12 ojców: feminiści, rozwodnicy, finansiści i filozofowie

Antologia "Jestem Tatą!? mówi nie tylko o ojcostwie, ale też o partnerstwie, społeczeństwie, historii, ewolucji czy zmierzchu cywilizacji. Słowem: można się z niej dowiedzieć więcej niż sugeruje tytuł. I warto!

Gdybym wam powiedziała, że to jest dobra książka dla każdego, z wyjątkiem przyszłych rodziców, zapewne nie uwierzylibyście. Któż inny jest żywo zainteresowany rozmowami spod znaku "jak żyć (mając dzieci)" jeśli nie ci, którzy właśnie zobaczyli dwie kreski na teście albo przejęci wpatrują się w obraz z ultrasonografu, próbując odróżnić sześciotygodniowy zalążek człowieka od wszystkiego innego. No nie, to chyba nie jest dobra publikacja dla nich. Jedni ojcowie wydają się tutaj zbyt idealni, inni zbytnio skłaniają do pesymizmu.

Już przy pierwszej zamieszczonej w publikacji rozmowie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Oho! Ten facet chyba wybiela swój wizerunek! Kiedy opowiada o relacjach z dziećmi jest taki książkowy, poukładany, taki harmonijny, nawet jakieś drobne rysy go uszlachetniają. Na szczęście rozmówca, psychoterapeuta Jacek Masłowski, mówi o tym nie jakim ojcem jest on sam, ale czym właściwie jest ojcostwo i dlaczego nie warto go nazywać tacierzyństwem.

W byciu tatą nie chodzi o naśladowanie matki przez ojca. Ojcostwo nie polega na powtarzaniu zachowań naszych partnerek. (...)Odnoszę jednak wrażenie, że szczytem tacierzyństwa jest zaprowadzenie dziecka do przedszkola czy odrobienie z nim lekcji w pierwszej klasie.

Jeszcze ciekawiej było przy wywiadzie z Maciejem Dowborem. Właściwie to nie, nie było ciekawie, przy pierwszej lekturze zwyczajnie mnie zirytowały niektóre rzeczy, które rozmówca wygaduje.

Jak patrzę na synów kolegów, to widzę, że jest przy nich dwa razy więcej roboty. Przez pierwszych siedem lat trzeba biegać, kolejnych siedem nie można zasnąć, bo człowiek zastanawia się, czy syn nie wysadził petardą kibla w szkole. A córeczka jest fajna, grzeczna, miła, przytula się, najwyżej rozpacza, że koleżanka ma ładniejszą lalkę. Myślę sobie, że przetrzymam ją do siódmego roku życia, a potem zagramy w Playstation, pokopiemy piłę, pójdziemy na tenisa. Ale zgodzę się z tym, że dla niej bijący się Ken z Kenem to nie jest najlepsza zabawa pod słońcem, bo ona uważa, że Kenowie mają być mili, grzeczni, podrywać i przynosić prezenty.

Rozumiem, że jest zdystansowany, ze rzuca te teksty na takim lekkim luzie, ale jakoś nie mogę tego słuchać, może zostałam zdemoralizowana w domu rodzinnym dostając Lego Technics od rodziców, a może wtedy, kiedy tata ustawiał mnie na bramce, gdy graliśmy w nogę? Oburzam się teatralnie, a przy akapicie o tym, że Maciej Dowbor wraz z narodzinami córki utracił bezpowrotnie szansę na zostanie backpackerem oburzam się teatralnie po dwakroć, oburzam się tak, jak tylko aktorzy teatru kabuki potrafią... ale i ten wywiad jest cenny. Choćby dlatego, że pokazuje, iż znany pan z telewizji (a zakładam, że tak może być właśnie kojarzony bohater tej rozmowy) nie dał się zwariować, nie posłał córki do prywatnego przedszkola z wykładowym niemieckim, nie zapisał na dziesiątki zajęć pozalekcyjnych, że stara się wygospodarować czas dla swojej pięcioletniej córki, mimo dość szalonego życia zawodowego.

Są jednak w tej książce rozmowy świetne i wartościowe pod każdym względem, albo - takie, w których rozmówcy mi zaimponowali, chociaż przysięgam, przy większości miałam ochotę iść i zapytać partnerek i dzieci, jak to właściwie jest z tymi ojcami (nie martwcie się, jeszcze częściej takie pytania pojawiają się, kiedy czytam wywiady z jakimiś matkami). Weźmy takiego Grzegorza Kasdepke. Część rodziców zapewne zna go jako autora całkiem udanych książeczek dla dzieci: o życiu, emocjach i niebezpieczeństwach w świecie młodych odkrywców. Z rozmowy z nim dowiedzieć się możemy o kulisach zawodu "autora książek dla dzieci" (co to za praca dla mężczyzny?) ale też o tym, kiedy właściwie poczuł po raz pierwszy, że prawdziwie kocha swoje dziecko, jak układał relacje z synem i byłą żona po rozwodzie.

Moje ojcostwo to proces uczenia się również siebie. Dorastania. To bieg za Kacprem, bo on jest moim nauczycielem. Mój autorytet polega na tym, że zawsze potrafię przyznać, że czegoś nie wiem, nie umiem, nie poradziłem sobie.

Cennym doświadczeniem było książkowe spotkanie z Szymonem Majewskim. Jak on się uchował w twardym medialnym biznesie ze swoim domatorstwem, ciepłem, ze swoim dwudziestodwuletnim, prezentującym się całkiem harmonijnie, małżeństwem i z dwójką dzieci, które sprawiają wrażenie zwyczajnych, dobrze ukształtowanych obywateli? Nie wiem. Jedna, krótka rozmowa to wciąż za mało, by odkryć jego receptę na taki stan rzeczy. Majewski tak ciepło mówi o swoich dzieciach, ich dorastaniu. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy czytam o jego reakcji na czułości, jakie jego, było nie było, dorosła już córka okazuje sobie z jej chłopakiem.

Pamiętam, jak robiłem Zosi pszczółkę - brałem na ręce i udawałem, że latamy, Antkowi też. Nagle się zorientowałem, że żadnego już nie dźwignę. A dziś Zośka ma chłopaka. Siedzieliśmy ostatnio w trójkę i coś oglądaliśmy. Ja patrzę, a on ją przytula. Normalnie nie mogłem tego znieść. Obcy facet dotyka moje dziecko! Udawałem, że nie widzę, zagrodziłem się ręką. Starałem się całym sobą nie pokazywać, że robi to na mnie wrażenie.

Budująca okazała się rozmowa z Tadeuszem Sobolewskim, krytykiem filmowym, ojcem dwóch córek, w tym dwudziestopięcioletniej Celi, która urodziła się z zespołem Downa. To rozmowa o tym, jak od depresji przejść do działania, o odnajdywaniu w sobie przestrzeni dla dziecka, które w oczach społeczeństwa nie jest ani piękne, ani mądre, jest "tym downem". Ta rozmowa jest po prostu świetna. To także opowieść o przemianach - tych wewnętrznych, ale i zewnętrznych, które zaszły przez ostatnich 25 lat. O szkołach - ich gotowości lub jej braku na dzieci z trisomią, o tym, jak ludzie z zespołem Downa potrafią odnajdywać się w codzienności.

Są wreszcie w książce "Jestem Tatą!" wywiady, które dotyczą wszystkich nas, dalekie od osobistych opowieści, jednocześnie uniwersalne - na przykład ciekawa dyskusja z Ryszardem Petru - przewodniczącym Stowarzyszenia Ekonomistów Polskich, prywatnie ojcem dwóch nastoletnich córek. To rozmowa o przeszłości, wiedzy bezużytecznej i przydatnych na rynku pracy umiejętnościach. O urlopach tacierzyńskich też.

Musi nastąpić zmiana generacyjna zarówno w polityce, jak i w biznesie. Ci, którzy ukształtowali się w komunie, tkwią w niej mentalnie, są zakorzenieni w starym, patriarchalnym sposobie myślenia. Dla młodego, bardziej europejskiego pokolenia urlopy tacierzyńskie (i nie tylko) mogą stać się naturalne. Ważne jest, by urlopy te nie były promowane w formie agresywnej (...) ani w formie feministycznej, że kobiety zmuszają mężczyzn do brania tych urlopów. Bo wtedy odebrane jest to jako skrajność, a nie coś naturalnego. Jeszcze raz powtórzę: przykład musi iść od góry. Jest paru młodych ministrów i od nich należałoby zacząć. Przydałoby się wsparcie celebrytów, bo z badań wynika, że dla Polaków właśnie oni są największymi autorytetami.

Zamykająca antologię rozmowa z Janem Hartmanem może mieć największy ciężar. Ojciec nastolatki, filozof, opowiada o zmianach społecznych, o tym, kim właściwie jesteśmy jako gatunek ludzki, o degradacji instytucji małżeństwa i nowej roli ojców we współczesnym świecie. Mówi ciekawie, momentami może nawet kontrowersyjnie, zasiewa jakieś ziarno wątpliwości, które kiełkuje na długo po skończeniu lektury. Z całej antologii zaś wyłania się ciekawy obraz ojcostwa - niekoniecznie nowoczesnego, ale odmiennego od obowiązujących jeszcze trzy dekady temu norm. Mam też poczucie, że jest to model ojcostwa dość elitarny, model, który chętniej przyjmą wielkomiejscy rodzice - tym bardziej poleciłabym tę książkę facetom, którzy nie są z tego elitarnego świata.

Jestem TatąJestem Tatą!