"Yves Saint Laurent" - bardzo nudny film o bardzo interesującym człowieku

Od dziś w kinach "Yves Saint Laurent" w reżyserii Jalila Lesperta - kolejny po "Coco Chanel" fabularny film o wielkiej postaci francuskiej mody. I równie duże rozczarowanie. Choć trzeba oddać - są w tym obrazie przyjemne dla oka fragmenty.

Zamiast przeglądać archiwalne wydania modowych czasopism czy encyklopedie strojów, można wybrać się do kina i obejrzeć sobie na żywo te wszystkie piękne kreacje, będące wynikiem niewątpliwego talentu genialnego projektanta. Pokazy różnych kolekcji - jednej jeszcze dla domu mody Diora i kilku kolejnych, już pod szyldem YSL, wypełniają jednak jedynie jakąś jedną ósmą filmu. Pozostałe półtorej godziny jest ciężkostrawną, podlaną mdłym sosem historią o baaaaardzo nudnym człowieku, który (wnioskując po tym scenariuszu) całe życie usiłował być fajniejszą wersją samego siebie.

Jeśli chcecie przeczytać historię YSL - odsyłam do najnowszych WOEJeśli chcecie przeczytać historię YSL - odsyłam do najnowszych WOE

Wychowany przez zakochaną w nim matkę, od najmłodszych lat doradzał jej, w co ma się ubrać i przeglądał z nią magazyny o modzie. Rysował jak opętany, cudownym zbiegiem przychylnych okoliczności trafił do domu mody Diora i został jego asystentem. A po jego śmierci okazało się, że figuruje w testamencie jako ten, który będzie dalej kierował tą najważniejszą w świecie (nie tylko francuskiej) mody instytucją. Yves ma 21 lat, zdaje się być nieźle wydygany, przejmując tak potężne obowiązki. Radzi sobie świetnie, jednak zdrowie psychiczne lekko szwankuje. Po pobycie w "spokojnej placówce" okazuje się, że został usunięty z interesu. Wygrywa jednak proces, zdobywając tym samym kapitał (a przynajmniej jego sporą część), by założyć własny dom mody. W tych wszystkich perypetiach towarzyszy mu człowiek, którego nazywa mężczyzną swego życia - jego partner na dobre i na złe: Pierre Bergé. Znosi on dzielnie wybryki nieśmiałego, a nieraz zaskakująco śmiałego w swych poczynaniach (zwłaszcza homoerotycznych) ukochanego, pielęgnuje jego talent, prowadzi go na szczyt zwany Wielkim Sukcesem.

Historia o tym, jak pan spotyka pana / Materiały prasoweHistoria o tym, jak pan spotyka pana / Materiały prasowe

Czy to nie jest wspaniała historia, którą można przerobić w fascynujący film? Jest. Ale udało się twórcom osiągnąć rzecz niezwykłą. Z biografii człowieka o wielkim talencie i charyzmie, zrobili historię zagubionego homoseksualisty, którego prowadzono przez życie za rękę. Jakby nie można było zdjąć tego akcentu, potraktować jego związku z Pierrem Bergé jako po prostu związku, bez akcentu na wszelkie tak chętnie tu podkreślone "dziwactwa" - bo wiecie, ci homoseksualiści to mają problemy z wiernością i jak się wkurzą, to rzucają dziełami sztuki, takie z nich wariaty!

Choć z drugiej strony - twórcy filmu o Coco Chanel także dołożyli starań, by zrobić z odgrywającej bohaterkę Audrey Tautou sfiksowaną na punkcie faceta melancholiczkę, która szokuje wszystkich chodząc w spodniach, nie dlatego, że szuka rewolucyjnych rozwiązań w kobiecym stroju (nuda), ale chce zaskoczyć faceta, który nie może się zdecydować, czego chce. Może to po prostu taka francuska maniera? Kręcimy film o naszych ikonach, więc zdejmujemy ich z piedestału i dorabiamy im normalności rodem z melodramatu?

Pierre Niney dwoi się i troi / Materiały prasowePierre Niney dwoi się i troi / Materiały prasowe

Trzeba jednak podkreślić z całą mocą jedno: Pierre Niney, który wciela się w tytułowego bohatera odrobił lekcję. Wciela się w postać wielkiego projektanta z wielką mocą, zapominamy momentami, że to aktor, nie prawdziwy Yves. Partnerujący mu Guillaume Gallienne w roli Pierra Bergé także daje popis aktorskich możliwości. Tym bardziej szkoda zmarnowanego potencjału fabularnego.

Jeśli chcecie poznać interesującą historię wielkiego kreatora mody - polecam Wam film "Szalona miłość - Yves Saint Laurent", dokument z 2010 r.

Jeśli zaś dokumenty z nieruchomymi archiwalnymi fotografiami Was nudzą, może przemówi do Was fabularyzowana opowieść o pewnym homoseksualiście, który czasem coś narysował i modelki ładnie w ciuchach wyglądały. Do mnie nie przemówiła.

Więcej o: