nie jestem zainteresowana dalszym rozwojem tej komunikacji. Miało być szokująco, ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Pomysł na spot reklamowy został żywcem wzięty z reklamy wody Vytautas, a to, że twórcy dodali przekleństwa i nazwa napoju jest kontrowersyjna nie jest dla mnie czymś wow. To jest tak złe, że mogę tylko mieć nadzieję, że nie jest prawdziwe i to tylko wesoły internetowy żart.

Reklama sklepu z kosmetykami BINGO SPA

Zabawa hasłami i połączenie ich z obrazem w tym wypadku wypadły tak słabo, że jedyne co mi przychodzi do głowy jest niecenzuralne. A i tak mniej obrzydliwe niż te reklamy.

zdjęcia ze strony Bingo Spazdjęcia ze strony Bingo Spa

Jestem ciekawa Waszego zdania o owych reklamach. Jeżeli komuś się podobają to tym bardziej niech pisze dlaczego. Może wskaże mi coś czego nie wyłapałam.