Zabawki edukacyjne - kupujemy je dla dzieci czy dla siebie?

Zabawka to zabawka, powinna sprawić dziecku przyjemności i nie ma co dorabiać do tego ideologii. Ale tak po cichu przyznajcie - fajnie jak taki pluszak, czy klocek "mimochodem" nauczy czegoś malucha, tym samym zdejmując z nas choć część obowiązku przekazywania potomstwu wiedzy?

Co do zabawek edukacyjnych, to już ich nie kupuję. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: dla mnie produkty edukacyjne to takie, które mają edukację lub naukę w nazwie, bądź w informacji na opakowaniu. I tak na przykład w naszej domowej kolekcji zalegają dwie gry "do nauki czytania", układanka z "edukacją matematyczną", zbiór "przyrodniczych doświadczeń edukacyjnych", zgadywanki edukacyjne, itd.

Niestety moja córka ich nie znosi, a wiele lat temu podobnie reagował syn. Właściwie to chyba kupiłam je bardziej pod siebie, z nadzieję, że może uda mi się ukraść trochę czasu z zabawy na naukę. Co oczywiście było bez sensu, przyznaję ze skruchą, bo dziecko na takie manewry nabrać się nie da.

Nie mówię, że zabawki edukacyjne są złe. Przeciwnie - są świetne, ale nie nadają się dla każdego malucha i co wtedy? Na szczęście mamy wielki, cudowny segment produktów edukujących, czyli takich, przy których dziecko nawet nie zauważa, że się uczy.

Dziś przygotowałam kilka przykładów, zakładając, że pokazuję jedynie zabawki uniseks, dostępne w Polsce i mieszczące się w cenie kilkudziesięciu złotych.

KOS - MASKOTKA Z GŁOSEM WILD REPUBLIC

Kosa wymieniam jako pierwszego nie tylko dlatego, bo nadaje się już na prezent dla niemowlaka, ale przede wszystkim jest to moja - i całej naszej rodziny - wielka, zabawkowa miłość. Gdybym miała zrobić TOP 10 zabawek ostatnich 15 lat, to kos by się tam znalazł, jak i cała jego ptasia rodzina. Że niepozorny? Po pierwsze :tak wygląda w naturze. Po drugie: za to ma piękny głos! Poważnie. Po naciśnięciu brzuszka, ptak dwa razy śpiewa głosem prawdziwego kosa!

fot.Ania Oka

Serię śpiewających ptaszków (w kolekcji jest ponad 20) wyprodukowała firma Wild Republic, a ich wygląd i głosy zaakceptowała organizacje ornitologiczne, oraz zajmujące się ochroną dzikich gatunków. Kolekcja dostała specjalne certyfikaty poświadczające prawdziwość wydawanych przez maskotki głosów. Również ich uproszczony, na potrzeby zabawek, wygląd został zaakceptowany jako umożliwiający rozpoznanie danego gatunku w przyrodzie i tym samym zalecany jako wsparcie edukacyjne dzieci w amerykańskich, angielskich, australijskich szkołach i przedszkolach.

Każdy ptaszek kosztuje ok. 40 złotych. Jest niewielki, na przykład - kos ma około 13 na 16 centymetrów. Zasilanie to baterie LR 44. Muszę Was uprzedzić, że z powodu przepisów o bezpieczeństwie dotyczących małych dzieci, baterie są w ptaku zaszyte. Ma to plusy, bo maskotkę można wręczyć niemowlakowi. I minusy, bo nie można wymienić baterii. Możliwe, że będę próbowała rozpruć go na szwie, jak LR 44 się wyczerpią, ale jeszcze nie wiem. Producent zapewnia, że będą działały 2 lata przy dość intensywnym użytkowaniu.

Ptaków Wild Republic nie spotkałam w żadnym sklepie z zabawkami. Znalazłam je ledwie w kilku miejscach w internecie. Na przykład na stronie Kocham ptaki.

ZĄBEK - MASKOTKA PLUSZEKTORIUM

Po rozmowie z Agnieszką Nieradką z Pluszektorium, autorką polskich maskotek w kształcie organów i narządów, postanowiłam, że podaruję taką zabawkę córce. Myślałam o którejś z mniej znanych dzieciom części człowieka, jak trzustka, i już cieszyłam się ze wspólnego poszukiwania w atlasie informacji na temat budowy naszych organizmów. Niestety Klarze akurat wypadł pierwszy ząb, a z innym musiałyśmy pojechać do dentystyki, więc ostatecznie zdecydowałam się na maskotkę zadowolony ząbek.

fot.Ania Oka

Pluszak jest duży, przyjechał do nas pięknie zapakowany, z listem "Jestem Twoim nowym, pluszowym zębem...". Jego pierwszym zadaniem było odwrócenie uwagi Klary od borowania, więc wręczyliśmy go córce dopiero kiedy siedziała na fotelu. Pani stomatolog też się ucieszyła i wykorzystała ząbek jako pomoc w uspokojeniu pacjentki oraz do pokazywania i omawiania kolejnych etapów prac na ząbku.

fot.Ania Oka

Oczywiście sama maskotka nie wystarczy do edukacji dziecka, które dowie się najwyżej, że ząb ma korzenie. Ale kiedy maluch bawi się pluszakiem, bardzo chętnie słucha - a potem powtarza babci/tacie/pani w sklepie - jak zachować higienę zębów, ile ich mamy, z czego i jak są zbudowane, itd. Wyobrażam sobie, że jeszcze więcej informacji można "sprzedać" maluchowi przy innych zabawkach z tej serii.

POCIĄG Z CYFERKAMI - LEGO DUPLO (2-5 lat)

Tu zacznę od ceny, bo katalogowa to 89 złotych, ale podpowiem, że na allegro można kupić za 75 z wysyłką. Domyślam się, że przy Lego ziewacie, bo nie ma bardziej znanej zabawki i po co o niej w ogóle pisać. Sama jak słyszę, że któreś z moich dzieci marzy o kolejnych klockach Lego, to coś mi się robi w środku, chociaż muszę przyznać, że faktycznie te zabawki do tej pory nigdy mnie nie rozczarowały. Ale ile można?! A jednak o Pociągu z cyferkami warto napisać.

fot.Ania Oka

Do zabawki byłam nastawiona sceptycznie, bo Klara ma już 5 lat, więc można uznać, że jest za duża na Duplo. Tymczasem nowymi klockami bawiła się codziennie, po przedszkolu, po kilka godzin. Przy okazji przypomniała sobie, że ma pudło "starych klocków", które reaktywowała włączając je do zabawy. To lubię!

Zestaw ma 31 elementów, w tym dwie postacie, chłopca i psa (z gumowym ogonem i uszami). Ale najważniejsze, że znajdziecie w nim 10 klocków z liczbami od 1 do 10. Dzięki temu 2-letni maluch może się zapoznać z wyglądem cyferek, a starszy utrwali sobie ich znajomość i kolejność.

Do tego można wymyślać własne zabawy z cyfrowymi klockami. Proponuję najprostszą - ustawiamy klocki w rożnych miejscach, mówimy, że to stacje i prosimy, żeby dziecko jeździło pociągiem między nimi uwzględniając odpowiednią kolejność. Albo "chodziło" chłopcem czy pieskiem. Po takiej rundzie, zmieniamy ustawienie klocków i zabawa zaczyna się od nowa. Mamy ruch i naukę kolejności liczb, a dziecko zabawę, podczas której nawet nie zauważy nauki.

W OGRODZIE - PLANSZÓWKA HABA (3-6 lat)

Gra, którą odkryłam na zajęciach z angielskiego dla maluchów, kiedy Klara miała 2 lata. Prowadząca używała jej do zabawy w liczenie, kolory i nazwy owoców. Tę samą zabawkę zobaczyłam na warsztatach matematycznych dla maluchów. I w końcu kupiłam ją jako pierwszą planszówkę mojej córki. "W ogrodzie" jest u nas już prawie trzy lata, cały czas do niej wracamy, a dodatkowo Klara używa jej drewnianych elementów do zabaw w kawiarnię lub sklep (przy okazji ucząc się liczenia, dodawania, odejmowania oraz operowania pieniędzmi). Co ciekawe planszówka i jej opakowanie nadal wyglądają jak nowe!

fot.Ania Oka

Zabawka ma same plusy. Jest pięknie i solidnie wykonana. Dzieci ją uwielbiają. Zasady są tak proste, że można próbować rozgrywek z maluchem jeszcze przed trzecim rokiem życia - trzeba zdążyć przed krukiem i zebrać owoce. Przy okazji gra w naturalny sposób uczy liczenia. A jeśli chcemy to oprócz matematyki możemy wprowadzić naukę słówek z dowolnego języka, rozmawiać o pracy w ogrodzie, owocach, drzewach owocowych, życiu roślin, witaminach, przetworach, a nawet ptakach - w końcu bohaterem negatywnym jest tu kruk.

Grę możecie kupić w kilku wersjach. We wszystkich fabuła i zasady są takie same, natomiast różnią się wielkością i ceną. Ponieważ zaraz majówka, wakacje, pikniki na dworze, więc polecam Wam wersję mini, w blaszanym pudełku, którą możecie kupić już za 40 złotych. "W ogrodzie" średniej wielkości znajdziecie za ok. 80 złotych. Wersja z naszej kolekcji jest największa, ale trzeba w nią zainwestować 140 złotych. Plusem są drewniane owoce do zabawy poza grą, a minusem wielkie pudło, którego nie da się spakować w plecak. Zresztą zobaczcie sami:

MAPA ŚWIATA - PUZZLE CZUCZU 5-7

Mapy, wiadomo, sama wiedza. A dodatkowo puzzle, czyli świetna zabawka wspierająca rozwój dziecka od spostrzegawczości po zdolności manualne. Wcale nie chciałam kupować tego zestawu. Tak naprawdę pocieszałam się nim, po pięknej, magnetycznej układance ze światem, której mój rozsądek nawet nie pozwolił się dokładnie obejrzeć, bo kosztowała 200 złotych.

Mapę Czuczu - bez państw, ale za to z zaznaczonymi miejscami występowania zwierząt - kupiłam bez przekonania, bo woda na ilustracji wydawała mi się zbyt zielona na naszą Błękitną Planetę. Tymczasem Klara zachwyciła się od razu. Najpierw wyszukiwała zwierzaki. Potem dopytywała się o kontynenty i planowała odwiedziny u mieszkającej w różnych miejscach rodziny "odwiedzę ciocię w Londynie obok tych koników morskich". Bardzo zainteresował ją temat proporcji wody do lądów, w efekcie czego wylądowałyśmy w internecie zgłębiając temat.

fot.Ania Oka

Puzzle mają wprawdzie na opakowaniu wiek 5+, ale dodałam, że do 7 lat, bo składają się z 60 elementów, czyli dla starszych dzieci mogą być zbyt proste. Plusem dla maluchów jest ramka, która ułatwia układanie. Obrazek ma po rozłożeniu 62x32 cm. Fajne jest opakowanie ze sznurkową rączką i fakt, że zabawka jest produktem polskim, na co zawsze staram się zwracać uwagę. Puzzle są dobrej jakości, grube, lakierowane, nie trzeba się z nimi siłować przy układaniu, ładnie przylegają. Jeśli chodzi o jakość, to spokojnie mogą służyć kolejnym dzieciom, bo prędzej się pogubią, niż zniszczą.

Zestaw kosztuje 39 złotych, ale w internecie można znaleźć nawet za 31 z przesyłką. Jeśli "Mapa świata" Wam się nie podoba, w serii Podróżnika można kupić też "Mapę Polski", w trochę innym formacie i 10 złotych droższą. Jeszcze nie testowałam, ale właśnie się na nią szykuję.