Spacerem przez miasto duchów. Alternatywny przewodnik po Wrocławiu

A może powinnam powiedzieć - po Breslau? Wraz z Maciejem, jednym z tropicieli znikającego miasta, wyruszam na długi majowy spacer nie po najpiękniejszych wrocławskich szlakach, a po dziwnych zaułkach. Z dala od willowych Krzyków, uroczych uliczek wokół rynku czy leśnickiego pałacu - gdzieś między opustoszałym portem, a nawiedzoną zajezdnią tramwajową. Chodźcie z nami!

Chodząc przez to miasto trzeba nieustanie patrzeć pod nogi i ponad głowę.

- mówi mój przewodnik. Można to rozumieć oczywiście dosłownie - krzywe chodniki i spadające z parapetów kawały suchego chleba nie są rzadkością, zwłaszcza w dzielnicach, w których przetrwały jeszcze przedwojenne kamienice i brukowane uliczki. Można też rozumieć metaforycznie. Gdzieniegdzie między regularnymi kostkami wypatrzeć można jeszcze tę, noszącą imię kamieniarza, jakiegoś przedwojennego niemieckiego rzemieślnika. Są też miejsca, w których zamiast normalnych płyt wykorzystano te, pochodzące z cmentarzy. W końcu - nad głowami wciąż jeszcze do wypatrzenia są nie tylko misterne zdobienia kamienic, ale też napisy. Te z innego miasta.

Wyruszamy spod Dworca Głównego. Teoretycznie znam to miejsce jak własną kieszeń, przechodziłam tędy niezliczoną ilość razy, a jednak pokrywa studzienki nigdy nie przykuła mojego wzroku na dłużej. Niesłusznie - jak się okazuje, to jeden z przedwojennych artefaktów.

Przedwojenne pamiątki pod nogami przechodniów. fot. Dominika WęcławekPrzedwojenne pamiątki pod nogami przechodniów (fot. Dominika Węcławek)

Widoczny po drugiej stronie dworca napis Durchgang zur Flurstrasse jest mi za to znany na pamięć. Widywałam go za każdym razem, gdy wracałam z liceum do domu. Flurstrasse to przedwojenna nazwa ulicy, przy której mieszkałam.

Trop można złapać już na dworcu. fot. Dominika WęcławekTrop można złapać już na dworcu (fot. Dominika Węcławek)

Z moim przewodnikiem rozmawiamy nie tylko o tym dworcu, który jest nad ziemią, ale i o tym drugim - mitycznym, który podobno ukryty jest kilka poziomów niżej. Historie, wymyślone na ten temat w powojennym Wrocławiu są niezliczone. Co kilka lat pojawia się ktoś, kto posiada plany takiego dworca. Mówi się, że obiekt jest zalany, dlatego trudno do niego dotrzeć, nie można go osuszyć, bo nikt dziś nie wie już, skąd pobierana jest woda nieustannie wypełniająca podziemia. Te, o których nikt nie wie, gdzie dokładnie są. Nawet nie próbujemy zmierzyć się z tą legendą - idziemy na inny opuszczony poniemiecki dworzec.

Najpierw wędrujemy wzdłuż garaży przy ulicy Suchej, przechodzimy na drugą stronę torów pod mostem przy Pułaskiego, a następnie skręcamy w stronę bocznic. Stare tereny kolejowe ciągną się tutaj kilometrami. Magistrala wcina się klinem w miasto oddzielając skutecznie stronę, po której wyrosły kolejne dzielnice: Huby, Krzyki, Tarnogaj i Brochów, od "Trójkąta", Niskich Łąk, Księża Małego i Wielkiego. Przed nami długa droga wzdłuż starych magazynów, obecnych hurtowni i terenów amatorskiego skate parku. Będziemy wypatrywać śladów sprzed stu lat.

Mój przewodnik ma na imię Maciek, ale w internecie funkcjonuje jako Beard of Breslau. Ma bloga, ale znacznie aktywniejszy jest na facebookowym profilu. Ja poznałam go za to przez Instagram. Potem zaś okazało się, że jest też autorem zdjęć okładkowych do dwóch płyt, które mam w domu. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania - tropiciel duchów z miasta Breslau, fan opuszczonych budynków. Odwiedza opustoszałe papiernie, porzucone pałace, niszczejące, od lat nie wykorzystywane już zgodnie z przeznaczeniem baseny. Nie jest sam, pasjonatów w tym mieście nie brak. Są grupy rekonstrukcyjne, pojedyncze blogi, na przykład Tajemniczy Wrocław,Wrocławskie Kamienice, zajmujący się sprawami aktualnymi i historią Wrocław z wyboru i takie, które działały prężnie budując bogate archiwum, ale po pewnym czasie obumarły (Breslau 1930 ), wreszcie istnieją godne polecenia strony, które od wielu lat zbierają materiały od wszystkich czytelników (dolny-slask.org.pl).

Skąd u Maćka to zainteresowanie? Urodził się we Wrocławiu, ale dzieciństwo spędził już pod miastem. Przez wiele lat lokalna historia, przeszłość i opowieści dziadków nie interesowały go specjalnie, ale przyszedł moment, kiedy poczuł, że chce wiedzieć więcej. Zaczęło się od wspomnień, które niechętnie ujawniali najstarsi członkowie rodziny. Po nich przyszedł czas na książki. Od "klasyki" poświęconej Festung Breslau, czyli "Kroniki dni oblężenia. Wrocław 22 I - 6 V 1945" Paula Peikerta i "Festung Breslau w ogniu" Hansa von Ahlfena i Hermanna Niehoffa, aż po publikacje takie, jak pełna mocnych opisów "Wielka Trwoga. Polska 1944-1947" Marcina Zaremby.

Beard of Breslau, czyli Maciek. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania archiwista ginącego miasta. fot. Dominika WęcławekBeard of Breslau, czyli Maciek. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania archiwista ginącego miasta. (fot. Dominika Węcławek)

Większość powojennych mieszkańców tych ziem to przesiedleńcy ze wschodu. Dziadkowie mojego przewodnika jeszcze przez dwa lata po wojnie dzielili mieszkanie z Niemcami. To był dziwny czas. Nikt nie wiedział, czy zostaje tu na stałe. Ocaleli z wojny tubylcy przeczuwali, że lada dzień będą musieli porzucić rodzinne domy i zostaną wysłani do swojej "ojczyzny", nowi mieszkańcy nie byli pewni jak długo zostaną na miejscu. Zwykła niedbałość i brak przywiązania do nowych domów sprawiły, że ślady po dawnym mieście znikały szybko. Jeszcze szybciej ginęły pod rękami tych, którzy z niemocy i bezsilności, ze złości po utracie bliskich zamordowanych w czasie wojny - mścili się na przedmiotach martwych: szyldach, napisach, nagrobkach. Teraz widma z miasta Breslau mają nowego wroga. Deweloperów, którzy w centrum wypatrują dogodnych lokalizacji dla nowych inwestycji. Jedną z nich będzie zapewne kolejne osiedle wyrastające w okolicach ulicy Kościuszki. Bezpowrotnie zniknie nieużywany dworzec towarowy. Jeszcze 10 lat temu można było wypatrzeć tu przedwojenne napisy. W tej chwili giną pod warstwą sprayu.

Güterbahnhof Breslau Ost. albo to, co z niego zostało. fot. Dominika WęcławekGüterbahnhof Breslau Ost. albo to, co z niego zostało (fot. Dominika Węcławek)


Nie brak jednak  osób, które organizują wspólne poszukiwania. W zeszłym roku Maciek uczestniczył w rajdzie wokół Festung Breslau.

Trasa obiektów militarnych Wrocławia, to długa na 54 kilometry pętla, wiodąca przez większość zabytkowych obiektów militarnych wewnętrznego pierścienia obronnego miasta. W pierwszym etapie rozbudowy fortyfikacji, trwającym od lat 90 XIX w. do końca I Wojny Światowej, powstało prawie trzy czwarte wszystkich umocnień Twierdzy. Pozostałe obiekty powstawały w okresie międzywojennym oraz podczas samej II Wojny Światowej. Niektóre z nich zostały zaadaptowane. Taki los spotkał naziemny schron obrony przeciwlotniczej, w którym obecnie mieści się Muzeum Współczesne Wrocław. Niektórymi opiekuje się i dba Wrocławskie Stowarzyszenie Fortyfikacyjne jak np. fortem piechoty nr 6 przy ul. Polanowickiej.

Trasa rajdu rowerowego wokół umocnień Festung Breslau. fot. Beard of BreslauTrasa rajdu rowerowego wokół umocnień Festung Breslau (fot. Beard of Breslau)

Niektóre z dawnych umocnień niestety spotkał gorszy los. Służą jako bardzo wytrzymałe śmietniska lub noclegownie dla bezdomnych.

Tak rzecz się ma choćby ze schronem piechoty nr 13 przy cmentarzu Grabiszyńskiej. Właśnie tam dotarliśmy na rowerach. Odwiedziliśmy także stanowiska obrony przeciwlotniczej  w Lesie Rakowickim, do schronu piechoty nr 10 w Parku Zachodnim, przy cmentarzu żydowskim, czy schron kompani piechoty nr 20 na Brochowie.

Często jest tak, że gdy tylko usłyszy o jakimś miejscu, którego jeszcze nie sprawdził osobiście, potrafi wstać i wyruszyć natychmiast na poszukiwania.

W lany poniedziałek przy stole ktoś z rodziny powiedział, że w okolicy jest przedwojenny cmentarz. Co miałem robić?

Kładka z XIX wieku - łączyła dwie oddzielone od siebie dziesiątkami torów strony miasta. Dzisiaj już tylko straszy. Fot. Dominika WęcławekKładka z XIX wieku - łączyła dwie oddzielone od siebie dziesiątkami torów strony miasta. Dzisiaj już tylko straszy (fot. Dominika Węcławek)

Tymczasem tu i teraz -  kroczymy między chaszczami, a przed nami wyłania się stara kładka dla pieszych. Wybudowana w XIX wieku, długa na 300 metrów, jeszcze 20 lat temu stanowiła połączenie między jedną a drugą stroną torów. Sama pamiętam niezliczoną ilość spacerów, jakie odbyliśmy tą drogą. Dzisiaj jest już tylko pustym i smutnym szkieletem. Szkoda. Przedzieramy się dalej przez zarośla i wychodzimy na nieczynny od dawna dworzec towarowy. Drzewa wyrastają tu na środku torów, a stare, ceglane przedwojenne budynki z przyjaźnie zadaszonymi rampami stanowią "dziką" noclegownię dla bezdomnych. Niebawem znikną. Coraz więcej jest tu pustych przestrzeni, których granice wyznaczają sterty gruzu. Oznaczenia schronów - charakterystyczne ukośne białe strzałki, symetrycznie wymalowane po dwóch stronach parterowych okien, wciąż jeszcze są widoczne. Wychodzimy z dworca i przebiegamy po śliskim bruku na drugą stronę ulicy. Podwórka przedwojennych kamienic przy Pułaskiego też niebawem znikną. Przebiegnie tu "jasna, długa prosta, szeroka jak morze" trasa tranzytowa przez Wrocław. O tych planach mówi się w okolicy od lat. Od lat też kolejne mieszkania pustoszeją, a stare poniemieckie napisy znikają wraz z odpadającym od cegieł tynkiem. Malowniczo tu, choć nieco strasznie. Doskonały plener zdjęciowy, wykorzystany zresztą w kilku teledyskach. To też moje podwórko. Niespecjalnie sprzyjało rekreacji.

Podwórka ciągnące się od ul. Małachowskiego do ul. Pułaskiego skrywają rózne tajemnice. fot. Dominika WęcławekPodwórka ciągnące się od ul. Małachowskiego do ul. Pułaskiego skrywają różne tajemnice (fot. Dominika Węcławek)

Wychodzimy dalej. Po prawej mamy Trójkąt Bermudzki. To nieoszlifowany diament na mapie miasta - zniszczone secesyjne kamienice, brukowane uliczki, biegnące środkiem tory tramwajowe, a w podwórkach skrzętnie poukrywane dawne manufaktury przerabiane na współczesne lofty. Mekka dla tropicieli detali i śladów przedwojennej świetności miasta. Kolejna gotowa scenografia. Uważni widzowie wychwycą te same ulice w japońskim filmie SF "Avalon" i w teledysku warszawskiej formacji WWO. My już wsiadamy w tramwaj i ruszamy w stronę nowego stadionu i starych basenów - na Kozanów. Przejeżdżamy przez tereny, które w ciągu ostatnich trzech dekad zmieniały się przede wszystkim z nazwy. Wielu mieszkańców wciąż potrafi powiedzieć, że jedzie na plac PKWN, a potem na plac Pierwszego Maja. Nie dlatego, że sympatyzują z tą czy inną frakcja polityczną, a z przyzwyczajenia silniejszego niż wszystko inne.

Wrocław nie jest chyba tak rozpolitykowany, jak Warszawa, tutaj ludzie praktycznie o takich sprawach nie mówią, nie kłócą się i nie przeżywają politycznych zmian

- mówi Maciek. Zostawiamy więc w tyle fontanny na obecnym placu Jana Pawła II i wszechobecnych młodych ludzi z gitarami. W dniu, w którym odbywamy naszą dziwną wycieczkę mieszkańcy i przyjezdni zafrapowani są tylko jednym pytaniem: czy znów uda się pobić rekord Guinessa w masowej grze na gitarze. Dżem jest wszędzie. Deszcz zaczyna padać.

W strugach pierwszomajowej ulewy zmierzamy ku starej zajezdni tramwajowej przy ul. Legnickiej. Tej samej, która nie tak dawno temu "zagrała" w filmie "80 milionów". Ale nas interesuje przede wszystkim to, co za budynkiem głównym. Tramwaje. Stare, wysłużone, niekochane i odrzucone, stoją i więdną, gubiąc łuski blaknącej farby. Siedzenia powyrywane leżą wtulone w siebie. W podłodze dziury, wszędzie szkło i rdza. I napisy. "Partia Emerytów i Rencistów zawsze razem!", "50 lat MPK, wystawa", "Cena przejazdu normalnego 1200 zł"... To, co dało się ukraść - zostało ukradzione, pewnie dlatego nikt z ochrony się nie awanturuje i nie przegania wizytujących to nawiedzone cmentarzysko.

Nie mkną po szynach pożółkłe tramwaje... fot. Dominika WęcławekNie mkną po szynach pożółkłe tramwaje... (fot. Dominika Węcławek)

Można spacerować, patrzeć, przekradać się i oglądać do woli. Zapraszająco działa dziedziniec mieszczącego się tu hostelu. To nie jest nowy, hipsterski hotelik, to zakład produkcji schodów. A to, co przed nim stoi staje się intrygującą reklamą - zakątka strzegą bowiem najróżniejsze stwory - duże i małe. Wykute ze stali, łączące elementy znalezione na terenie zajezdni z kamieniami, drewnem i kośćmi.

Stwory w zajezdni. fot. Dominika WęcławekStwory w zajezdni (fot. Dominika Węcławek)

Burczy nam w brzuchu, wracamy na starówkę. Mijamy kilka nowych burger-barów i kilka starych, wciąż dobrze działających knajp. Idziemy do miejsca o wyzywającej nazwie: Złe mięso. Odzew jest wiadomy: dobre warzywa. Podwórko w ulicy Ofiar Oświęcimskich, w sąsiedztwie jeszcze kilka knajpek, piwiarni, w samym lokalu zaś miła obsługa i bardzo uczciwe porcje smacznego jedzenia.

Złe mięso. Niezłe menu. Dobre jedzenie. fot. Dominika WęcławekZłe mięso. Niezłe menu. Dobre jedzenie (fot. Dominika Węcławek)

Nie mamy jednak czasu na obżarstwo. Ruszamy dalej. Przechodzimy przez rynek, porzucamy Jasia i Małgosię oraz Jatki, Przechodzimy obok wybudowanej w latach dwudziestych XX wieku ceglanej elektrowni wodnej, mijamy wrocławską marinę z nowoczesnymi niskimi apartamentowcami, przecinamy kolejną odnogę Odry i wychodzimy na śródmieście. Idziemy przez pięknie odnowiony park przy ul. Pomorskiej, skręcamy w podwórze tak, by dojść do ulic Ptasiej, Sroczej i Kurkowej.

widok z podwórka na park przy ul. Pomorskiej. fot. Dominika WęcławekWidok z podwórka na park przy ul. Pomorskiej (fot. Dominika Węcławek)

Baraki, pijacy i nieco inny świat. Samotna kamienica - po jednej stronie współczesny mural, po drugiej niemiecki napis.

Byłem dość rozczarowany, gdy odkryłem, że to nie jest przedwojenna robota, tylko rzecz, która powstała na potrzeby rosyjskiego filmu "Dywersant II"

- mówi mi Maciek. Trzeba przyznać, że wyszło całkiem zgrabnie.

Udana mistyfikacja. fot. Dominika WęcławekUdana mistyfikacja (fot. Dominika Węcławek)

Obok pustostany, ciepłownia, tory, trakty, murale. Wreszcie port. Wyjątkowe miejsce. Drewniane wagony ze swastyką, ciężkie, ceglane budynki straszące ziejącymi na wylot dziurami, opuszczone smętnie żurawie i zgromadzenie barek rzecznych. Tory porastające chwastami. Okrążamy jeden z portowych basenów. To miejsce o specyficznej urodzie. O zachodzie słońca wygląda całkiem romantycznie. Kupuje mnie. Jestem tu pierwszy raz, chociaż w okolicach Kleczkowskiej bywałam od dziecka. Wracamy w stronę centrum. Tu po zmroku lepiej nie zostawać.

Dźwigozaury i kamienicoszkielety -  port miejski. fot. Dominika WęcławekDźwigozaury i kamienicoszkielety - port miejski. (fot. Dominika Węcławek)

Nieswojo wciąż można się poczuć na Brochowie, choć to także okolica, w której wciąż łatwo wypatrzyć ślady przedwojennego życia, wreszcie także tutaj mieszkał najsłynniejszy miejscowy detektyw, Eberhard Mock. Siedliśmy jednak na kilka dłuższych chwil w sympatycznej kawiarni Rozrusznik. To dobre schronienie przed majowym deszczem. Ubrane w dresy dzieciaki z okolicy wpadają z rwetesem, potrzebują pilnie papierowych ręczników. Rozcięty palec mocno krwawi, dramatyczna mina poprawia efekt. Po operacji zawinięcia w papier, siadają na gzymsie przy wejściu do kafejki i grają w grę na telefonie. Na zewnątrz chrzęst i brzdęk, właśnie powstaje letni ogródek. Pierwszy maja. Święto pracy święcą tu pracą. I naparstkiem kawowego dripa.

Cafe Rozrusznik, ul. Cybulskiego 15. fot. Dominika WęcławekCafe Rozrusznik, ul. Cybulskiego 15 (fot. Dominika Węcławek)

Idziemy dalej. Z Wyspy Słodowej dobiegają już dźwięki koncertu. Wyspa to też taki niezależny teren, nieformalnie można tam pić alkohol, tylko grzecznie. Od wielu lat młodzież spotyka się na piwko pod chmurką, gada, gra i śpiewa. Pomysły zamykania na noc całego terenu upadły. Może wyszło na dobre? Idziemy dalej, mijamy Uniwersytet, zostawiamy z boku Plac Targowy, przechodzimy obok Galerii Dominikańskiej.

Już nawet nie potrafię sobie przypomnieć jak to miejsce wyglądało wcześniej

- przyznaje Maciek. Tu stał niski, kilkupiętrowy klocek. Hotel. Mówili, że miał być znacznie wyższy, ale wady konstrukcyjne nie pozwoliły dokończyć wysokościowca. I planty były, alejki, ławki, małe drzewa - podpowiadam. Zbliżamy się do fosy. Dość odważny jak na polskie realia projekt hotelu Hilton, niesie obietnicę zmiany lśniąc na wizualizacjach przybitych do płotu. Blaszane ogrodzenie stoi tu już od dłuższego czasu, ale wciąż straszy swa szpetotą. Idziemy dalej Podwalem. Mijamy konsulat, skręcamy w piękną bramę pałacyku, który po wojnie został siedzibą PAN. Podziwiamy kutą bramę, misterne zdobienia i mozaiki. W budynku wojnę przetrwała też drewniana winda, ale nie sposób się do niej przebić bez powodu. Może następnym razem będziemy mieć jakiś interes do pracowników naukowych? Idziemy ku Dworcowej - tu kręcili "Świat Według Kiepskich". Tutaj też jest czynny w święto sklep monopolowy, tu stoją kolejki i toczą się ważne rozmowy. O życiu. I o tym, co wczoraj, że nie wiadomo. Przechodzimy przy Trzonolinowcu, "domu na kurzej stopce". Przedziwny projekt polskich architektów modernistycznych: dom wiszący na linach. Nie wyobrażam sobie tej okolicy bez niego. Podobno nocą tam straszy, bardziej prawdopodobne jest jednak to, że cienkie ściany i osławione liny doskonale przenoszą dźwięk nawet z dalszych pięter.

Wrocław ma jeszcze wiele innych legend miejskich - wystarczy nadstawić ucha. Samo miasto zaś warto poznawać lepiej. Niezależnie też od tego, czy będziecie je zwiedzać chodząc utartymi szlakami głównych zabytków, wrocławskich krasnali, śladami kryminałów Krajewskiego, szlakiem street artu czy wydeptywać własną ścieżkę - znajdziecie tu tysiące skarbów, o których można by napisać dziesiątki książek.

Więcej o: