Tacierzyństwo. A nie mógłbym być po prostu ojcem?

Mężczyzna Inaczej postanowił wzbogacić nasz wielogłos i w Dniu Ojca opowiedzieć o tym co się dzieje, gdy programista zostaje ojcem. Programowo złym.

Zacznijmy od tego, że jestem złym ojcem. I nie mówię tego z przekory, by za chwilę udowodnić, że jest inaczej. Mam świadomość, że istnieją ci wspaniali ojcowie - znak naszych czasów. Tacy, którzy chcą od początku życia potomstwa uczestniczyć w nim i być jego istotną częścią. Oddać się cali tacierzyństwu. Ja się do nich nie zaliczam.

Pamiętam, że kiedy zapadła decyzja o posiadaniu dziecka - choć bardziej uczciwym byłoby powiedzieć, że Żona stwierdziła, iż najwyższa pora na dziecko - poczułem się tak, jakby nad Śródziemie nadpłynęły mroki Mordoru. Oto bowiem kończyła się niepowtarzalnie era swobody i nie było co liczyć, aby mali Hobbici dali radę ją przywrócić. Jedyne na co można było liczyć, to mali Hobbici. I tak się stało - przybyli dwaj (chwała USG za wczesne ostrzeganie - choć przeczuwałem w tej materii chichot losu). A właściwie - dwie.

Zderzenie z rodzicielstwem w pełnym wymiarze było totalnym szokiem. Ledwie pół metra od naszego łóżka stały dwa łóżeczka, a w nich kompletnie niekomunikatywne istoty.

Na szczęście los był sprawiedliwy (więc i ja mu te sprawiedliwość oddaję) i w okresie ciąży TV nadała dokumentalny serial "Zaklinaczka dzieci" z Tracy Hogg, nianią, która potrafiła okiełznać każde dziecko (i nie była to jakaś karnojeżykowa Uber Niania). Pochłaniałem ten serial na bezdechu (a kolejne CD zapełniała - na wszelki wypadek - jego treść), bo oto ktoś pokazywał mi patent na dzieci, ktoś darowywał mi algorytm (co dla mnie programisty było darowaniem raju) na kontrolę nad dziećmi. Zaraz też zaopatrzyłem się w książkę autorstwa tej pani, "Język niemowląt". Mojej Żonie przybywało w brzuchu, mnie przybywało w głowie. Nie wiedziałem jeszcze, jaki musiałbym mieć łeb, aby ogarnąć nadciągającą rzeczywistość.

 Oszczędna kreska - bogaty przekaz (tak nas widziała Pierworodna w 2009r.)Oszczędna kreska - bogaty przekaz (tak nas widziała Pierworodna w 2009r.)

Oczywiście była szkoła rodzenia, zaś w jej ramach sposób zajmowania się dzieckiem. Podejrzewam, że mnie przydała się bardziej niż Żonie (szczególnie ćwiczenia z lalką wielkości noworodka, bałem się że mogę takim maleństwom zrobić krzywdę). W planach był też - o zgrozo! - wspólny poród. Najbardziej obawiałem się w nim tego, co mogę zrobić z personelem, jeśli będę świadkiem cierpienia Żony. Bezsilność, jakiej mężczyzna doświadcza w takiej chwili, nie ma sobie równych. Jesteśmy stworzeni do działania. Jeżeli nie możemy wpłynąć na sytuację (choćby walić konarem w ziemię) - już po nas. I tu los znowu się do mnie uśmiechnął, bo moje córki ułożyły się w brzuchu w taki sposób, że trzeba było wykonać cesarskie cięcie (ten wariant porodu ucieszył też Żonę). Los jako bonus dorzucił jeszcze siedem dni pobytu Żony w szpitalu, gdzie miała ona o wiele lepsze wsparcie. Ostatnie siedem dni mojego dawnego życia. Dzieci zobaczyłem tuż po porodzie, pobyłem z nimi trochę na sali poporodowej, a potem przez owe siedem dni doglądałem podczas pobytów w szpitalu. I z każdym mijającym dniem rosło moje przerażenie, że to już, za chwilę, będę zdany na nie. Sam, bez żadnego wsparcia, bez możliwości wciśnięcia pauzy.

Zderzenie z rodzicielstwem w pełnym wymiarze było totalnym szokiem. Ledwie pół metra od naszego łóżka stały dwa łóżeczka, a w nich kompletnie niekomunikatywne istoty. Jedyne interfejsy, które dawało się jako tako obsłużyć to ten wejściowy (końcówkę butelki zakończoną smoczkiem włożyć w otwór gębowy, aby został odpowiednio zassany) oraz wyjściowy (tu bardzo pomocny okazał się stosowny zasobnik i odpowiednie wyposażenie do pozyskania pozostałości uzyskanych rezultatów). Bezsilność i brak wpływu na rzeczywistość, których udało mi się uniknąć w przypadku porodu, teraz uderzyły z (dokładnie) podwójną siłą. W pewnym momencie, nie wiedząc co też owo stworzenie może chcieć, nie dałem rady i zwyczajnie się rozpłakałem. Przyrzekłem sobie, że to pierwszy i ostatni raz. W dotrzymaniu tego przyrzeczenia bardzo pomocna okazała się metoda wspomnianej wcześniej Tracy Hogg. Z uporem godnym lepszej sprawy zapisywałem w stosownej tabelce godziny istotnych zdarzeń (np. karmień). W ten sposób powoli zacząłem kontrolować, co też dziewczyny swoim płaczem komunikują. Życie nie stało się może idyllą, ale przestało być gehenną. Czy były pozytywne chwile? Tak, chociażby nocne karmienie (mimo że byłem "ledwo ciepły").

Nie obudziły się we mnie jakieś instynkty tacierzyńskie. To była prosta kalkulacja. Gdyby dziećmi zajmowała się jedynie Żona, to szybko mogłaby zejść z tego świata.

Córki - szczególnie jedna z nich - niespecjalnie chciały ssać pierś. Po kilku nocach, podczas których właśnie ona urządzała piekło z powodu głodu, na pierwsze jej mruknięcie wstawałem niczym Drakula z trumny (z poziomu do pionu w sekundę) i gnałem do kuchni podgrzewać mleko. Zdążałem akurat w momencie, kiedy otwierała buzię, by wszem i wobec, jednoznacznie zakomunikować, że obsługa jest ślamazarna i nie dba o klienta. Zwisając nad nią z poręczy łóżeczka uwielbiałem patrzeć jak w ciszy je. W ekstazę wprawiało mnie, kiedy tuż potem zasypiała - to oznaczało bowiem także mój sen. Tak w miarę upływu czasu stałem się mistrzem w karmieniu, przewijaniu i innych istotnych w opiece nad dziećmi czynnościach. Rzecz w tym, że wcale mnie to nie rajcowało. To nie były umiejętności, które chciałbym posiąść. Co gorsza, te które chciałem i powinienem posiąść były wówczas nieosiągalne, co rzutowało na pracę.

Gdyby ktoś zaczął dociekać skąd brałem motywację, aby zajmować się tymi wszystkimi czynnościami związanymi z dziećmi, niech nie zakłada, że obudziły się we mnie jakieś instynkty tacierzyńskie. To była prosta kalkulacja. Gdyby dziećmi zajmowała się jedynie Żona, to szybko mogłaby zejść z tego świata. Perspektywa zostania samotnym ojcem z dwójką niemowląt, była wystarczającym bodźcem do działania. Perspektywa dodatkowa - ewentualna pomoc samotnemu ojcu przy dzieciach ze strony Teściowej sprawę przesądzała. (To oczywiście żart, moja Teściowa jest super, gdyby nie jej pomoc myślę, że oboje moglibyśmy się postarzeć o 20 lat - naprawdę; Teściowo dzięki).

Tu mała dygresja, a właściwie reminiscencja. Niemowlaki to takie kadłubki: przenosiło się toto z miejsca na miejsce, wkładało do wózka, woziło, modląc by spały. Śliniły się, machały epileptycznie rączkami, miały nieobecny wzrok. Nie można było z nimi pogadać na interesujące tematy: czy to o złożoności wszechświata, czy o programowaniu, czy o literaturze lub polityce. Regularnie płakały, choć trzeba przyznać, że w pewnym momencie zaczęły się także uśmiechać na dźwięk mojego głosu. Był to miły akcent, ale nic więcej.

Taka dola współczesnego ojcaTaka dola współczesnego ojca

Skoro wspomniałem o spaniu - to był mój Święty Graal. Każda godzina ich snu, to była godzina dla mnie. Godzina wytchnienia, choć ze stresującą świadomością, że z byle powodu może się niespodziewanie skrócić. Po prostu się obudzą! I zaczną płakać! Dlatego moje oczy były pełne mordu, kiedy jadąc wózkiem na spacer mijałem rozwrzeszczane dzieci i wołające je matki. Byłem gotów rozszarpać każdego, kto emitował niepotrzebny hałas. Gnałem więc z wózkiem czym prędzej do enklaw spokoju, jak choćby lasek Lindego lub Bielański (parki niestety to najbardziej hałaśliwe miejsca). Tam, celebrując każdą chwilę czytałem książki (Dukaj dziecko, Dukaj), nawet te programistyczne, choć świadomość wożenia w wózku akustycznej bomby zegarowej skutecznie uniemożliwiała mi skupienie się nad czymś bardziej złożonym niż beletrystyka.

Kupiłem sobie też płaskoklawiszową, cichutką klawiaturę i myszkę, która nie klikała. Używane dotychczas powodowały bowiem czujne pomruki z sąsiedniego pokoju. I choć moja praca na komputerze w jedynych, wieczornych chwilach czasu dla siebie, była bezgłośna, nie potrafiłem pozbyć się przesadnej czujności (bo a nuż się obudzą). Nie sprzyjało to efektywności. Pewnego dnia, w moim rodzinnym mieście, stojąc wózkiem nieopodal remizy strażackiej usłyszałem ryk syreny. Porzuciłem wszelką nadzieję i posypałem solą rany. A one? Jak na złość nie obudziły się. Dlatego, że ich sen nie dawał mi w tej chwili żadnej korzyści. Więc po prostu spały. Na złość. Małe żmijki.

Kiedy dzieci kończą dwa lata, podobno wychodzi się na prostą. Podobno. Moje obecnie mają dziewięć i nie wiem gdzie ta prosta. Za to wiem gdzie prostata - pan doktor pokazał.

Skoro wspomniałem o spacerach, wspominając o spaniu, to napomknę jeszcze o kwestii wózków. Drodzy producenci! Ojcowie chodzą na spacery. Ojcowie są często słusznego wzrostu. Może pora więc, aby rączki wózków dały się podnieść na wysokość powyżej męskiego pasa? Nie macie pojęcia jak bolą palce ułożone w znak V kiedy pcha się opuszkami wózek z bliźniaczkami w środku. Po co? Po to tylko, by zachować wyprostowaną sylwetkę (powinienem was pozwać za dyskopatię).

Brnąc w dygresje... Skoro już tak spektakularnie zasygnalizowałem dbanie o moje prawa i interesy, to jeszcze jedna kwestia. Pozostawanie przez pół roku poza nurtem w zawodzie programisty, prowadzi do tego, iż okazuje się, że po tymże (nurcie oczywiście) nie pływają już jak niegdyś kajaki. Nic nie pływa - to obecnie jest passe. Teraz dokonuje się teleportacji (a co, taki mamy skok technologii). To jest m.in. powód, dla którego nadal gonię peleton, choć miałem koszulkę lidera.

Kiedy dzieci kończą dwa lata, podobno wychodzi się na prostą. Podobno. Moje obecnie mają dziewięć i nie wiem gdzie ta prosta. Za to wiem gdzie prostata - pan doktor pokazał. Palcem. Bezpośrednio.

Na przestrzeni tych lat zaczęły mówić, co przyjąłem z radością, która jednakże trwała krótko. Początkowo bowiem nie bardzo rozumiałem, co mówią. Kiedy już zacząłem rozumieć, natychmiast zacząłem tego żałować. Doszło do tego, że zatęskniłem za czasami, kiedy nie mówiły. Że wtedy płakały? Teraz też płaczą, a powód tego płaczu jest jeszcze mniej oczywisty, a bardziej irytujący niż wówczas.

Nie miałem wcześniej bladego pojęcia, jak trudne może być wytłumaczenie rzeczy elementarnych. Obwód kwadratu? Obwód prostokąta?

Faktem jest, że kiedy zaczęły trochę jarzyć, można było jakoś zająć im czas, bez bezpośredniego angażowania w to siebie. Nie szkoda było nawet własnego laptopa i inwestycji w przenośny dysk, na którym zmieści się cały dorobek animacyjny XX i XXI wieku. (Tu drobna wskazówka dla współtowarzyszy niedoli: "Lilo i Stich" to nie jest bajka dla dzieci poniżej 5-tego roku życia. Przynajmniej nie dla wszystkich. Jednej się podobało ale za drugą Żona chciała mnie powiesić - wiadomo za co).

Choć minął czas, to stare problemy zastąpiły nowe. Nie miałem wcześniej bladego pojęcia, jak trudne może być wytłumaczenie rzeczy elementarnych. Obwód kwadratu? Obwód prostokąta? Dodawanie pisemne, odejmowanie pisemne? Wynik zapala się w mojej głowie automagicznie. Dla nich to kosmos. Po 10 minutach tłumaczenia, następnie szukania sposobu wytłumaczenia w inny sposób "nad miastem wschodził chmurny gniew". Zresztą o czym ja tu, przecież: "nie wiesz tato, że Zayn z One Direction płakał" (no tak, co tam obwód prostokąta kiedy trzeba liczyć łzy Zayna).

Etap szkolny - nie robi się łatwiejEtap szkolny - nie robi się łatwiej

Największa trauma: choroby. Tej rzeczy nigdy nie będę w stanie ogarnąć. Kiedy ja jestem chory, to wiem, że muszę to jakoś przetrzymać. Nie należy to do przyjemnych rzeczy (poza tym, ja jestem chory dopiero, gdy nie mogę się zwlec rano z łóżka). Jak one są chore, to mam ochotę dać dyla. Przez bezsilność. Nie jestem w stanie patrzeć, jak lecą przez ręce, a nie istnieje sposób, aby im ulżyć. Jak targają nimi wymioty, albo kaszel. Przepraszam, czy może się jednak ktoś inny tym zająć? Rzecz w tym, że przez pewien czas tylko ja mogłem zostawać w domu z dziećmi. Nigdy więcej!

Pamiętam taką sytuację, kiedy jedna z córek, tuż przed pójściem do przedszkola zwymiotowała tuż za drzwiami mieszkania, na klatce schodowej. Rzeczywistość tak mi się przestawiła, że ogarnąłem dziecko, sprawdziłem, że już jej lepiej, ogarnąłem klatkę do czysta, sprawdziłem jeszcze raz, że jej przeszło (po pawiu - jak nowo narodzona), ze świadomością spóźnienia do pracy zabrałem do przedszkola (gdzie cały dzień minął jej na wspaniałej zabawie) i po pięciu godzinach w pracy zorientowałem się, że zostawiłem otwarte mieszkanie z kluczem w drzwiach. Nie, to nie jest na chłopski rozum!

Może kobiety chcą się dać zwariować ułudą super matki. Ja nie. Tak naprawdę dzieci nie są dla mnie najważniejsze. Owszem, są ważne, ale nie najważniejsze.

Kolejna, trochę mniej ekstremalna trauma, to sytuacja typu: jesteśmy w przedszkolu, dziewczyny przebrane, kapcie na nogach, podchodzimy do ich sali i w tym momencie jedna z nich oświadcza płaczliwym głosem "tato ja nie chcę zostać w przedszkolu". Rany! Facet, przecież ty nigdy nie negocjowałeś. Albo dawałeś w mordę, albo dawałeś drapaka. A teraz masz to małe dziewczę przekonać, że ma akurat gorszy dzień, taki nastrój i w przedszkolu będzie naprawdę fajnie (a w głowie zamiast pomysłów, świadomość nieubłagalnie mijających minut powiększających spóźnienie do pracy).

Istnieją TACY ojcowie. Ojcowie roku i zajetatusiowie. Ogarnianie dzieci mają w małym palcu lewej nogi. Moja żona często ich spotyka. Nie mam wątpliwości, że rzeczywiście są takowi. To dzięki nim i dla nich ukuto termin tacierzyństwo. Zdaję sobie jednak sprawę także i z tego, że istnieją również zwykli ściemniacze. Mając do czynienia z atrakcyjną kobietą gotowi są wcisnąć każdy kit, byle tylko zyskać w jej oczach. Zdaję sobie także sprawę z tego, że pewne sytuacje, które kwalifikują danego mężczyznę do miana wspaniałego ojca nie przesądzają o jego ojcostwie jako takim, że są ekstrapolowane na całość jego ojcowskiej roli. Niemniej, z tymi rzeczywistymi ideałami nie mam szans. Rzecz w tym że wcale nie chcę z nimi konkurować. Może kobiety chcą się dać zwariować ułudą super matki. Ja nie.

Czy kocham swoje córki? Oczywiście, bezgranicznie i bezapelacyjnie. Tylko, że nie tak jak kocha kobieta.

A to dlatego, że tak naprawdę dzieci nie są dla mnie najważniejsze. Owszem, są ważne, ale nie najważniejsze. Co więcej - bywają niesamowicie irytujące. Byłem nawet z tym dysonansem u Pani Psycholog. Zamiast pomóc - przyznała mi rację...

Może to nie brzmi politycznie poprawnie, ale od robienia czegoś z dziećmi wolę robić coś dla nich. Ot, choćby zadbać o ich byt. Albo ściągnąć jakiś film (np. bajki albo teledyski One Direction z YouTube). Choć bardzo bym chciał, zeby było inaczej, to jestem w stanie spędzić z nimi godzinę. Czasem więcej, o ile oglądamy wspólnie jakiś film, albo jesteśmy na spacerze lub przejażdżce rowerowej. Tęsknie za nimi w pracy i myślę o nich. Cieszyło mnie, kiedy jako małe berbecie witały mnie w progu. Rzecz w tym, że po pracy mam mnóstwo innych, bardzo ciekawych zajęć. Więc choć ten niedostatek czasu dla nich jest dla mnie frustrujący, to nie chciałbym spędzać go z nimi na siłę. To nie byłoby uczciwe.

Czy kocham swoje córki? Oczywiście, bezgranicznie i bezapelacyjnie. Tylko, że nie tak jak kocha kobieta. Poświęciłbym dla nich życie. Zabiłbym bez mrugnięcia okiem każdego, kto chciałby im zrobić krzywdę. Mam zamiar je chronić i wspierać póki starczy mi sił.

Jestem ojcem. Jestem samcem. Moi poprzednicy przyjmując strategię ochrony potomstwa zapewnili przetrwanie tak jemu, jak i wszystkim kolejnym pokoleniom, które tę strategię kontynuowały. Ci którzy zajmowali się tacierzyństwem nie przetrwali, ale teraz właśnie dzięki tej strategii, której efektem jest także cywilizacja, mogą sobie na tacierzyństwo pozwolić. Dlatego choć wiem, że trend jest obecnie taki, a nie inny, ja jednak wolałbym pozostać ojcem - tym w starym wydaniu. Inne zachowanie w moim przypadku byłoby oszustwem.

* Mężczyzna Inaczej - nasz stały czytelnik. Urodził się z fochem i przez całe życie w nim specjalizował. Dokumentują to liczne zdjęcia, na których stoi plecami do obiektywu (i wszystkie te, na których go nie ma). Ma fioła na punkcie wieloznaczności. Choć sporo kwestii postrzega zwyczajnie, to widzi je też inaczej. Jak każdy mężczyzna nie rozumie kobiet i dlatego właśnie panoszy się w kobiecym serwisie.

Więcej o: