Chcesz być w szczęśliwym związku? Myśl tylko o sobie! Serio?

Któż z nas nie chciałby być w szczęśliwym, satysfakcjonującym związku? Takim, w którym partnerzy dopełniają się, seks jest pełen namiętności i pasji nawet po 20 latach (ba! wtedy dopiero zaczyna się PRAWDZIWA przyjemność), problemy rozwiązywane są mądrze, konflikty żegnane z pełnym wzajemnym zrozumieniem i czułym uściskiem?

Nigdy nie byłam na terapii, więc zastosuję tu słynną internetową zasadę: nie znam się to się wypowiem. (Zanim mnie zjesz, kochany internecie, wiedz, że zrobiłam jednak rozeznanie, trochę w życiu słyszałam od znajomych, jak to wygląda, trochę poczytałam. Od czego są fora internetowe, prawda?) Terapeuta nie powie ci jak żyć, choć większość ludzi, mam wrażenie, po to się do takowego wybiera. Terapeuta zada ci wiele pytań, które doprowadzą cię do jednej słusznej odpowiedzi: ty jesteś ważny, to twoje życie i musisz je przeżyć na własnych zasadach, nie możesz się poddać dyktatowi cudzych pragnień.

To się wcale dobrze nie skończy  / Sztuczne Fiołki (Facebook)To się wcale dobrze nie skończy / Sztuczne Fiołki (Facebook)

Tu, przepraszam, mała wycieczka na boczek. Przecież my nic innego nie robimy, jak tylko poddajemy się dyktatowi pragnień, które nie są nasze, więc są ewidentnie cudze. Reklamy nam mówią, co jest nam naprawdę, ale tak - wiecie - naprawdę, naprawdę potrzebne do szczęścia. Przyglądamy się ludziom, których podziwiamy, którym zazdrościmy i często bazujemy na ich osiągnięciach, miewamy mniej lub bardziej zdrowe punkty odniesienia własnych pragnień. I ci wszyscy, którzy krzykną gromko: nie, mnie to nie dotyczy, ja wiem, czego chcę i to wynika tylko ze mnie - uspokajam. Gdyby się urodzili w innym miejscu i w innym czasie, ich marzenia i cele byłyby inne. Bo determinuje nas świat zewnętrzny, z całym jego syfem, niestety.

Wracamy na ścieżkę wiodącą prosto do terapeuty. Nie twierdzę, że mądrości życiowe wykładane przez terapeutów (przepraszam, oni nie wykładają, oni zrobią tak, by człowiek sobie sam UŚWIADOMIŁ) to zło. Wiele osób na tym skorzysta, dla wielu to jedyne rozsądne rozwiązanie, by posprzątać sobie w uczuciach, emocjach, w życiu, tak ogólnie. Ale są i tacy, co mogą mieć potem wodę zamiast mózgu. Mogą się dać niepotrzebnie naprowadzić na myślenie, które w teorii ma się pięknie, ale zastosowane w życiu może wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Bo tak to już jest, że wszystkie te piękne rady, które podają nam inni ludzie, zapakowane w okrągłe zdania, opatrzone ślicznymi fotografiami z podręcznych baz zdjęć, z uśmiechniętymi i szczęśliwymi ludźmi - te wszystkie rady niekoniecznie dają się zastosować w życiu jeden do jednego. Kto tak robi, zakrzykniecie. Ano właśnie. Mam wrażenie, że wiele jest takich przypadków - osób, które doszły do wniosku, że skoro do tej pory nie szło, to trzeba zastosować specjalne kroki.

Wyskoczył mi ostatnio artykuł o tym, z czego nie należy rezygnować, gdy jest się w związku. Niby wszystko fajnie, ale... Czytam te różne zestawienia: 10 rzeczy, które muszą być spełnione w związku (jak nie są, wykop partnera skąd przyszedł!), 7 rzeczy, z których nie rezygnuj (jeśli z czegoś trzeba rezygnować to z partnera!), 15 znaków, że twój związek jest w porzo (przy jednym niespełnionym grób mogiła, nie ma związku). Jak dołożymy do tego cosmorady - seks w stu superfajnych pozycjach - to w zasadzie lepiej chyba zająć się od razu rubrykami "jak być szczęśliwym singlem". Przecież nie da się tak żyć!

Te wszystkie rady na pierwszy rzut oka wyglądają bardzo fajnie i nie sposób się nie zgodzić, że przecież w zdrowym związku człowiek ma prawo do bycia sobą, do realizowania swoich celów i marzeń, do niezależności, zachowania własnej tożsamości i decyzyjności. Tak, jesteśmy przecież indywidualistami i to jest nasza siła, prawda?

Weźmy jednak sobie takiego Kowalskiego i zaprogramujmy go na realizowanie tych punktów: myśl o sobie, o swoich celach, marzeniach. Pamiętaj: masz prawo decydować o sobie! Masz prawo do niezależności, także finansowej. Masz prawo spotykać się z kim chcesz, to twoje życie. Cokolwiek się nie dzieje, nie pozwól, by ktoś cię zmienił. Masz prawo do swoich decyzji, nie musisz ich konsultować z nikim, bo to TWOJE życie, tak?!

A teraz pojawia się potencjalna przyszła Kowalska i jest zaskoczona, że to, czego z kolei ona się naczytała w kolorowych magazynach - nie działa. Jak to, on nie ma czasu dla niej (bo realizuje punkty o niezależności, spotykaniu się z kim chce, nie zmienianiu się itp.) - znaczy to chyba, że nie kocha? Powinna pomyśleć o sobie. Ale co, jeśli ona chce pomyśleć o nim, bo go chce? Ha, on się powinien dostosować do bycia z przyszłą Kowalską, ale nie może, bo jest zdrowym egoistą, tak go ulepił przekaz medialny.

Wiem, wiem. Kto to czyta, przecież te zestawienia to stek bzdur - tak powiecie? No właśnie nie tylko czyta to świat, ale nawet podprogowo świat wkłada to złaknionym wiedzy "jak żyć" pacjentom na kozetce. (Na pewno są fajne kozetki, wiem. Ale ja sporo słyszałam o tych, które każą być super egoistami, bo to takie zdrowe!).

Co mnie wpienia? To, że większość tych rad w sposób mniej lub bardziej zawoalowany promuje kiepską postawę życiową, taką, która raczej nie pozwoli zbudować zdrowej, fajnej relacji. Oczywiście, warto myśleć o sobie, zdrowy egoizm - jak najbardziej. Ale nie wsobność, skupienie na swoim czubku nosa i blokada z muru, gdy ktoś, z kim dzielimy życie szuka kompromisu lub namawia nas do zrewidowania swoich poglądów. Tak, to nic złego. Fajnie, gdy partnerzy mają różne podejście do życia i mądrze szukają punktów stycznych. To pozwala każdej ze stron otworzyć się na coś innego, zastanowić nad sobą, najczęściej zmienić na lepsze. Nie dlatego, że od dziś robi tak jak chce to drugie. Dlatego, że chce i umie się porozumieć, dogadać, znaleźć rozwiązanie.

Jeśli obie osoby w związku będą się ściśle stosować do tych pięknych zasad - to pozostaje im postawić sobie ring albo basen z kisielem i przystąpić od razu do walki wręcz. Gdy zaś jedno z partnerów będzie przestrzegać listy, drugie szybko osiwieje, poczuje się nieważne i... sięgnie po listę. Więc znowu ring.

Jestem zwolenniczką teorii, że gdy poznaje się dwoje dorosłych, ukształtowanych ludzi i każde stać będzie na straży spełnienia powyższych punktów, to wyjdzie im z tego ich związku wielkie, spektakularne nic (a kozetka czeka, jakby co). Oczywiście - nie można nikogo do niczego zmuszać. Nie wolno wymagać siłą - fizyczną czy psychiczną, by ktoś robił tak, jak chcemy. Ale oczekiwać, że ten ktoś wyjdzie nam naprzeciw - można, wręcz trzeba. Przecież to dość naturalne, że spotkamy się gdzieś w połowie drogi. W końcu jesteśmy różni, mamy różne przyzwyczajenia. Nie godzi to jednak we mnie, moją tożsamość, moją wolność i pewność siebie, gdy postaram się coś zmienić, by lepiej nam się RAZEM żyło. A postawa - jestem jaki (czy jaka) jestem, kochaj mnie i już nie działa na metę dłuższą niż parę miesięcy zauroczenia.

Kochamy ją taką, jaka jest! / fot. wyborcza.plKochamy ją taką, jaka jest! / fot. wyborcza.pl

Związek z osobą, która nie ruszy się o milimetr, stojąc na straży swojej szeroko pojętej tożsamości, finansów, marzeń, celów i wolności jest wyzwaniem. Ale głupim. Nie ma co podejmować się walki z upartym, nieczułym na drugą osobę wiatrakiem.

Więcej o: