Małe(?) grzeszki, czyli popularne kłamstwa wpisywane w CV

Aplikując do firmy trzeba się zareklamować i przedstawić z tej lepszej strony. Podrasowane zdjęcie, podrasowane detale z życiorysu. Niestety szpachla kłamstwa spływa jak błoto pośniegowe, odsłaniając brzydkie dziury w asfalcie. Zderzenie z biurową rzeczywistością szybko weryfikuje jednak sztucznie napompowane CV.

Jeden z naszych stałych i aktywnych czytelników, Nikodem73, podał kiedyś kilka cennych rad dotyczących idealnego CV - takiego, które przejdzie gładko przez rekrutacyjne sito. Jednak naciąganie faktów bywa ryzykowne, bo prędzej czy później prawda i tak wyjdzie na jaw.

Jakiś czas temu powitaliśmy na pokładzie naszego urzędniczego żaglowca nowego pracownika. Zapewne zatrudnienie go było niezbędne do zagwarantowania prawidłowej i bezpiecznej żeglugi po oceanie absurdu. W ogłoszeniu o pracę znalazła się informacja o tym, że pożądany kandydat powinien wykazać się znajomością języka angielskiego na poziomie B1 oraz znajomością pakietu Office. Nic specjalnego, standard. Najwyraźniej komisja rekrutacyjna znalazła jakiś sposób na weryfikację tych wymagań i najwyraźniej przymknęła oko na niedociągnięcia w tym zakresie. Prawdopodobnie idealny kandydat, który został zatrudniony, miał inne niezbywalne zalety. Jak na przykład charakterystyczne nazwisko, identyczne z tym, które nosi jeden z posłów. Nepotyzm? Jaki nepotyzm? Nie, to na pewno przypadkowa zbieżność nazwisk.

No ale mniejsza z zatrudnianiem po znajomości, bo dziś nie o tym. Nowy nabytek jest pełen niezachwianej wiary w siebie, swoje plecy i umiejętności. To w sumie fajnie, że młodzi ludzie, bez doświadczenia, lecz za to z ODPOWIEDNIM nazwiskiem są tacy pewni siebie i przekonani o własnej wartości. Fajnie jest do pewnego momentu. Do momentu, gdy współpracownikom od tego samozachwytu zechce się zwymiotować. Bo gdy codziennie słyszy się teksty z gatunku: "co to nie ja" padające w tle wyraźnie demonstrującym brak umiejętności, to się człowiekowi ulewa.

Chłopak wielokrotnie podkreślał swoją znajomość angielskiego. Ucieszyłam się, bo mamy teraz sporo dokumentów w tym języku do opiniowania, więc zawsze przyda się dodatkowa, mądra głowa i świeże spojrzenie. Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że młody opiniować nie będzie. Ale dlaczego, jak to? Otóż młody zna angielski, ale nie taki. To znaczy, jak to określił: "nie taki, który jest w tych dokumentach, tylko taki mówiony". Delikatnie zwróciłam uwagę, że ten mówiony i pisany to wciąż ten sam język i generalnie się niczym nie różnią. Choć przyznaję, pisownia angielska może sprawiać pewne problemy. Nawiasem mówiąc tego mówionego też nie znał, co wyszło przy wizycie audytorów z Komisji Europejskiej. Dokumentów opiniować nie chciał, ale na wyjazd studyjny był pierwszym chętnym, gdyż, jak stwierdził, "jego angielski jest bardzo komunikatywny".

Nie musisz być od razu członkiem grupy Hatak. Nie musisz mieć pięciu certyfikatów. Nieznajomość języków obcych to nie jest jakiś straszny wstyd. W przeciwieństwie do rozpowszechniania fałszywych informacji o rzekomych umiejętnościach.

Tell me lies tell me sweet little liesTell me lies, tell me sweet little lies

Ze znajomością Office'a było podobnie. Zakładałam (jak się okazało naiwnie i błędnie), że człowiek po studiach (nawet jeśli jest to prywatna uczelnia) powinien posiadać jakąś elementarną znajomość Worda i Excela. Zwłaszcza jeśli wpisuje to sobie w CV. Otóż nie posiada. Korzystanie z Excela jest o wiele wygodniejsze niż użycie kalkulatora, ale nie dla wszystkich. Nie oczekuję, że będzie pisać makra, że będzie śmigać w accesie jak młoda gazela na sawannie. Ja mu to chętnie wytłumaczę - jeśli będzie chciał się nauczyć. Ale najgorsze jest to, że on się wcale nie chce nauczyć. Jest jednak bystry. Wie, że jeśli będzie pracować źle, to nie będzie musiał wykonywać pewnych zadań. Sprytne, nie powiem. Immunitet wynikający z nazwiska daje wiele korzyści. Niestety, podobną strategię przyjmują niektórzy pracownicy urzędów - najczęściej są to ci z mocnym poparciem w osobie stryja z lokalnych struktur partyjnych. Wykonują pracę niechlujnie, źle, po terminie. Nie chcą się uczyć, by przełożony nie obarczył ich dodatkowym zadaniem.

Czy angielski jest w ogóle potrzebny w urzędzie? I tak, i nie. Wszystko zależy od urzędu, charakteru pracy i zakresu obowiązków. Jeśli nawet nie znasz języka obcego to nie jest to jakaś grecka tragedia, bo ludzie wciąż posiadają zdolność uczenia się. Zawsze można się podszkolić. Trzeba tylko chcieć.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku