I przysięgam, że nie opuszczę cię aż do śmierci...

Masowałam, rozgrzewałam, mroziłam. Raziłam prądem, zasysałam chińską bańką, zmuszałam do wyczerpujących ćwiczeń. Odmawiałam pożywienia, przyjmowałam mające unicestwić go tabletki, owijałam folią, odcinając dopływ powietrza. Przetrwał. I wiem, że będzie ze mną do końca moich dni. Który z mężczyzn będzie nam tak wierny, jak cellulit?

Cellulit. Z perspektywy koncernów kosmetycznych - kura znosząca złote jajka. Z perspektywy kobiet - dowód na istnienie szatana. Boska złośliwość.

Mój stosunek do niego ewoluował z czasem. Zaczęło się jak w najtrwalszych przyjaźniach, od niechęci i podjazdowej wojny. Kilka lat temu wierzyłam, że w tej grze to ja rozdaję karty. Myślałam, że być może na jego pojawienie się nie miałam wielkiego wpływu (przeklęte dojrzewanie i eksplozja estrogenów), ale z pewnością uda mi się skutecznie pożegnać. Na zawsze. Pomóc w tym miała mi święta trójca: dieta, sport i antycellulitowe kosmetyki. O słodka, nastoletnia naiwności. Cellulit owszem, stracił na wyrazie, ale nie poszedł precz. Skądże. Wierny po stokroć.

Do rozważenia

Nie mogąc się z tym pogodzić, po kilku kolejnych latach postanowiłam ograniczyć nawet to, co uwielbiam. To, co nadaje mojemu życiu smak. Kawę, papierosy, wino. Upadł ostatni bastion mojej wolności, ale z każdej strony atakowały mnie oskarżenia, że cellulit to pokłosie przede wszystkim niezdrowego trybu życia i tej jakże nieprawomyślnej hormonalnej antykoncepcji. Wreszcie przyszedł czas wezwać posiłki. Udział w wojnie wziął zatem też sztab specjalistów od masaży pobudzających pracę mięśni impulsami elektrycznymi. Wrażenia po zabiegach z gatunku niezapomnianych - bardzo chciałabym wyprzeć to z pamięci, ale się nie udaje. Nie zabrakło profesjonalistów od masaży drenujących, wyposażonych w wysokiej klasy sprzęt do endermologii. Nie obyło się bez wątków zagranicznych - tak, tak, popularne chińskie bańki także wzięłam pod uwagę. Bolało i to bardzo. Wykorzystałam niemal wszystkie możliwości. Prócz skalpela. Efekty? Dziękuję, stabilne, skromne, niesatysfakcjonujące.

Po tylu latach zmagań, coraz lepiej poznawałam swojego towarzysza. Bo już nie wroga. Zaprzyjaźniliśmy się. Prócz niechęci, pozbyłam się też przekonania, że mogłam mu zapobiec. Im więcej bowiem o nim czytałam, tym bardziej docierało do mnie, że tracę siłę na walkę z góry skazaną na porażkę. Rozmawiając z dermatologiem na temat realnych szans na wygraną z cellulitem, tym bardziej nie poprawiłam sobie nastroju. Dowiedziałam się, że według jednej z teorii (tak, tych teorii jest całkiem sporo) pomarańczowa skórka najczęściej powstaje u tych kobiet, których tkanka łączna w skórze ma formę pionowych pasm. Jest mówiąc obrazowo rozrzedzona, tkanka tłuszczowa wędruje zupełnie swobodnie.

U panów tkanka łączna ma formę zbitej, krzyżującej się siatki, która zdecydowanie rzadziej przepuszcza zbite komórki tłuszczu tworzące nieregularne wybrzuszenia na skórze. Prosta historia. Jeśli masz skórę, która ma skłonności do powstawania cellulitu, nie unikniesz przeznaczenia.

Lewa strona - panowie. Prawa - panieLewa strona - panowie. Prawa - panie (fot. HowStuffWorks)

Estrogeny, zła dieta, używki i wszystkie inne przyjemności tego świata mają oczywiście wpływ na tkankę tłuszczową. Im jest ona grubsza, tym zagrożenie jest większe. Tu trudno dyskutować. Najwięcej jednak zależy, mówiąc ogólnikowo, od jakości skóry. Dlatego niektóre szczęściary mogą zjeść cokolwiek, palić choćby cygara i nie ćwiczyć wcale, a na ich skórze cellulitu nie uświadczysz. Niezależnie od wagi. Dobre geny, jako żywo. Świat nie jest sprawiedliwy, żadne odkrycie. Cała reszta (a szacuje się, że około 85% kobiet) ma tego szczęścia mniej. Ostateczne, nieodwracalne zlikwidowanie pomarańczowej skórki byłoby możliwe wyłącznie w efekcie zmiany struktury skóry. I co teraz producenci antycellulitowych produktów? I co teraz producenci antycellulitowych urządzeń do masaży?

Zacieracie rączki, prawda? Słusznie. Sezon bikini zaraz weźmie górę. I nad rozsądkiem, i nad zawartością portfela. Ale oby już nie nad moim. Na półce mam już wiele, stanowczo zbyt wiele, preparatów, które gwarantowały "good-bye cellulite". Teraz to ja mam ochotę powiedzieć im "do widzenia". Co niniejszym czynię. Pasuję. Bo choć nieustannie strzygę uchem, gdy słyszę nowiny o nowym rewolucyjnym produkcie czy zabiegu na cellulit, to po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że wolę wydać pieniądze na coś bardziej realnego. Coś co naprawdę uczyni cellulit mniej widocznym. Parawan, pareo, ostatecznie sporych rozmiarów puzon.