Jeśli nie komunia, to co? Czy rekompensować dziecku brak białej sukienki?

Nie wierzę w Boga. Nie chodzę do kościoła. Moje dzieci nie chodzą na religię. I niby wszystko ok, nie czuję się jakoś specjalnie dyskryminowana, tylko już się martwię (na ulubiony "zapas?), co będzie, jak moja młodsza dorośnie do komunii. I dowie się, że nie dla niej sukienka, przyjęcie i stosy prezentów.

Zapytacie - a co zrobiłam ze starszym (bo mam jeszcze nastoletniego syna)? Otóż to wszystko nie takie proste. Bo starszy komunię miał. Bo jeszcze w tamtym momencie uległam popularnemu "Bo tak się robi", "Bo tak trzeba", "Bo chodzi o to, żeby mieć to z głowy, bo co będzie, jak kiedyś będzie miał ochotę na ślub kościelny (jak większość niewierzących Polaków)?". Tak. Kiedyś się temu poddawałam. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale w pewnym momencie powiedziałam "dość". Dość tego udawanego katolicyzmu. Dość tego zaspokajania potrzeb rodziców i społeczeństwa. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle wierzę w Boga? I wyszło mi, że nie.

A potem zaczęły się schody. Bo np. rodzina się na mnie obraziła, kiedy odmówiłam bycia chrzestną matką. No bo jak to? Ochrzczona jestem? Jestem. Komunię i bierzmowanie mam? Mam. Nawet ślub kościelny mam. Więc jak to tak teraz? Co to znaczy, że nie wierzę? Zresztą, kogo to obchodzi? Jeśli nie chcę iść do spowiedzi (wymóg, żeby zostać chrzestną matką), a nie chcę iść, bo nie grzeszę, to przecież papierek ze stempelkiem się załatwi. A ja na to, że nie, dziękuję. Ala jak to? Dlaczego? A ja na to, że nie wierzę, bardzo mi przykro, i ja nie mogę przed jakimś panem w sutannie przyrzekać, że zadbam o to, żeby to dziecko zostało wychowane w wierze katolickiej. Bo nie zadbam. Bo mam tę wiarę w nosie. Ale kogo to obchodzi? Ano mnie obchodzi. Nie chcę już dłużej robić tych wszystkich rzeczy, które nic dla mnie nie znaczą. Nie chcę, żeby ktoś mi potem mówił, że 99% procent Polaków wierzy w Boga, bo są ochrzczeni. Ja jestem, a nie wierzę. Tak wyszło. Wiara to łaska. Ja jej nie mam.

Może w takim razie powinnam "dokonać apostazji"? Może powinnam. Ale, szczerze mówiąc, nie widzę w tym większego sensu. Bo człowiek nie krowa i różne rzeczy mu się w głowie dzieją. Ja nie wiem, czy mówię kościołowi "nie" na zawsze. Ja nie wiem, co się jeszcze w moim życiu wydarzy. Doskonale pamiętam czas, kiedy biegałam do kościoła częściej niż raz w tygodniu, bo wiara była dla mnie czymś bardzo ważnym. Zrobiłam "dziewięć pierwszych piątków miesiąca", u spowiedzi byłam przynajmniej raz w miesiącu i nie było to bezmyślne odklepanie regułek. Może ten czas jeszcze wróci? Dlaczego w takim razie mam sobie na zawsze zamykać drogę do kościoła?

Teraz zapytacie, dlaczego w takim razie zamykam drogę swoim dzieciom (jeśli już, to tylko jednemu, he he, starszy miał więcej szczęścia). Otóż nie wydaje mi się, żebym komukolwiek cokolwiek zamykała. Można przyjąć chrzest i komunię w dowolnym momencie życia. Nikt nikomu tego nie zabroni. Nie wyobrażam sobie po prostu, jak mam w obecnym stanie mojego umysłu posyłać dziecko na religię. Bo jeśli ktoś chodzi na religię, to powinien też chodzić do kościoła. A jeśli rodzice nie chodzą do kościoła? To co mam powiedzieć dzieciom? "Ty sobie idź na religię, a potem do kościoła, bo tak trzeba, a ja nie pójdę, bo ja w Boga nie wierzę. Ja jestem dorosła i ja już mogę, ty jesteś mały/mała i masz robić, co ci każę". Wychowanie, niestety, tak nie działa. Gadanie w wychowaniu działa przecież najmniej. Liczy się to, co robię, jak robię i dlaczego (tak mi się przynajmniej wydaje).

Ale co z tą komunią? Macie jakiś pomysł? Bo jednak trochę się boję, że córka będzie mi miała za złe, że ją "coś fajnego" omija. Bo, szczerze mówiąc, chyba nie znam rodzin, gdzie komunia jest wydarzeniem ważnym religijnie (od razu przepraszam wszystkich, którzy tak mają, tylko ja nie zauważyłam). Zawsze najważniejsza jest sukienka, wianek, torebunia, buciki. Przyjęcie, goście, tort, co na obiad? A przede wszystkim - kasa i prezenty. Rowerek, komputerek, iPod, iPad, motorynka (cholera, nie mam pojęcia, co się teraz daje? czy medaliki z Maryjką i Jezuskiem jeszcze tak? Czy zegarki są passe?). Komunia, czyli rozbuchany konkurs na najbogatszą rodzinę w klasie. A moja córka będzie tego pozbawiona.

Oczywiście, będę starała się to wszystko jej wytłumaczyć. Ale czy się uda? Czy nie będzie jej przykro? Koleżanka planuje tygodniowy wyjazd z dzieckiem do ciepłych krajów. Dokładnie wtedy, kiedy komunia i biały tydzień. Inna kupiła córce piękną suknię i zorganizowała małe przyjęcie w parku. Z okazji "bez okazji" zaprosiła gości, kupiła jakiś prezent. Było miło, bo zawsze przyjemnie spotkać się z ludźmi, których się lubi. Ktoś inny zabrał tego dnia dziecko do muzeum z dinozaurami, ktoś jeszcze zafundował wypad do Legolandu. A wy? Jak sobie z tym radzicie? O ile też macie taki problem...

Więcej o: