Trzydziestki to nowe osiemnastki - znowu bawimy się jakby jutra nie było

Tęsknota za utraconą młodością, czy dekadencja dorosłości? Toast za spektakularne sukcesy, czy opijanie zmarnowanych szans? Czy szalone trzydziestki naszego pokolenia to dowód na to, że choć byliśmy przyszłością, ktoś nam ją ukradł sprzed nosa?

Sobota, środek zimy, na Foksal pada śnieg. Kumpel ze studiów, poważny pan mecenas, kończy trzydzieści lat. W prezencie od równie poważnych panów mecenasów dostaje maskę Dartha Vadera. Nie taką z tektury, tylko porządną, w której z powodzeniem mógłby stoczyć walkę na miecze świetlne z Lukiem Skywalkerem. W knajpie stylizowanej na PRL zespół gra "Przeżyj to sam". Do ulubionego szlagieru polskich pijaczków tańczę z solenizantem rock and rolla. W ekwilibrystycznym wygięciu upuszcza mnie na podłogę. Boleśnie obijam sobie kręgosłup. Przeklinam pod nosem, ale wstaję i wywijam dalej. Chwilę później pozuję z kumplem numer dwa do czegoś, co miało być pamiątkowym zdjęciem, ale fotografowi omsknął się palec na telefonie i wyszedł poruszony filmik w klimacie "Blair Witch Project". Kumpel numer dwa krzyczy: "robimy rozwodowe!" i całuje mnie dźwięcznie w policzek. Na papierosie na mrozie rozmowa o życiu. "Wy do siebie pasujecie idealnie! Ja szukam i szukam, ale to wciąż nie jest to...", mamrocze kumpel numer trzy. "Kochany, zasługujesz na wszystko, co najlepsze", walę banałem, chwiejąc się lekko i poklepując "kochanego" po ramieniu. Potem robi się jeszcze bardziej rzewnie. Kumple wbijają się na scenę, wykonują chóralnie "What A Wonderful World" i przytulają się na misia. Cięcie.

Sobota, początek wiosny, niezbyt duże miasto obok Katowic. Gigantyczna sala udekorowana sztucznymi kwiatami, stół zastawiony kanapkami z szyneczką i ogóreczkiem, w kącie oblegany przez troszkę już spoconych mężów i narzeczonych, barek z alkoholami. To nie wesele, tylko trzydziestka made in Silesia. Na liście gości ponad 70 osób: sąsiadów, kumpli z liceum, znajomych ze studiów i pracy. Oczywiście z "plus jedynkami". W końcu jesteśmy dorośli. "A pamiętasz te darmowe drinki na tych wakacjach w Egipcie? Kiedy to było? Sześć lat temu? O ja nie mogę!", w męskich rozmowach dominuje nostalgiczna narracja o szaleństwach młodości. "Po ślubie będziesz dalej nosić pierścionek zaręczynowy? To wybierz obrączkę, która będzie do niego pasować. Może taką z białego złota?". Dziewczyny wolą dialogi o poukładanej przyszłości, wymyślonej przy obieraniu ziemniaków i zakupach w centrum handlowym. Z lekkim politowaniem patrzą na swoich chłopców. W ciągu tygodnia ciężko harują, jasne. Ale w weekend są jak spuszczeni ze smyczy licealiści. "Męża trzeba pilnować, wiesz? Bo tyje, wydaje na głupoty, jeździć na wypady w góry nie chce, tylko te mecze ogląda", przestrzegają mnie młode mężatki. Liczę w głowie do dziesięciu, żeby nie palnąć, że u nas w domu to ja oglądam mecze. Na szczęście wybija północ. Czas na wydarzenie wieczoru. Amerykańskim SUV-em wielkości pokaźnej ciężarówki podjeżdża prezent. Telewizor o metrażu równym połowie mojego mieszkania. Śpiewamy gromko "Sto lat", kręcąc telefonami filmik o oglądaniu telewizora. Specjaliści od audiowizualności mieliby używanie. Cięcie.

Sobota, prawie maj, modne, choć już nieczynne, miejsce niedaleko Placu Zbawiciela. Podwójne urodziny młodego małżeństwa. "Jak ja nie lubię tych bananów", sarka pod nosem kumpel. "O nie, to znowu ten kujon", słyszę na drugim końcu sali. Mam przyjemne poczucie stałości. Ekipy, które nie lubiły się na studiach, nadal się nie lubią. "Ostatnio wzięliśmy urlop zdrowotny, żeby nadrobić zaległości w pracy", opowiada znajoma korpopara. "Skończyliśmy urządzać dom, zasadziłam pomidory", mówi szczęśliwie zakochana posiadaczka domu pod miastem. "Oni mają już dwójkę dzieci? Niemożliwe", dziwię się szczerze. A potem morze wódki, poluzowane krawaty i wolne tańce. Kończą się rozmowy o wyrzynających się ząbkach, zwolnieniach grupowych i zajęciach ze spinningu. Znowu mamy 18 lat. Tylko trochę więcej kilogramów, te kilka zmarszczek i kredyty na karku. O czwartej nad ranem jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, choć pracujemy w konkurencyjnych kancelariach i ostatnio nie powiedzieliśmy sobie "cześć" na sali sądowej. Cięcie.

Gosia Tchorzewska pisała tydzień temu o tym, że po trzydziestce chodzenie spać o pierwszej to już szaleństwo. Zgadzam się. Jak zaczytam się do północy, to rano mam migrenę. Dekadenckie, obłąkańcze, szaleńcze trzydziestki jak z "Wielkiego Gatsby'ego" to wyjątek. Czas karnawału w nudnym roku kalendarzowym, podczas którego pracujemy od 9 do 17 (przy dobrych wiatrach!), hajtamy się z rozsądku i kupujemy mieszkania z niewielkim wkładem własnym. Na trzydziestkach jest po prostu grubo. Przychodzą nawet dawno nie widziani ludzie sukcesu, młode matki i etatowi samotnicy, którzy na 28. ani 29. urodzinach nie raczyli się pojawić. Nikt nie ma wstępu bez symbolicznego, często absurdalnie drogiego, prezentu i nikt nie wychodzi bez rozchodniaczka.

Gatsby się bawił (a przynajmniej obserwował, jak bawią sie inni) / źródło: www.findavenue.ieGatsby się bawił (a przynajmniej obserwował, jak bawią sie inni) / źródło: www.findavenue.ie

Jak wtedy, w liceum, gdy urządzaliśmy osiemnastki w obskurnych klubach, a najważniejsze było to, ile kolejek będzie gratis. "Anusiu, może nie jedz kolacji, bo idziesz do Kasi na urodziny. Na pewno coś dobrego podadzą", zazdrościła mi mama. "Tam będą chipsy i krakersy. W najlepszym razie", oświecałam zawsze zdumioną mamę. Nie będę udawać królowej imprezy, bo moi pamiętliwi przyjaciele i tak mnie zdemaskują. Wtedy, w III klasie, od papierosowego dymu szczypały mnie oczy, a od nocnych Polaków rozmów przy chrzczonym piwie, wolałam dyskusje z rodzicami o polityce i czytanie książek. Wiem, wiem, byłam straszną nudziarą. I może dlatego te trzydziestki to dla mnie nowe osiemnastki? Może zwyczajnie nadrabiam stracony czas? Chwytam się przemijającej młodości jak tonący brzytwy? A może wreszcie nie boję się zarwać nocy, bo nie pracuję w szklanym biurowcu, w boksie dwa na dwa i tak naprawdę równie dobrze mogę spać do dwunastej?

Luzu nabrałam jednak dopiero niedawno. W Sylwestra bałam się tego nowego roku. Trzydziestego roku życia nas z rocznika '84. "Będę pić do lustra", mówi mi przyjaciółka. "Zamknę się w domu. Mam nadzieję, że nikt nie będzie pamiętać", mówi druga. "Wyjadę gdzieś, gdzie nie będzie zasięgu", obmyśla strategię trzecia. No właśnie. Huczne trzydziestki urządzają chłopcy. Z piwnymi brzuchami, ciężarnymi żonami i coraz większą liczbą zer na koncie. Dziewczyny idą na manicure, modląc się, żeby kolorowe paznokcie odwróciły uwagę od wydumanych zmarszczek, które na pewno pojawiły się na ich twarzach dokładnie w wigilię 30. urodzin. Mój pomysł na trzydziestkę też był ambitny - wziąć ślub, gdy wybije północ. Tym sposobem nikt nie będzie mi dawać w prezencie kremów z retinolem ani życzyć, żebym szybko złapała męża. I będę mogła uciec jak Kopciuszek, bo w końcu księżniczki po trzydziestce zamieniają się, jeśli nie w żaby, to na pewno w złe czarownice.

A może jednak nie jestem odosobnionym przypadkiem? Może bawimy się lepiej niż kiedykolwiek, bo jako piękni osiemnastoletni mieliśmy przed sobą cały świat? Teraz skurczył się boleśnie do rozmiarów M2 i zapełnianego co miesiąc skromną pensją konta. Wtedy mieliśmy wszystko do zyskania i nic do stracenia. Teraz niewiele już zmienimy. Dokonaliśmy wyborów. Dobrych czy złych, ale na pewno nieodwracalnych. Myśleliśmy w te osiemnastki, że z każdą przeczytaną książką i każdym poznanym człowiekiem zbliżymy się do bycia na liście stu najbogatszych Polaków. I że nasze życie zacznie się na dobre, kiedy wyjedziemy na studia. Teraz już wiemy, że świetlana przyszłość nie nadeszła. I wiecie co? To bardzo dobrze!

"Stracone pokolenie, pokolenie Y, pokolenie IKEA, ofiary kryzysu", odmienia się nasz podły los przez wszystkie przypadki. "Przecież mamy pracę, mieszkanie i za co się napić - na co tu narzekać!", pociesza mnie przyjaciółka. "Ale mieliśmy być drugim pokoleniem wolnej Polski, które buduje fortuny dla potomności. Zamiast tysięcy euro mogę co najwyżej przekazać mojej hipotetycznej córce dosyć pokaźną szafę, która mam nadzieję za jej czasów będzie już vintage", dołuję się niepotrzebnie. Ale tak naprawdę to, że nie możemy, sprawia, że nie musimy. To, że nasze aspiracje zaliczyły mocne zderzenie ze ścianą, daje nam sporą dozę wolności. Wolności, której nie mieli moi rodzice, którzy musieli się "dorobić": założyć firmę, zbudować dom, wyrwać się z "ersatz, cholera, nie życie" późnego PRL-u. My nauczyliśmy się optymalizować oczekiwania, cieszyć się chwilą, bawić się do radosnego zgonu.

Czytałam ostatnio o muppies - yuppies czasów pokryzysowych, mutantach, które przetrwały obniżki płac, degradacje na gorsze stanowiska, wielomiesięczne poszukiwania etatu. Jeszcze nie wiem, czy chcę być "muppetem" i wspinać się po korporacyjnej drabinie z drewna, pić kawę fair trade i nosić tylko T-shirty z organicznej bawełny. Nie wiem, czy nasze pokolenie ma szansę stać się beneficjentem tej nowej transformacji. Już nie ustrojowej i politycznej, ale pragmatycznie i mało subtelnie - ekonomicznej. Może wolę to, że nie zarobię na Mercedesa. Może wolę to, że mam czas wymyślać abstrakcyjne prezenty dla przyjaciół. Może wolę to, że moja praca nie jest moim życiem. Może to nie tylko pokoleniowa zdobycz, ale spokojna mądrość, która przychodzi w okolicach trzydziestki?

I wiem, że bliżej nam do trzydziestolatków, jakimi byli Rachel i Ross z "Przyjaciół" czy Ally McBeal, niż naszych rodziców i wdzięcznie wykreowanych Hanek Mostowiak z polskich seriali. Bohaterów jeszcze wciąż zagubionych, jeszcze wciąż w procesie, jeszcze wciąż w połowie drogi. Nie zapomnę sceny, w której Ally zamknęła się w sypialni, bo nie chciała konfrontować się ze światem po trzydziestych urodzinach. Mając wtedy o połowę mniej lat, doskonale rozumiałam głęboką depresję i frustrację, która do jej łoża boleści doprowadziła stroskanych przyjaciół. "Trzydziestka to musi być koniec marzeń i nadziei", myślała nastoletnia ja. Dalej tak trochę myślę. I dalej z lękiem czekam na urodziny, bo może zdarzyć się tak, że spojrzę w lustro i zobaczę, że zamiast blond pukli i satynowej sukienki mam już haczykowaty nos i kuszę co młodsze koleżanki zatrutym jabłkiem. Dlatego właśnie trzydziestki to taniec nad grobem, hłaskologia stosowana i dekadencja prawdziwie młodopolska. Bo jutra już nie ma, prawda? Tylko to okrzepłe, zmanierowane, wieczne dzisiaj.