Kieszonkowe - dawać czy nie?

Dzieci to wielkie pochłaniacze pieniędzy, a im większe dziecko, tym wyraźniej zarysowuje się problem finansowania. Ostatnio - jako matka już-za-chwilę-pierwszoklasistki - zetknęłam się z problemem kieszonkowego. Tak, świadomie użyłam słowa "problem". Dwa razy. Bo wiele wskazuje, że nie jest to wcale prosta sprawa.

Dostawaliście kieszonkowe jako dzieci? Ciułaliście do skarbonki? Czy wydawaliście od razu? I czy była to stała tygodniówka, czy wypłata była uzależniona od ocen albo wykonywania prac domowych? Zakładam, że większość przedstawicieli naszego pokolenia na etapie szkoły podstawowej miała jakieś własne pieniądze - oczywiście były to raczej drobne kwoty, a i wydawać nie było specjalnie na co. Ileż można wypić oranżady i wyżuć gum Turbo? No tak: mnóstwo! Ale w porównaniu z ofertą, która stoi przed współczesnymi dziećmi nasze konsumpcyjne perspektywy były nad wyraz skromne.

Jest to jeden z powodów, dla których część dzisiejszych rodziców kategorycznie odmawia dzieciom kieszonkowego. To po prostu forma kontrolowania tego, co dziecko wybiera z tej ogromnej i niekoniecznie dobrej oferty rynkowej. Co je, czym się bawi, co czyta. Żadnych czipsów samodzielnie kupowanych w markecie w drodze do domu (bo szkolne sklepiki coraz częściej - na szczęście! - rezygnują pod wpływem rodzicielskich perswazji z tego typu asortymentu). Żadnych syfiastych plastikowych zabaweczek, naklejek, bzdurnych gazetek, służących wyłącznie nakręcaniu marketingowej machiny tej czy innej franczyzy. A przynajmniej mniejsze prawdopodobieństwo, że dziecko wejdzie w posiadanie rzeczy, na które mu z jakichś przyczyn nie pozwalamy.

Innym powodem, dla którego rodzice bywają niechętni kieszonkowemu - i to do tego stopnia, że sprawa bywa dyskutowana na szkolnych wywiadówkach, by grono rodzicielskie mogło uzgodnić na poziomie klasy wspólną politykę pieniężną - jest kwestia ekonomicznych nierówności. Bo rodziców Piotrusia stać, by dawać mu 5 złotych tygodniowo, a Ninka dostaje stówę (wciąż mówimy o dzieciach na etapie podstawówki). Więc rodzice próbują ustalić równą kwotę. Żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Albo wprowadzić odgórnie embargo na kieszonkowe. Nikt nie ma kasy - nie ma nierówności. Proste.

Kolejny powód, dla którego kieszonkowe znalazło się nagle na cenzurowanym, jest tyleż prozaiczny, co bolesny. Wielu z nas tych pieniędzy notorycznie brakuje. Trudno wypłacać dziecku tygodniówkę, gdy w kasie pustka, rachunki niezapłacone i na bułkę trzeba ciułać. Przy tym nie opisuję tu rzeczywistości "społecznych dołów" ani niepewnych dnia czy godziny freelancerów. Taka sytuacja jest udziałem ogromnie wielu przedstawicieli ludu pracującego miast (bo o ludzie pracującym wsi wiem niewiele, więc nie odważę się stawiać żadnych tez).

No dobrze, rozumiem wszystkie powyższe powody, myślę jednak, że kiedyś koniec końców i tak trzeba zacząć dzieci uczyć wartości pieniądza, umiejętności gospodarowania nimi (przepraszam, tu popłakałam się ze śmiechu - nie nadaję się na guru w tej kwestii) i zwyczajnie odzwyczaić je od "mamo, tato, KUP MI". Sam sobie kup, smarku jeden. Zarób, oszczędź, uzbieraj na konkretny cel, skoro ci na nim zależy. I zobacz, czy łatwo ci to przyjdzie. Umiejętność obchodzenia się z pieniędzmi, kontrolowania swoich potrzeb, trzymania w ryzach konsumpcyjnych zapędów komu jak komu, ale naszym dzieciom przyda się na pewno. W końcu rzeczywistość, w której żyją będzie od nich tego wymagać już za chwilę. Jak ich tego nauczyć jeśli nie damy im do ręki własnych pieniędzy?

fot. Kasia NowakowskaSą pieniądze, jest zabawa (fot. Sony Xperia Z)

Ale na jakich zasadach i za co dawać dziecku kasę? Ile? Jak często? Przepytałam na tę okoliczność moje mądre redakcyjne koleżanki - jak sobie z tym radzą, jaką politykę obrały i jak wyglądają stosowane przez nie praktyczne rozwiązania?

Większość daje dzieciom drobne kwoty - albo w formie stałego kieszonkowego albo doraźnie, w miarę potrzeb, tudzież jako wynagrodzenie za wykonanie uzgodnionych wcześniej prac domowych lub na przykład pilnowanie młodszego rodzeństwa. Wedle stawek z cennika - również zawczasu ustalonego. W niektórych domach praktykuje się też "zostawianie reszty" - pieniądze, które zostaną dziecku ze zrobionych na zlecenie rodziców zakupów, może zachować dla siebie. Dodatkowo kieszeń nieletnich bywa zasilana przez członków rodziny - dziadków, ciocie itd. Niektóre koleżanki zachęcają dzieci, by szukały możliwości zarobku poza domem - np. proponując jakieś drobne usługi (typu strzyżenie trawnika, czy grabienie liści) sąsiadom. Ekwiwalentem kieszonkowego bywa też opłacany przez rodziców telefon komórkowy (ha! to mi nie przyszło na myśl w ogóle, gdy zastanawiałam się nad tym problemem).

Jak dzieciaki zarządzają swoimi własnymi aktywami? Bardzo różnie. Niektóre podchodzą do sprawy pragmatycznie i bezemocjonalnie - wydają tylko na to, co jest im faktycznie potrzebne. Inne potrafią "rozpieprzać kasę koncertowo", a mama podejrzewa, że papieroski też są grane, stąd próby reglamentowania dodatkowych źródeł dochodu (babciu, nie dawaj zaskórniaków na boku!). Jedna z koleżanek zauważyła, że jej dziecko dywersyfikuje swoje przychody w następujący sposób: "Zarobione przez siebie pieniądze odkłada bardzo konsekwentnie. Te, które dostaje od nas, czy w ramach prezentów od rodziny, wydaje - a dzieli je tak: jedną trzecią na wydatki bieżące, dwie trzecie odkłada i potem sobie kupuje coś większego, słuchawki, drogą grę, itd." Jeden z młodszych beneficjentów kieszonkowego traktuje zarobione pieniądze jako okazję do praktykowania świeżo nabytych umiejętności matematycznych - przelicza pieniądze na paczki kart piłkarskich. I dzielnie ciuła na ten cel.

Obraz jaki mi się z tego wyłania jest raczej krzepiący. Mimo tych papierosów nawet. Jednak wśród rzeczy, które opowiedziały mi koleżanki, znalazła się jedna naprawdę bulwersująca. Okazuje się, że niektórzy rodzice dają dzieciom kieszonkowe tylko po to, by móc je potem odebrać w ramach kary. "Nie jest karą rekwirowanie sprzętu do grania, bo w klasie zawsze jest ktoś, kto ma, a zajęcie oszczędności i kieszonkowego bywa dotkliwe." Cóż - zapewne, ale przeraził mnie cynizm tego postępowania, ale może po prostu przemawia przez mnie brak doświadczenia i naiwność.

fot. Kasia NowakowskaNa bogato (fot. Sony Xperia Z)

Tak czy inaczej, moje córki niebawem dołączą do grona małych kieszonkowców (nie takich jak z Olivera Twista, mam nadzieję). Starsza jedzie na kilkudniową wycieczkę z rówieśnikami i wszystkie dzieci dostaną kieszonkowe (taką samą, ustaloną przez rodziców i nauczycieli kwotę), którą będą mogły przeznaczyć na zakup "pamiątek" (już się boję). Obie zaś tak zmęczyły mnie swoimi wiecznymi żądaniami zakupu badziewek, że ustaliłyśmy: niech zbierają drobne i kupują sobie same, gdy zdobędą potrzebną kwotę. Zobaczymy dokąd nas to zaprowadzi...

PS. Już po napisaniu tego tekstu miałam okazję przedyskutować z córkami kwestię wartości pieniądza, gdy okazało się, że świeżo zakupiony (wybłagany, wymęczony) naszyjnik z księżniczką Zosią został przecięty nożyczkami. Koszt zniszczonego badziewka równy jest biletowi do kina na "Rio 2", na który w związku z tym nie pójdziemy. Przykra lekcja ekonomii przed Dniem Dziecka, ale jak widać konieczna.

Więcej o: