Wspólne konto? Nie w tym życiu

Dzielimy się radościami i smutkami. Kochamy się. Ufamy sobie. Bawią nas te same żarty. Śpimy w jednym łóżku. Jemy wspólnie posiłki. Razem chodzimy na zakupy. Dzielimy się samochodem i obowiązkami. Wspólnie podejmujemy kluczowe decyzje. Wspólnie się rozliczamy. Ale wspólne konto? Nie w tym życiu.

Czy oddzielne konto jest ostatnim bastionem niezależności w związku? Tajną, finansową twierdzą? Myślę, że w pewnym stopniu tak właśnie jest. W jakiś sposób wyznacza granice naszej autonomii. Daje poczucie bezpieczeństwa i samokontroli. Jakkolwiek byśmy nie byli blisko siebie, jak bardzo byśmy nie byli razem, to jednak strefa intymności w związku, jest konieczna do utrzymania równowagi psychicznej. Dla mnie taką przestrzeń stanowi między innymi indywidualne konto, na które co miesiąc wpływa mi pensja.

A może to jednak oznacza brak zaufania do partnera? Wręcz przeciwnie, mamy wspólność majątkową i wspólny kredyt na mieszkanie. Ale mamy też oddzielne prace, oddzielne pensje i oddzielne konta. Podzieliliśmy się obowiązkami finansowymi proporcjonalnie do naszych zarobków. Ogarniam te zobowiązania, które wymagają bezwzględnego przypilnowania terminu. Kiedy braliśmy kredyt hipoteczny miałam bardziej stabilną sytuację finansową i postanowiliśmy, że to ja będą go spłacać. I tak już zostało. I od wielu lat taki układ doskonale się w naszym związku sprawdza. Wiemy ile zarabiamy, ale nie ingerujemy w swoje wydatki.

I nie będę pożyczać od dziecka pieniędzy ze skarbonkiI nie będę pożyczać od dziecka pieniędzy ze skarbonki

Dla mnie oddzielne konto jest oznaką zaufania. Bo nie sprawdzam swojego męża. Nie mam takiej potrzeby. Znamy się już tyle lat, że po prostu mu wierzę. Zakładam (czyżby naiwnie?), że czterdziestoletni facet nie roztrwoni w weekend całej pensji na imprezie z kolegami, że nie wyda oszczędności na drogie, lecz niepotrzebne części do samochodu (np. wypasione alufelgi). I całe to zaufanie jest jednym z filarów związku. Audytem zajmuję się w pracy. Swoją podejrzliwość i czepialstwo zostawiam w biurze. Ok. staram się zostawić. Z natury jestem upierdliwa, więc czasem nie mogę się powstrzymać. Nie mam jednak potrzeby patrzenia mężowi na ręce, nie rozliczam go z jego hobby. Tak samo i on nie rozlicza mnie z mojego. Nie grzebię mu w telefonie, nie czytam potajemnie maili. On nie robi mi wymówek z powodu nowych butów (nie tylko dlatego, że się nie orientuje, że to są TE nowe buty).

Wspólne konto musieliśmy założyć przy okazji zakupu mieszkania. Służy nam wyłącznie do obsługi kredytu. Raz w miesiącu przelewam tam ratę i do widzenia. Kilka lat temu w ramach oszczędności zlikwidowałam nawet karty do tego konta, bo i tak z nich nie korzystaliśmy, a trzeba było za nie płacić.

Większość moich znajomych ma indywidualne konta ROR. Czasem mają dodatkowe wspólne pełniące rolę "domowej skarbonki" na bieżące wydatki. Generalnie wszyscy posiadacze kredytu hipotecznego muszą mieć wspólne konto do obsługi tego sympatycznego zobowiązania. I w tym przypadku nie widzę innego wyjścia.

Jest kilka kwestii, które skutecznie zniechęcały mnie do wspólnego konta:

Potrzeba niezależności finansowej. Nie chcę kontrolować i nie chcę być kontrolowana.

Zróżnicowane podejście do dyscypliny finansowej. Nie potrzebuję żadnych linii debetowych, kart kredytowych i innych opcji zadłużania się w banku. Od lat jestem wierna zasadzie, że nie wydaję więcej niż zarabiam. Mamy kredyt hipoteczny, który jest znaczącym obciążeniem dla budżetu i zastanowię się dziesięć razy, zanim wezmę kolejny, albo pożyczę pieniądze od rodziców. Z kolei mój mąż nie wyobraża sobie funkcjonowania bez opcji debetu na koncie.

Nieuregulowane zobowiązania finansowe partnera, czyli wszelkie nieprzyjemne długi i widmo komornika, który jest skuteczny niczym Żelazny Bank z Bravos. Ale szczerze mówiąc, to w przypadku małżeństwa indywidualne konto nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa w przypadku interwencji firmy windykacyjnej lub komornika. Zapewni je intercyza i rozdzielność majątkowa.

Finansowy luz partnera. Nie chciałabym dowiedzieć się przy kasie o braku środków na koncie, bo mój facet właśnie "zaszalał" przy jakiejś niebywałej okazji na allegro i zapomniał, że wypłata pojawi się na koncie dopiero za dwa tygodnie.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do sposobu zarządzania domowym budżetem, bo jest to indywidualna sprawa każdego z nas. Jestem jednak ciekawa czy widzicie jakieś pozytywne aspekty wspólnego konta?

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: