"Gwiezdne wojny" są dobre tylko dla chłopców? A właśnie, że nie!

Kosmiczna księżniczka w złocistym bikini (od lat bezskutecznie poszukuję repliki - ktoś, coś?), międzygwiezdny kowboj o twarzy i głosie młodego Harrisona Forda, obcy, którzy wyglądają jak pluszowe misie albo mityczny yeti. "Bzdura, dziecinada i w ogóle ziew", narzekają moje koleżanki. Ale dziewczyny, tak poważnie, czego tu nie lubić?

„Gwiezdne wojny” uwielbiają moje idolki: Lady GaGa, Taylor Swift i Tina Fey. I moja mama (tak, wiem, jestem nudna, bo znowu piszę o mamie, ale wierzcie mi, to naprawdę wyjątkowa kobieta). Po raz pierwszy oglądałam trylogię właśnie z nią, gdzieś w mrokach wczesnej podstawówki, na pierwszym w naszym domu kolorowym telewizorze. Z rozdziawioną paszczą. Właściwie z miejsca chciałam wstąpić do imperialnej floty. Nie tylko ze względu na twarzowe uniformy. Potem wiedza o rycerzach Jedi i mieczach świetlnych bardzo mi się przydała. Bo jak zrozumieć amerykańską popkulturę bez „Star Warsów”? Pamiętacie Rachel z „Przyjaciół”, która z poświęceniem spełnia fantazję Rossa o Lei? A Liz Lemon z „30 Rockefeller Plaza”, która przywdziewa białą szatę Lei, żeby uniknąć pełnienia obowiązku sędziego przysięgłego? A widzieliście najnowszy odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, w którym Amy i Bernadette pieką tort w kształcie Gwiazdy Śmierci, a Penny czuje się coraz mocniej wybita z roli słodkiej blondynki z Nebraski, bo w lot chwyta geekowskie zachwyty Leonarda?

Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mój własny chłopak zasypia na „Gwiezdnych wojnach”. Gdy dostał trylogię na wideo na dwunaste urodziny, zobaczył tylko piaskowy domek Luke'a na Tatooine i zasnął snem sprawiedliwego. Pierwszą dziewczynę zabrał do kina na „Mroczne widmo”, tylko po to, żeby po pół godzinie zachrapać na jej ramieniu. A gdy pracował w kinie w Irlandii na ekrany wchodziła „Zemsta Sithów”. I kolejna udana drzemka. Zapytany o seksapil Lei, odpowiedział, że zapamiętał głównie „te błyszczące roboty”... A przecież jest totalnym nerdem, który jabłuszko Apple'a najchętniej wytatuowałby sobie na piersi. Może więc „Star Wars” wcale nie są dla chłopców?

„Moja siostrzenica Hannah uwielbia księżniczkę Leię. Traktuje ją na równi z disneyowską Śnieżką”, pisze Annalee Newitz z portalu Io9.com, jedna z wielu fanek „Gwiezdnych wojen”. „Moja córeczka została wyśmiana w szkole, bo miała termos w rycerzy Jedi, a nie różowy z Barbie. To skandal”, wkurza się Carrie Goldman z „Chicago Now”. „Pokazaliśmy naszej suczce Yodzie Star Wars. W końcu musi zobaczyć, skąd się wzięła”, tłumaczy moja najlepsza przyjaciółka.

Jeszcze nie czujecie się przekonane? Przeczytajcie więc, dlaczego przed premierą nowych części, warto pokochać „Gwiezdne wojny”.

Po pierwsze: księżniczka Leia. I nie chodzi wcale o jej bikini i superwyrafinowane uczesania, których nie powstydziliby się mistrzowie fryzjerstwa na pokazach haute couture. Przecież ta dziewczyna prawie własnoręcznie pokonała całe Imperium, pomściła zniszczenie swojej rodzinnej planety, dowodziła armią mężczyzn i owinęła sobie wokół palca najprzystojniejszego z nich. To się nazywa wielozadaniowość! Malkontenci mają na to gotową odpowiedź. Że Leia to jedyna pełnokrwista dziewczyna w całej serii. Pozostałe to tylko prostytutki i striptizerki. W końcu „Star Wars” to taki kosmiczny western. Trochę trudno się z tym nie zgodzić. Amidala, choć zakochała się w chłopcu, który miał zostać Darthem Vaderem, i urodziła Luke'a i Leię, jest najnudniejszą postacią świata. Przez większość czasu patrzy tęsknie w dal, wzdycha i rodzi. Ale może to dlatego, że ma nadmiernie eteryczną twarz Natalie Portman?

W filmiku z serii „Cracked After Hours” krytycy-komicy komentują, że Star Wars to seksizm w czystej postaci. Bez przesady. A poza tym - kto powiedział, że na filmach dziewczynki muszą utożsamiać się z dziewczynkami, a chłopcy z chłopcami? To dopiero jest mizoginiczne uprzedzenie. Choć lubiłam Leię, najbardziej chciałam być Hanem Solo. I nie miałam żadnego problemu z tym, że nosił spodnie. Ale jeśli chcecie zobaczyć wypchaną po brzegi galerię kobiecych postaci, zainteresujcie się Star Wars Extended Universe, powołanym do życia dzięki wyobraźni fanów i sprycie George'a Lucasa. W tym uniwersum dziewczyny stanowią sprawiedliwie połowę społeczeństwa. Podobnie ma być w nowych częściach sagi. Cieszycie się?

Po drugie: boscy chłopcy. I nie mówię tu nawet o Hanie Solo, bo to zbyt proste. Ani o niewinnym Luke'u (Mark Hamill, where are you?) o spojrzeniu dziecka. Stawiam na Obi-Wana Kenobiego - młodego jak Ewan McGregor i pięknie dojrzałego jak Alec Guinness. Ten habit, ten głos, ta charyzma. Siłę Obi-Wana widać nawet, gdy jest tylko hologramem. A Lando Calrissan, który z odrobiną męskiego szowinizmu z miejsca startuje do Lei? I z powodzeniem prowadzi liczne, cóż z tego, że niezbyt uczciwe, interesy. A Yoda? Chyba nie powiecie, że inteligencja nie jest największym fetyszem? Co z tego, że mały i pomarszczony. Gdyby ktoś powiedział do mnie, „Powerful you have become, the dark side I sense in you”, zmiękłyby mi kolana. Chewbacca świetnie wpisuje się za to w fantazję o małomównym, ale lojalnym i silnym męskim przyjacielu. No i cóż, przyznaję się bez bicia, zawsze było mi żal Dartha Vadera. Nie dlatego, że Hayden Christensen jest słodki i spotyka się z Rachel Bilson (jest i spotyka się, ale to już inny temat). To po prostu godny przeciwnik bijący na głowę Hana, Luke'a i Leię razem wziętych. Przegrał tylko dlatego, że był "zły". Ot, hollywoodzka sprawiedliwość. A co dalej? Po nowych częściach będziemy wzdychać do Oscara Isaaca, którego głos w „Co jest grane, Davis?” zmiótł z powierzchni samego Justina Timberlake'a, a loczki sprawiły, że postanowiłam powiesić jego plakat nad łóżkiem, i Adam Driver, czyli mój ulubiony Adam z „Dziewczyn”, najbardziej nieobliczalny romantyk XXI wieku.

Po trzecie: moda. I znów - wcale nie mówię o bikini Lei. Suknie Amidali to czysty Alexander McQueen. Chłopaki wcale nie są gorsi. To jak Darth Vader nosi czerń toż to czysta perfekcja! W końcu ładni ubierają się na czarno. Nic dziwnego, że w kolekcji Balenciagi sprzed kilku sezonów znalazły się wielkie czarne kapelusze, zupełnie jak u Vadera. Inspiracja jest wciąż żywa. A styl safari z Tatooine? Kombinezony khaki mieszkańców pustynnej planety są lepsze niż w „Pożegnaniu z Afryką”! No a miecze świetlne? To akcesorium na miarę chanelki! A nowy sezon przynosi nowe rozwiązania. W kolekcji Rodarte na wiosnę znalazły się galaktyczne motywy na sukienkach. To już wiemy, co założyć na premierę nowej trylogii.

Po czwarte: „Gwiezdne wojny” to świat w pigułce. Słodkie Ewoki i inteligentne roboty. Silne Wookiee i przebiegli ludzie. George Lucas, choć lekko zaniedbał dziewczyny, wykazał się tolerancją na wszelkie narody i rasy. Nie mówiąc już o nieposkromionej wyobraźni w wymyślaniu ekosystemów innych planet. „Gwiezdne wojny” są ciekawsze niż atlas geograficzny. Nie mówiąc już o filozofii Jedi. To new age w czystej postaci, jasne. Ale przesłanie ekologicznej równowagi, buddyjskiej harmonii, a przede wszystkim manichejskie nauki Yody o dorastaniu do swojej właściwej drogi, to podstawowy podręcznik z psychoanalizy.

Po piąte: chłopcy lubią dziewczyny, które lubią „Gwiezdne wojny”. To jak z piłką nożną i samochodami. Nie musicie od razu przerzucać się cytatami z "Impierium kontratakuje". Ale warto zaśmiać się, gdy mówią, że ktoś jest gruby jak Jabba the Hutt albo zmartwić, gdy chłopiec wścieka się, że J.J. Abrams może zupełnie sprzeniewierzyć się idei George'a Lucasa. Albo że sam Lucas już dawno sprzedał prawa do serii disneyowskim hochsztaplerom. I oczywiście nie macie polubić sagi, żeby się komukolwiek przypodobać. Ale same wiecie, że wspólne pasje nie zaszkodzą. I wiecie co? Jeśli wasi chłopcy lubią Star Warsy, macie ułatwioną sprawę z prezentami do końca życia (albo związku). W końcu merchandising wokół sagi po premierze nowych części znów nabierze tempa. Może mój chłopak wreszcie się przekona do Hana Solo? A jeśli nie, pójdę na premierę z tymi dziewczynami, które nie boją się trzymać w szafie mieczy świetlnych. I zawalczyć o siebie jak trzeba.

May the Force be with you, girls!

Więcej o: