Z dziećmi na plaży: słońce, woda i... przyspieszony kurs samoakceptacji swojego ciała w kostiumie kąpielowym

Od kilku lat niezbyt pewnie czuję się w kostiumach kąpielowych, ale nie chcę z tego powodu rezygnować z chodzenia na plażę z dziećmi. Chciałabym, żeby moje dzieci pamiętały wakacje spędzane z mamą, jako czas radości, wygłupów i beztroskich szaleństw.

Sezon urlopowy w pełni. Wreszcie można zwolnić, odpocząć, robić to, co się chce, a nie to, co się musi. Chyba, że ktoś skazany jest na urlop w towarzystwie dzieci. Bo z dziećmi, wiadomo, same obowiązki: trzeba wyjść na plażę, trzeba wejść do wody, trzeba otrzepać stópki z piasku, trzeba zbudować zamek... A gdyby tak podejść do urlopu z dziećmi w nieco inny sposób? Gdyby spróbować przeżyć go tak, jakby samemu się było dzieckiem?

Nie wiem, jak wy, ale ja kocham patrzeć na morze i plażę. Kocham te kiczowate kolorowe zachody słońca, kocham ciepłą barwę piasku i miękkie cienie. Kocham złociste wydmy i rosnące na nich szarozielone trawy. Kocham pieniste bałwany. Kocham muszelki, kamyczki, oszlifowane wodą szkiełka, wodorosty, meduzy. Naprawdę kocham wakacje nad morzem. Ale najbardziej na zdjęciu.

Prawda jest taka, że nienawidzę chodzenia na plażę.

Po pierwsze - na plaży jest piasek. Plaża to frajda dla dzieci, wiadomo. Wielka, bezkresna piaskownica. Super, że piaskownica, tylko czemu wielka i bezkresna. Przecież ten cholerny piasek jest wszędzie! Wsypuje się w buty, przykleja do stóp, włazi pod ubranie i, co gorsza, pod kostium kąpielowy. A nawet jak nie założysz kostiumu, bo pogoda taka nie za bardzo, to wlezie pod bieliznę. Jak on jest w stanie pokonać te wszystkie warstwy ubrania?! Powiem wam, że dzielnie wytrzymuję piasek w ubraniu i pod ubraniem, w kieszeniach, we włosach, przyklejony na krem do opalania do skóry, na kocu i ręczniku. Ale piasku pod paznokciami... brrr, nawet pisząc o tym mam ciarki. Nie cierpię.

Fuj, piasek / fot. Marta Lewin Fuj, piasek... / fot. Marta Lewin

Po drugie - w morzu jest woda. Nieważne czy Morze Śródziemne, czy Bałtyk, nieważne jaką rzeczywistą temperaturę ma woda. Dla mnie i tak zawsze będzie za zimna. Pomoczyć stopy, to nawet chętnie pomoczę, ale żeby się zanurzyć? Od kolan w górę?! Tragedia! Ponadto, woda w akwenach mnie uczula. To znaczy, nie tyle woda, co substancje w niej pływające. Jestem też doskonałym detektorem sinic. Naprawdę, ich nadejście zwiastują za każdym razem czerwone, swędzące plamy na moim ciele. Informacja o ekspansji glonów pojawia się po 24 godzinach od pojawiania się plam.

Po trzecie - na plaży jest dress code. Od kilku lat niezbyt pewnie czuję się w kostiumach kąpielowych. A kiedy jestem nad morzem, nachodzą mnie wspomnienia dawnych, lepszych czasów, kiedy miałam czas i siły na jakikolwiek trening. I chociaż mojej filozofii plażowania najbliżej do plaży nudystów, wbijam się w skromny, jednoczęściowy kostium i z niejaką ulgą narzucam na siebie pareo.

Teraz pewnie myślicie, że pobyt na plaży znoszę w cichym cierpieniu, wykonując minimum ruchów (w celu zminimalizowania ryzyka kontaktu z piaskiem), ukryta za parawanem? Owszem, jest tak przez pierwsze 3 minuty.

Później przypominam sobie, jak to było, kiedy sama byłam dzieckiem. I co takiego się mogło stać, że chodzenie na plażę stało się dla mnie uciążliwym obowiązkiem. Może to dlatego, że nie wolno było biegać pomiędzy kocami, bo sypało się piaskiem na ludzi. Może dlatego, że trzeba było powoli wchodzić do wody, absolutnie bez dzikich susów i skoków, żeby się nie przewrócić i nie zamoczyć znienacka w całości. Może dlatego, że wchodzić do wody można było nie wtedy, kiedy się chciało, tylko wtedy, kiedy chcieli dorośli. Może dlatego, że na plaży trzeba było zachowywać się cicho, żeby nie przeszkadzać wypoczywającym opiekunom (w końcu wakacje są po to, żeby wypocząć, prawda?). A może dlatego, że tak samo wtedy, jak i dziś, woda była za zimna i za mokra, piasek za suchy i uwierający, a kostiumy odsłaniały za dużo ciała?

Hurra, piasek! / fot. Marta Lewin Hurra, piasek! / fot. Marta Lewin

Chciałabym, żeby moje dzieci pamiętały wakacje spędzane z mamą, jako czas radości, wygłupów i beztroskich szaleństw. Chcę, żeby moje dzieci były spontaniczne, pełne energii, szczęśliwe. Chcę razem z nimi budować zamki i, wspinając się na szczyty mojej wytrzymałości, zakopywać się z nimi w piasku. Chcę wbiegać pędem do morza rozchlapując wokół tą obrzydliwie zimną wodę. Chcę przeskakiwać z nimi przez fale i nurkować. Chcę leżeć na brzegu, oklejona błotem od małych palców u stóp aż po czubek głowy. I chcę się przy tym wszystkim bardzo głośno śmiać.

Czy to poświęcenie? Nie wydaje mi się. Z jednej strony robię coś, czego, jak mi się wydaje, nie lubię, aby moje dzieci były szczęśliwe. Z drugiej jednak strony, to co robię dla moich dzieci, uszczęśliwia dziecko, które ciągle we mnie mieszka, a które ominęło sporo fajnej zabawy. Rekompensuję sobie te wszystkie wakacyjne dni spędzone na kocu zamiast w wodzie, te wszystkie dni, kiedy zazdrościłam innym dzieciakom, że mogą robić to, czego ja nie mogłam.

I naprawdę, nie chcę myśleć, czy ciągle jeszcze wyglądam dobrze w kostiumie kąpielowym. No dobrze, przyznam, w tym konkretnie momencie, na plaży, mój wygląd ma dla mnie znaczenie, trudno mi się odciąć od myślenia o nim. Ale za kilka lat nie będę już nawet pamiętała kroju kostiumu, który w tym roku założę na plażę. Mam natomiast nadzieję pamiętać, że fajnie spędziłam czas z moimi dziećmi. I chciałabym, żeby one zapamiętały nasze wspólne wakacje tak samo.

Więcej o: