Każde dziecko jest naukowcem - wywiad z Tomaszem Rożkiem, autorem książki "Kosmos"

O tym, że czasem odpowiedzią na pytanie o naturę Wszechświata może być formułka "nie garb się", o czarnych dziurach i kosmicznych spływach, rosnącej Islandii i o tym, czy można policzyć gwiazdy nad naszymi głowami opowiada fizyk, dziennikarz, autor książek naukowych dla młodzieży i ciekawych świata dorosłych, Tomasz Rożek.

Pana dzieci są ciekawe świata?

TOMASZ ROŻEK: Tak, są otwarte i chcą wiedzieć, ale wszystkie dzieci takie są. My - dorośli - często nie chcemy odpowiadać na pytania, bo jesteśmy zmęczeni, bo nie znamy odpowiedzi, bo jest milion innych powodów. Cały system szkolnictwa jest taki. Jeśli mielibyśmy mówić o sukcesach edukacji, być może jednym z największych jest to, że się zabija ciekawość. Dziecko pytające, to dziecko kłopotliwe. Ja mogę to zrozumieć. Mając trzydziestoosobową klasę nie można sobie pozwolić na to, by każdy zadawał pytania. To nie jest wina nauczyciela, to nie on bierze sobie trzydziestu uczniów do klasy. Gdyby klasy były dwunastoosobowe, to historia wyglądałaby zupełnie inaczej, być może nie byłoby mowy o tym zabijaniu ciekawości. Tymczasem to się dzieje. U niektórych dzieci udaje się to zrobić wcześniej, u innych, mimo naszych usilnych prób nie udaje się tego zrobić długo. Każde dziecko rodzi się naukowcem - rodzi się ciekawe świata i chętne, by docierać do źródła.

Jak w takim razie udało się panu ocalić ciekawość świata?

Nie wiem, może dlatego, że nie byłem specjalnie lotnym uczniem, ale nie dlatego, że nie potrafiłem zrozumieć, tylko mi się nie chciało. Miałem niesamowite szczęście do nauczycieli w liceum. W podstawówce niewielu dorosłych było w stanie przekonać mnie, że warto się uczyć. Ja sam uważałem, że nie jest mi to do niczego potrzebne. Wszystko zmieniło się w liceum, właśnie dzięki pedagogom, którzy umieli znaleźć czas dla uczniów i ich pytań, mimo że klasa była liczna. Czyli da się. Wiem, że to wymaga wysiłku, że to jest zajęcie źle płatne, ale są tacy, którym się chce. Wtedy możemy powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że wychowujemy nowe pokolenie.

Najtrudniejsze pytanie, jakie pan usłyszał brzmi...

Takich pytań jest wiele. Zadają je dzieci, bo dorośli wolą siedzieć cicho. Te pytania są jak ćwiczenia na strzelnicy, szybkie i celne, wymagające natychmiastowej, dynamicznej reakcji. Zaskakujące, inspirujące i wymagające bardzo syntetycznego myślenia. Najlepsze zaś jest to, że dzieci zadają te pytania bez przekonania, że pewne rzeczy wypada, a innych nie, że coś jest możliwe lub nie. Jeden z fizyków powiedział, że uwielbia pracować z doktorantami, którzy nie ukończyli studiów z fizyki, bo oni jeszcze nie wiedzą, że pewne rzeczy są niewykonalne. Jeśli dziecko przez szereg lat słyszy w szkole, że największą prędkością jest prędkość światła, być może w dorosłym życiu nawet nie sprawdzi, czy jest inaczej. Mówienie w taki sposób o świecie zawęża nasze pole widzenia. To brzmi jak: "tym się nie zajmuj, bo do niczego nie dojdziesz". W historii nauki wielokrotnie bywało tak, że ludzie zajmowali się jakimiś tematami, mimo, że środowisko im odradzało. Nagle się okazało, że jest wprost przeciwnie. Przez to, że jacyś przekorni naukowcy weszli na teren omijany przez innych, odkrywali całe mnóstwo ciekawych zjawisk.

Jedni zapuszczają się w wyklęte rewiry nauki, inni po prostu ruszają w kosmos. Czy to właśnie od niego zaczęła się pańska fascynacja nauką?

Kosmos przyszedł później, ale obok genetyki i neurobiologii jest czymś, co trzyma mnie w stanie ciągłego zainteresowania nauką.

Jest też dobrym tematem na książkę, która mogłaby zaciekawić dzieci?

Na pewno jest czymś, co każdy z nas widzi, tak jak każdy może się czuć zafascynowany oglądając gwiazdy nocą. Naturalnie pojawiają się pytania skąd się wzięły gwiazdy, ile ich jest, czy to się da policzyć? Czy to jest duże, czy to jest małe? Ja staram się te informacje porządkować i oswajać, bo jak się gdzieś tam podrąży głębiej, to okazuje się, że kosmos jest przerażająco duży, jest też przerażająco pusty, mimo całego ogromu obiektów. Staram się to porządkować i opowiadać o rzeczach nowych, o których szkoła nie wspomina.

Kosmos jest czymś, co nieustannie odkrywamy na nowo?

Tak, nasza wiedza na temat kosmosu się poszerza, ale to też jest ciekawe, bo kolejne doniesienia nie przeczą tym poprzednim. Często się mówi, że nauka rozwija się przez rewolucję, że kolejne badania przeczą tym poprzednim, wyrzucamy więc stare podręczniki, drukujemy nowe i czekamy na kolejną rewolucję. W nauce to jest niezwykle rzadka sytuacja, od wielu lat nie dochodzi do takich rewolucji jak Przewrót Kopernikański, ale być może do tego dojdzie. To oczywiście bardzo ciekawe momenty w nauce, najczęściej jednak odkrywając świat do mapy naszej wiedzy doklejamy po prostu nowe wyspy.

Co było impulsem do napisania takiej książki jak "Kosmos"?

Chciałem napisać książkę o skalach we wszechświecie, starać się uzmysłowić jak to wszystko jest duże, jak jest daleko od siebie, jak bardzo gwiazdy są większe od planet i jak bardzo galaktyki są większe od układów słonecznych. Mówiąc o tym myślałem o całym spektrum - od rzeczy największych w kosmosie, do tych najmniejszych, czyli do cząstek. Pracując, zdałem sobie sprawę, że albo potraktuję temat bardzo powierzchownie, albo ta książka będzie miała 1500 stron. Pojawił się trzeci pomysł, by podzielić całość na trzy części: pierwszy tom o rzeczach większych od człowieka, drugi o człowieku, a trzeci o rzeczach mniejszych od nas. Ta ostatnia koncepcja zwyciężyła. Warto zauważyć, ze zależy mi też na tym, by moje książki były dobrze ilustrowane.

Szata graficzna to pierwsze, co się rzuca w oczy i przyciąga uwagę w pana książkach. Jest wyjątkowa. Żaden dorosły, któremu pokazywałam ten "Kosmos" nie pozostawał obojętny.

Ja nie widzę niczego złego w tym, że lepiej odbieramy obraz niż tekst. Mówi się o tym w kontekście jakiegoś uwstecznienia, że dzisiejsze gazety mają więcej zdjęć, a mniej tekstu. Nasz mózg ewolucyjnie przystosowany jest lepiej do odbierania obrazów, a nie tekstu. Słowem pisanym zajmujemy się od niedawna. Zależało mi na tym, by w książce znalazło się jak najwięcej zdjęć, także dlatego, że jeden obraz wart jest często tysiąc słów. Poza tym, zdjęcie lub rysunek umożliwia osobistą interpretację. Dwie osoby mogą w nim widzieć coś innego, zwrócić uwagę na inny detal. Ja nie chcę mojemu czytelnikowi narzucać mojej interpretacji, dlatego zamiast opisywać jak wygląda powierzchnia Marsa, wolę dać jej fotografię. Oczywiście wyjaśniam też, dlaczego Mars jest czerwony, a nie żółty jak Sahara. Dlaczego tam jest woda, albo tej wody nie ma...

Ten Ten "Kosmos" trudno przeoczyć. wyd. WAB

Pański czytelnik jest wymagającym odbiorcą, trzeba być niesłychanie logicznym i uporządkowanym, by móc mu o czymś opowiadać, prawda?

Tak, każda nielogiczność jest natychmiast wychwytywana, każda próba ściemniania, błądzenia, lania wody jest zauważona. Dorośli przechodzą obok takiego krętactwa bez wzruszenia, dziecko - nigdy. Dzieci będą drążyć, chyba, że dojdą do wniosku, że ten facet nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Mnie zależy na tym, by dziecko poczuło się poważnie traktowane, by jego pytania nie były odbierane pobłażliwie i protekcjonalnie. Ostatnio zdarzyła mi się taka sytuacja na jednym ze spotkań autorskich, chłopczyk zapytał jak działają gwiazdy. Już chciałem zacząć odpowiadać, kiedy dodał: "bo kiedy spytałem o to mamę, odpowiedziała mi: nie garb się!" i tak to trochę działa: "nie gadaj przy jedzeniu!", "przy stole nie będziemy o tym dyskutować!", a znaczy to mniej więcej tyle, co "nie mam zielonego pojęcia". Zależy mi także na tym, by dorośli czuli się jak dzieci, ale w dobrym tego słowa znaczeniu - by chcieli i mogli zadawać pytania, które są pozornie oczywiste, by zapamiętali, że nie ma głupich pytań.

Czytając trochę się tak poczułam - w zasadzie to jakoś mimo lat edukacji uszło mojej uwadze, że Islandia się powiększa, że kontynenty wciąż tak bardzo się przemieszczają.

A Afryka naciera na Europę.

Teoretycznie wydaje się to logiczne, przecież wiemy ze szkoły, że to się zaczęło dawno temu, ale w praktyce nam to umyka!

I teraz wreszcie zaczynamy rozumieć skąd te trzęsienia ziemi. Zdajemy sobie też sprawę, że świat nie zatrzymał się na tym etapie, który znamy ze szkoły. To nie jest też tak, że moja książka podaje jakieś rewolucyjne, nieznane dotąd fakty, niepublikowane wyniki badań, z których wynikają rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. To nie jest tego typu książka. To książka, która ma pewne rzeczy uporządkować, zatkać dziury w wiedzy, pozwala łatwiej zrozumieć otaczający świat, oswoić z dużą ilością słów i stwierdzeń w mediach. Często się pojawia hasło "czarna dziura". Kiedy mówię dzieciom o czarnych dziurach to tak, jakbym im mówił o Harrym Potterze, magia, tajemnica, fascynacja. Czy jest tam ta dziura, czy nie, czy wpada tam ,światło, czy nie wpada? Każdy mniej - więcej wie, o co w tym chodzi, natomiast ja staram się wytłumaczyć, skąd się wzięły czarne dziury. Jakie są konsekwencje tego, że w środku naszej galaktyki jest coś takiego, że kiedy tam wpadniemy, to znikniemy. Ta książka nie jest bajką dla dzieci, to raczej rzecz dobra dla uczniów kończących naukę w szkole podstawowej, dla gimnazjalistów, dla ludzi, którzy są zainteresowani tematem i nie boją się pytać. Dla tych, którzy patrzą w rozgwieżdżone niebo i zastanawiają się, czy te gwiazdy da się policzyć? Da się i ja podaję na to sposób.

Łatwiej jest być dziś naukowcem teoretykiem, niż praktykiem?

To nie jest kwestia tego, kim łatwiej zostać, czy którą z tych gałęzi łatwiej uprawiać. Decyzja, czy zostaje się teoretykiem czy praktykiem, ma chyba jakiś związek ze stanem umysłu. To zupełnie innych rodzaj uprawiania nauki.

Tomasz RożekTomasz Rożek

Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest mówienie o skomplikowanych sprawach w prosty sposób, czy to jest dla Pana wyzwanie?

Wielokrotnie tak jest. Mam wrażenie, że w wielu przypadkach, trudny, hermetyczny język, wynika z tego, że osoba opowiadająca sama nie do końca rozumie o co chodzi. Specjalistyczne słowa to rodzaj parawanu, ubezpieczenia - "nikt mnie nie zapyta o to, bo nikt i tak nie rozumie o co chodzi, ja też tego nie rozumiem, ale jestem ekspertem, będę więc udawał, że jestem tu najmądrzejszy". Nikt się nie odezwie, bo nikt nawet nie będzie umiał powtórzyć. Tymczasem na moich spotkaniach nie jest bezpiecznie. Ja też nie mam problemu z tym, by powiedzieć "nie wiem". To nie jest tak, że nauka zna odpowiedzi na wszystkie pytania, bardzo często po prostu nie wie.

Czy książka była testowana na dzieciach?

Fragmentami tak. Głównie była testowana przez redaktora. Niektóre z cytowanych w niej rozmów są inspirowane, lub niemal całościowo spisane z życia - czy to domowego, czy spotkań z czytelnikami.

Pisząc o kosmosie miał pan okazję wstać od komputera i ruszyć w ten kosmos?

To trudne pytanie, albo inaczej - to łatwe pytanie, ale odpowiedź jest trudniejsza. Opisywane przeze mnie rzeczy interesują mnie od lat. Jest tu na przykład fotografia z Chile, gdzie byłem ponad dwa lata temu. Tam są największe obserwatoria astronomiczne. To nie tak, że pojechałem tam z powodu tej książki, to raczej dzięki temu, że podróżuje po całym świecie, byłem w stanie napisać tę książkę.

Pamięta pan najbardziej "kosmiczny" widok w swoim życiu?

Takich widoków było całkiem sporo. Kosmicznych dosłownie i w przenośni. W Chile i w Australii byłem zachwycony nocnym niebem. Na półkuli południowej niebo jest inne niż u nas. Na środku chilijskiej pustyni Atakama nie ma sztucznych źródeł światła. Nie ma też chmur. W efekcie Drogę Mleczną widać tak, jak gdyby jakiś grafik stworzył obraz w Photoshopie. Ale kosmiczne widoki można spotkać także w czasie spływu kajakowego na Pojezierzu Drawskim, czy w Tatrach.