Przekleństwo niewyparzonej gęby, czyli klnę jak dama

Klnę. Bo lubię. Lubię smagnąć słowem żwawszem - choć mogłabym bez najmniejszego problemu obejść się bez tej protezy, czy innej motylej nogi. Ale nie chcę. I nie przekonuje mnie argument, że to "niekobiece".

Mam kolegę, który popadał w autentyczny zachwyt, słuchając moich knajackich monologów. - Ty tak pięknie przeklinasz! Jak dama! - wykrzykiwał ekstatycznie, gdy potok wezbranych bluzgów wylewał się z mych ust różanych (miałam napisać "dziewiczych", ale nie lubię przesady). Jednak jest to reakcja dość nietypowa. Kobieta, która klnie - zwłaszcza, gdy rzuca soczystymi kawałkami mięsa, takimi wyrwanymi prosto spod serca - spotyka się raczej z nieprzychylnym odbiorem. - Och, no i po co tak przeklinać? Taka ładna, delikatna, a tak się wyraża. To nie przystoi kobiecie!

Tu, by nie skalać sobie niczego, użyję słów poety, który, jak wynika z analizy utworu lirycznego, żywił wiele ciepłych uczuć do bliźnich. Ja też żywię. I nie bronię sobie tej odrobiny rozrywki, jaką jest adekwatne wyrażanie owych uczuć. Jakże gorących - jak zupa.

Jeśli przeklinasz, słyszysz, że to oznaka złych manier, ubogiego słownictwa lub nieumiejętności panowania nad sobą. Niewielu potrafi docenić kunszt subtelnego popuszczania wędzidła, które trzyma w ryzach twą niewyparzoną gębę, tak by z podręcznego wokabularza nie wysypywały się, li i jedynie, słowa czterosylabowe. Nie wspomnę o subwersywnej i dychotomicznej naturze paradygmatu przekleństwa, które z zasady jest transgresywne (choć bywa agresywne - cave canem!) i zarazem stygmatyzujące.

Jak to jest być bluzgającą kobietą pięknie pokazuje ten materiał na BuzzFeedzie (jak my żyliśmy i wyrażaliśmy cokolwiek przed epoką buzzfeedowych gifów? Jak zwierzęta!). Jeśli jesteś kobietą i używasz słów brzydszych niż "w mordę jeża" czy "kurde-blaszka" to masz PROBLEM. A nawet 19 problemów - choć cóż to jest wobec klasyka, który śpiewał "I got 99 problems, but a bitch ain't one". Marność!

Rzecz w tym, że choć doskonale umiem się bez przekleństw obchodzić, zarówno w życiu codziennym, na salonach, jak i podczas gospodarskiej wizyty w zagrodzie, to zwyczajnie nie chcę. Lubię spuścić z siebie wraz z brzydkim słowem nadmiar żółci i innych złych humorów. Cieszy mnie szeroki wachlarz lingwistycznych możliwości, które mam w swym repertuarze od ukochanego, pożyczonego z najfajniejszej części Pana Samochodzika (kto wie której?) carramba porca miseria po najbardziej skatologiczne i wulgarne określenia języka ojczystego.

Czy to niekobiece? Prymitywne? Niskie? Miałkie? Dziecinne? Pozbawione finezji? Monotonne? Och, nie wiecie nic! Na jednym brzydkim słowie można przejechać przez cały rejestr emocji i znaczeń. Jeden dobrze dobrany bluzg staje się słowem uniwersalnym i jest w stanie udźwignąć dowolne znaczenie. Użyty świadomie, jako środek artystycznego wyrazu, może być też potężnym orężem. Nie wierzycie? Oto pięciominutowa sekwencja ze wspaniałego pod każdym względem serialu "The Wire", w której wszyscy bohaterowie - policjanci dokonujący oględzin miejsca zbrodni - używają tylko jednego słowa na "f". Wystarcza im to nie tylko, by się precyzyjnie porozumieć, ale też oddaje charakter każdej postaci oraz jej stan emocjonalny w danym momencie. Jest to absolutny majstersztyk.

Choć kusi mnie by zakończyć ten wywód jakimś grubiaństwem, to jednak - wrażliwa duszyczka! - uderzę w ton liryczny. No prawie. Zamiast pointy - utwór ordynarny w formie ale o treści wręcz metafizycznej. Bo nic nie wyostrza dramatu egzystencji tak, jak dobrze zastosowane przekleństwo.

PS. Ten kawałek przypisuje się zespołowi Kury, choć Tymon kilka lat temu zdementował, że to nie oni są tym nieznanym geniuszem, który stworzył owo dzieło.