Feministki na randce, czyli 10 najpopularniejszych wymówek współczesnych singielek

Moja przyjaciółka singielka powtarza frazę "wszyscy faceci są tacy sami" jak mantrę. Tacy sami, bo nie płacą za kolację, nie przepuszczają w drzwiach, nie obiecują wyłączności i rzadko odpisują na SMS-y. Witajcie w świecie singielek-feministek AD 2014. Jak w nim przeżyć i nie zwariować?

Spotykam się z moimi przyjaciółkami singielkami na mieście. Podczas gdy ja łakomie i rześko wciągam wielką pizzę, one wolno sączą wino. I obserwują. Są tu "w interesach". Każdy z odzianych w garnitur bankowców, finansistów i prawników może stać się łatwym łupem. Bo to one tu rządzą. Pewne siebie, silne, zdeterminowane. Feministki, które chcą znaleźć mężczyznę na miarę swoich możliwości. Równie pewnego siebie, równie silnego, równie zdeterminowanego.

Gdy miałam 14 lat, oglądałam 30-letnią Ally McBeal i myślałam, że nigdy nie znajdę sobie chłopaka. Niekończące się serie nieudanych randek i drinki z przyjaciółkami, przetykane "robieniem kariery". Tak wyobrażałam sobie seks i sukces w wielkim mieście. Dziś chyba wszystkie zastanawiamy się, jak wyważyć proporcje między miłością a słabością, feminizmem a zaciętością, samotnością a zatraceniem. Czy jeśli uważamy się za feministki możemy flirtować, kokietować, ściemniać? Czy cały ten gender odebrał nam prawo do bycia traktowanymi jak księżniczki? Czy możemy kogoś zaprosić na randkę i na Facebooka? Czy na Tinderze znajdziemy miłość, czy tylko przygodny seks? I przede wszystkim - jak mamy szybko ocenić potencjalnego kandydata i udowodnić przed samą sobą, że nie jest mizoginem, szowinistyczną świnią i zwyczajnym idiotą.

Zawsze możemy jeszcze przeprowadzić lekki autosabotaż. Oto lista wymówek, które słyszę od moich przyjaciółek singielek, ilekroć próbuję namówić je na spontaniczne ryzyko i zdrową dawkę naiwności. Wymówek, które podobno tłumaczą dlaczego te pewne siebie, samoświadome i silne dziewczyny są same.

Nie każdy ma potrzebę kontaktu Nie każdy ma potrzebę kontaktu

"Chcę być zawsze górą"

Wiadomo, w miłości i na wojnie... Ale intryg, które knują moje przyjaciółki, Napoleon by nie wymyślił. "Ja tam przyjdę o 21, usiądę z Markiem, zacznę z nim flirtować, żeby jak On wejdzie, był superzazdrosny". "Poprosiłam Kasię, żeby do niego zadzwoniła i podała się za jego byłą. I wiesz co? Dał się nabrać!". "Powiedziałam mu, że mi nie zależy, żeby sobie czegoś nie pomyślał. Zrobiło mu się smutno. Widziałam, bo wrzucił na Facebooka naszą wspólną piosenkę". Pułapki: "muszę mu pokazać, że jestem silna, żeby nie pomyślał, że jestem słaba", możemy uniknąć. Wystarczy nie przekombinować. Bo w naszym gąszczu planów, strategii i taktyk, on poczuje się jak szeregowiec zdany na łaskę generała, a nie silny facet u boku silnej kobiety.

"Po co mam próbować? Znowu będzie tak samo" wymiennie z "Jeszcze nie spotkałam Tego Jedynego"

I będzie jak z Jaśkiem, który w naszą rocznicę na moich oczach całował się z moją przyjaciółką. Jak z Antkiem, który pojechał na wakacje ze swoją mamą, mimo że wykupiłam nam romantyczny urlop na Krecie. Albo jak z Grzesiem, który, no cóż, "pożyczył" ode mnie kilka tysięcy i tyle go widzieli. Uczymy się na błędach i tak powinno być. Ale nigdy nie jest "tak samo", tylko zawsze inaczej. A przecież feministki się nie poddają. I uczą na swoich i cudzych błędach.

"Nie ma chemii" wymiennie z "To nie mój typ"

Czytaj: jeszcze się z nim nie przespałam, ale specjalnie nie mam ochoty. Albo: jest dla mnie trochę za brzydki. Albo: za bardzo przypomina mojego brata. Albo po prostu: kijem przez szmatę... "Chemia", czymkolwiek właściwie jest, to podstawa. I nie chodzi tylko o poznanie organoleptyczne, dotyk i tfu, tfu, penetrację. Raczej o ten błysk w oku. Albo jest albo go nie ma. Ale tym feministki różnią się od dawnych dam w opałach, że próbują. Wszystkiego. I może się przekonają. A może nie. Ale dyskwalifikowanie w przedbiegach to chyba raczej domena romantycznych pensjonarek, a nie świadomych siebie singielek.

"Chcę faceta! Jakiegokolwiek"

Dlatego biorę koszykarza o wzroście 160 cm w kapeluszu. Prawnika, który jeszcze nie napisał magisterki. Sąsiada, który piecze całkiem niezłe ciasta. Brata kumpeli, który niedawno skończył gimnazjum. Jasne, możemy przebierać w facetach jak w ulęgałkach i nie być określane brzydkimi słowami. To bardzo przydatna zdobycz feminizmu. Ale to nie znaczy, że Tego Jedynego szuka się metodą prób i błędów. A właściwie niekończących się błędów. Przecież pewne sytuacje naprawdę nie rokują. A desperację wyczuwa się na kilometry. Na szczęście kolejną zdobyczą feminizmu jest to, że seks też czasami możemy uprawiać w pojedynkę...

"Napisał: dam znać. Czy to znaczy, że ja mogę się odezwać?"

Napisał i nie daje znać. Dzień. Drugi. Trzeci. A przecież ona nie będzie pisać. Poza tym nie bardzo ma o czym. Miała być randka, miał być seks, a na razie to było tylko kilka wiadomości na fejsie. Feministki biorą sprawy w swoje ręce, prawda? Proszą szefa o podwyżkę, nie dają sobą pomiatać, mają swoje zdanie. Naprawdę mogą też chwycić za telefon i napisać: "Miałeś dać znać. Co tam?". Jeśli nie odpisze, jego strata. Korona z głowy nikomu nie spadnie.

"Dodał jakąś dziewczynę na Facebooku. Myślisz, że to jego laska?"

Ma 50 lat i najpewniej jest jego nauczycielką matematyki z liceum. Albo kuzynką z Niemiec. Ale co tam. Moja przyjaciółka singielka panikuje. "Już nigdy się do niego nie odezwę! Drań ogląda się za innymi!". "Jest chudsza ode mnie! Muszę przejść na dietę...". "Może po prostu go zapytaj?", sugeruję nieśmiało. "No coś ty!", unosi się dumą ona. Bo jak zapyta, wyjdzie na słabą, potrzebującą, zazdrosną.  A może "feministycznie" jest pytać, żądać wyjaśnień, chcieć wiedzieć. I nie bać się odpowiedzi. Bo przecież wiedza to siła. Czy jakoś tak.

"Jestem ponad to. Po co mi facet?"

"Co dzisiaj robicie? Siedzicie w domu przed telewizorem? Nuda! Ja idę tu i tam", mówi mi przyjaciółka, która w jedno popołudnie ma zaplanowane kino, siłownię, kosmetyczkę i imprezę. Uff. Single mają więcej czasu. A na pewno więcej czasu dla siebie. Nie muszą gnać na złamanie karku do domu, bo On pokłócił się z szefem i ma doła. Mogą decydować tylko o sobie. I mają życie tak skrzętnie napakowane ludźmi, miejscami i wydarzeniami, że wydaje się, że w terminarz nie wcisną nawet speed datingu. Tak - feminizm to zdecydowanie bycie "ponad to". Ponad ocenianie samej siebie na podstawie tego, czy mamy faceta. Możemy go nawet zupełnie nie potrzebować. I może właśnie, gdy zupełnie go nie potrzebujemy, najfajniej go mieć?

"Za bardzo go kocham"

Mówią moje przyjaciółki, tłumacząc, dlaczego nigdy nie zaryzykują z teoretycznie idealnym kandydatem (teoretycznie, bo wiadomo, że ideałów nie ma). W tym przypadku też trochę winny jest feminizm. Mylimy zaangażowanie ze słabością, a miłość z poświęceniem. "Kocham go za bardzo", a więc: będę mu ulegać, prać skarpetki, rodzić dzieci i w ogóle rezygnować z kariery. A przecież wolę zachować siebie i swój zdrowy singielski feminizm. Na szczęście jest chyba tak, że im bardziej kochamy, tym bardziej jesteśmy sobą, a więc nasze płomienne feministyczne serce może tylko rosnąć. Chyba, że feminizm jest tylko pancerzem, maską na pokaz, która ma nas uchronić przed zranieniem. Prawdziwe feministki nie boją się potencjalnie idealnych facetów, bo nie boją się zranienia. Zranienie nie jest dla nich hańbą i plamą na honorze.

"Bo mój eks to..."

Pływał jak Michael Phelps. Grał na pianinie jak Rafał Blechacz. Kochał się jak Ryan Gosling. Albo odwrotnie. Ubierał się jak czeski kierowca. Przeklinał jak bohaterowie "Psów" . Zarabiał jak wolontariusz. Niezależnie od tego, czy wychwalasz swojego byłego pod niebiosa, podkreślając, jakie szczęście miałaś, że nie rzucił cię wcześniej, czy zjeżdżasz z góry na dół nieudacznika, od którego uwolniłaś się jak od nieprzyjemnej wysypki, wierz mi, twój "nowy" nie chce znać szczegółów waszego (po)życia. Nowy facet to nowy początek. Oczywiście nie do końca. Gdy zaczniecie się spotykać na poważnie, zanosząc się śmiechem opowiesz mu, jak twój eks nie potrafił wbić gwoździa. Albo wzruszysz się na wspomnienie prezentów, które dał ci na Walentynki. Ale na pierwszej randce chodzi o ciebie i jego - tego nowego.

"Po ostatnim rozstaniu nie mogłam wstać z łóżka przez tydzień"

Pierwsza randka to nie wizyta u psychoterapeuty, a twój nowy facet nie chce być przytłoczony poczuciem winy za krzywdę, której (jeszcze) ci nie wyrządził. Chcesz go lepiej poznać, to mów o swoich emocjach. Jeśli wciąż jest ci źle po poprzednim rozstaniu, wcale nie musisz przyklejać do twarzy sztucznego uśmiechu. I udawać siłaczki, bo emocje to przecież żadna słabość. Ale nie wymagajmy od "nowych", żeby znali nas równie dobrze jak nasze najlepsze przyjaciółki. Dajmy im trochę czasu. Tylko trochę. Potem, w najlepszym przypadku, to na ich ramieniu będziemy się wypłakiwać.

Ally McBeal: ikona singielek / materiały promocyjne Ally McBeal: ikona singielek / materiały promocyjne

Jaki z tego morał? Taki, że ja jestem naiwna, a one samoświadome? A może ja jestem samoświadoma, a one naiwne? A może żadne z powyższych? Randki feministek są najeżone trudnościami na równi ze związkami feministek. Bo przecież jeśli trzymamy się słownikowej definicji feminizmu, nieskalanej prawicowymi manifestami antygenderowymi, feminizm to po prostu przeświadczenie, że jesteśmy równe mężczyznom. Nie tylko w pracy i na studiach. Ale też w miłości. I choć mogą obrzucać nas kwiatami i diamentami, musimy wziąć za siebie pełną odpowiedzialność. Na tym polega wolność. To fajnie, prawda?

Więcej o: