Nadmiar opieki szkodzi? O wychowywaniu "przegranych"

Nowy trend w świadomym rodzicielstwie! Na razie głównie w zachodnich serwisach parentingowych, u nas nieśmiało jeszcze, na blogach, kwitnie nowa myśl: a co jeśli wychowujemy nasze dzieci ZA BARDZO? I hodujemy pokolenie osób niesamodzielnych?

Od kilku dni wśród znajomych krąży tekst z bloga Taty-Zucha o tym, że nie pozwalając dzieciom na niebezpieczne zabawy (tzn. takie, które wymagają od dziecka przejęcia jakiejś odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo) wychowujemy "przegranych". Notka nie nowa, bo ze stycznia, ale teraz jakoś "zaskoczyła" - może dlatego, że temat trzymania dzieci pod kloszem i refleksja, że to im wcale nie służy, znalazły się na fali.

Wystarczy wpisać w Google'a frazę "overprotected children/kids" a dostaniemy dziesiątki wyników z zachodniej prasy i serwisów parnetingowych. Nagle zorientowaliśmy się bowiem, że dzieciństwo naszych dzieci bardzo różni się od naszego - na niekorzyść. Że postęp technologiczny jest super, ale nic nie zastąpi łażenia po drzewach i łobuzowania z kolegami. Że w swoim staraniu o zapewnieniu dzieciom jak najlepszej edukacji i bezpieczeństwa nieco się zagalopowaliśmy - wozimy dzieci na dziesiątki zająć pozalekcyjnych, ale nie pozwalamy im pójść do sklepu po chleb. Bo na to nasze znające języki, jeżdżące konno i grające na pianinach dzieci są zwyczajnie za głupie. Nie poradzą sobie. Samochód je przejedzie. Pani w sklepie nie wyda reszty. Ktoś je porwie (pedofil czuwa!). Kupią zły chleb. Tak, zagrożeń jest wiele. Część wyolbrzymiona lub wyimaginowana.

O tym, że warto przełamywać w sobie te rodzicielskie lęki i pozwalać dzieciom robić rzeczy (w miarę) niebezpieczne mówi cytowany przez Zucha wykład Gavera Tulleya, autora książki "50 niebezpiecznych rzeczy, na które powinieneś pozwolić swoim dzieciom". Notabene w tym roku na warszawskim TEDx  był bardzo interesujący wykład Marii Mach o tym, że warto "zdrowo zaniedbywać" dzieci - bo one na tym zyskują. Uczą się samodzielności i odpowiedzialności za własne czyny. A tego nie dadzą im żadne opłacone przez nas zajęcia pozalekcyjne. Paradoksalnie, lepiej być - w rozsądnym stopniu, rzecz jasna - rodzicem "leniwym". Bo kiedy przestajemy dzieci we wszystkim wyręczać, dajemy im szansę na samodzielność. Kiedy zaś przestajemy je chronić przed każdym możliwym niebezpieczeństwem - dajemy im szansę wzięcia odpowiedzialności za siebie. Przejęcia kontroli. I poniesienia konsekwencji złych wyborów, a jakże.

Oczywiście, to jest trudne. Wiem to, bo ze ściśniętym sercem patrzę jak moje córki, wrzeszcząc "wyżej, wyżej!", każą się swojemu tacie bujać na zawieszonej na drzewie huśtawce. Takiej bez oparcia, zabezpieczeń i w ogóle - zgroza. Bo kiedy ja je bujam narzekają, że za nisko, za słabo. I że tata buja lepiej. No cóż - niech buja. Nie będę bronić. Ale patrzeć - też nie. Podobnie jak na świeżo odkrytą zabawę: przełażenie górą przez wysoką bramę. W kaloszach - bo to super wygodne obuwie do wspinaczki. Wyobraźnia podsuwa mi milion koszmarnych obrazów, ale tłumię je, nie patrzę, pozwalam się bawić. Bo pamiętam, gdzie sama jako dziecko właziłam i skąd spadałam ("Mamusiu, opowiesz jak spadłaś z jabłonki i uderzyłaś głową w stolik? Mamusiu, prooooszę" - mówi starsza córka z szelmowskim uśmiechem, włażąc na drzewo).

fot. Sony Xperiafot. Sony Xperia

Czeka nas więc wspólny proces uczenia się. One będą uczyć się samodzielności. Ja - pozwalać na nią. To nie będzie łatwe ani wolne od wątpliwości (czy już czas na to? albo tamto? czy da radę? nie zgubi się? nie popełni jakiegoś głupstwa? nie zrobi sobie krzywdy?), ale alternatywą jest wychowanie osób niezdolnych do samostanowienia, zagubionych, w pewien sposób ułomnych. A tego przecież nie chcemy.