Co z tą samodzielnością? Jak wychowywać żeby dać wsparcie, ale nie zagłaskać?

Polskie dzieci ponoć nie lubią wyprowadzać się od swoich rodziców. Tak gdzieś przynajmniej do trzydziestki. Chyba, że tych rodziców stać na to, żeby wynająć im mieszkanie i dać na utrzymanie. Wtedy luzik, nie ma sprawy. Ale i tak wpadną do mamy kilka razy w tygodniu na przepierkę i obiadek. Bo dlaczego nie? Przecież mama kocha, więc i obiad da, i brudne skarpety wypierze. A właściwie to pralka pierze, co nie?

Ostatnio jeden znajomy, tańczący z gwiazdami tancerz powiedział mi w wywiadzie, że wyprowadził się z domu, jak miał 15 lat. Ja mu na to: "Ale jak to? Sam się utrzymywałeś?” "Sam”. "A gdzie mieszkałeś?” "Z kilkoma innymi kolegami”. "A skąd na to wszystko pieniądze?” "Ze sportu, z tańca, sam zarabiałem”. Nawet jeśli trochę mnie oszukał i rzeczywiście wyprowadzka nastąpiła dwa lata później, to i tak wcześnie. Jak na Polskę.

Ja wiem, nie tylko w Polsce takie zwyczaje, by długo mieszkać z rodzicami. We Włoszech chyba też. Ale to raczej nie jest powód do dumy. Agata Bielik-Robson, filozofka, która wykłada m.in. na Uniwersytecie w Nottingham, w wywiadzie w ostatnim "Newsweeku" ("Sorry, jesteście niepotrzebni") twierdzi, że w Anglii jest troszkę inaczej. Że tam się nikt tak bardzo z dziećmi nie cacka, nikt ich po główce nieustannie nie głaszcze. Edukacja prywatna, która ma zapewnić dzieciom dostanie się na Oxford czy do Cambridge nie służy do tego, żeby rodzic mógł wywierać na nauczycielu czy dyrektorze presję typu "nie po to dziecko do prywatnej szkoły wysłałem, żeby mi trójki przynosiło”, bardzo popularną w Polsce. Warunki w angielskiej prywatnej szkole są twarde, dzieciaki mają nauczyć się rywalizacji, przegrywania i podnoszenia się z upadku. Życie to przecież nie jest różowy świat pełen biegających po łące kucyków Pony, tylko ostra walka. A szkoła ma je do niej przygotować. W wychowaniu chodzi przecież o coś więcej, niż tylko poprawne rozwiązywanie testów, prawda?

Koleżanka brała ogromny kredyt, żeby wyprawić blisko czterdziestoletniemu syneczkowi wesele.

Bielik-Robson twierdzi, że polscy rodzice jeszcze tego "nie skumali". Że w naszym wychowaniu dużo jest "katolickiego rozczulania się nad dzieckiem, które najchętniej by się zostawiło dzieckiem do 60. roku życia”. A to wszystko z miłości. Podobno na Zachodzie rodzice wymagają od nauczycieli w szkołach prywatnych, żeby dokręcali śrubę, zrobili coś, żeby jeszcze bardziej zdyscyplinować uczniów. U nas wprost przeciwnie - zarzucają, że nauczyciele za bardzo cisną, a oni przecież po to im płacą, żeby było miło. I jeszcze te angielskie internaty - dzieci czasem już od 8., a na pewno od 16. roku życia mieszkają same. Uczą się samodzielności, współdziałania w grupie. Bo przecież chodzi o to, żeby jak najszybciej dojrzały i... poszły na swoje. Bielik-Robson twierdzi nawet, że to wczesne wypychanie dzieci z domu bardzo uzdrawia rodzinne relacje, które nie mają szans, żeby się "zakwasić”.

W Polsce niewielu nastolatków pracuje w wakacje, bo przecież "muszą odpocząć po tych wszystkich szkolnych trudach”. Rodzice wypruwają sobie żyły i flaki, żeby wysłać ich na najfajniejsze obozy świata. Tenisowe, wspinaczkowe, językowe, Harry'ego Pottera, Dr House'a. W związku z czym dzieci nie kumają wartości pieniądza, nie mają pojęcia, jak ciężko się go zarabia, a jak łatwo wydaje. Pielęgnują w sobie roszczeniową postawę "dziś chcę to, a jutro tamto, bo mi się należy. Bo jestem, bo mnie urodziłaś, to teraz mi daj". Koleżanka brała ogromny kredyt, żeby wyprawić blisko czterdziestoletniemu syneczkowi wesele. Ale wcześniej, przez ileś lat, codziennie rano obierała mu ziemniaczki, żeby przypadkiem nie musiał pobrudzić sobie rączek. I tak źle, i tak niedobrze.

Sport niesamowicie dobrze wychowuje dzieci. Bez wysyłania ich do internatów w wieku zbyt (jak dla mnie) wczesnym.

Szczerze? Nie do końca przemawia do mnie zimny, angielski wychów. Chętnie bym poczytała jakieś badania dotyczące tego, z czym borykają się później dzieci wysłane w wieku 8. lat do internatu, pozbawione tak wcześnie ochronnego parasola rodziców. Ja wiem, że podtykanie dzieciom wszystkiego pod nos do niczego dobrego nie prowadzi, ale jak tego uniknąć? Moi rodzice nie mieli kasy i wiedziałam, że jeśli chcę coś mieć, muszę na to zarobić. W liceum pracowałam na budowie (malowałam płoty i maszty), na studiach sprzedawałam kanapki na słynnym bazarze na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. To nie była przyjemna praca, bo zaczynała się o 1 w nocy (te kanapki trzeba było najpierw zrobić, potem na ten bazar koło 3 - 4 w nocy dojechać, bo o 6 to na tym bazarze jadło się już obiad) i trzeba było wysłuchiwać tekstów w stylu "Nie chciało się nosić teczki, trzeba nosić bułeczki” od pierwszych polskich biznesmenów (tudzież innych, mniej wybrednych wypowiedzi o bułeczkach). Ale kasa była przednia, jakieś 50 zł dziennie! Dla studentki? Szok i szaleństwo. Dawałam też korepetycje z polskiego i z anglika, oszczędzałam na obiadach, czym popsułam sobie żołądek. A mój syn? Mój syn? Nie będę opowiadać o swoim synu, ale mój syn ma zupełnie inaczej. Łatwiej. Tylko czy wyjdzie mu to na dobre?

I jeszcze jedno. Tańczący z gwiazdami tancerz nie jest jedynym sportowcem, z którym ostatnio rozmawiałam. W każdym razie z tych rozmów wynika, że sport niesamowicie dobrze wychowuje dzieci. Bez wysyłania ich do internatów w wieku zbyt (jak dla mnie) wczesnym, elegancko te dzieci "utwardza”. Uczy systematyczności i rywalizacji. Walki. Cierpliwości. Nie pozwala się poddawać. Ale każdy z moich rozmówców twierdzi, że nie osiągnąłby nic bez rodziców. Że gdyby nie ich wsparcie, nie ich jeżdżenie po całej Polsce na zawody, nie daliby rady. To jak to jest z tą samodzielnością?

Więcej o: