Tylko oczy nie tyją - rzecz o grubasach, żalu i robieniu czegoś ze sobą

Polki uważają się za średnio atrakcyjne, najbardziej krytycznie podchodzą do swoich brzuchów, a za część ciała najbardziej seksowną uważają swoje oczy - wynika z badania przeprowadzonego przez GFK Polonia dla eSexy.pl. I ja, szanowni państwo się tym wynikom nie dziwię. Te oczy - zwłaszcza w kontekście wypowiedzi Krzysztofa Majaka i jemu podobnych - są wyborem naturalnym.

Włosy są drugie na liście, ale one już bywają powodem do utrapienia. Za rzadkie, za gęste, zbyt rosochate, za suche, za bardzo kręcone. Za mało blond, za bardzo rude, czarne, ale bez połysku... Twarz w całości? Za okrągła, zbyt koścista, nos za duży, zbyt zadarty, znamiona zbyt widoczne, piegi uciążliwe i stygmatyzujące. Ktoś powie, że dodają uroku. Tak, ale nie zawsze, wytłumaczcie to tym piegowatym dziewczynom, które rzucają się na maskujące, rozjaśniające, wybielające i cholera-wie-co-jeszcze-robiące specyfiki podczas pierwszych słonecznych dni.

Ramiona mogą być za szerokie ("pa jakie ta ma bary, jak rugbysta"), ręce za grube, za chude, zbyt takie no, dziwne. Biodra za wąskie, albo - jeszcze gorzej - za szerokie. Tyłek - płaski, albo wręcz przeciwnie, zbyt krągły, z pomarańczową skórką, albo nawet z czymś co przypomina Kamczatkę z lotu ptaka. Nogi: za krótkie, nieproporcjonalne, za krzywe, za dziwne, z takimi fałami o, zachodzącymi na kolana, za chude przez co wyglądające jak u żyrafy, albo za grube, słoniowe takie. Stopy - najlepiej schować w bucie krytym, rozmów o stopach unikać, sandałków, zwłaszcza rzymskich, nie nosić, japonki spalić, zakopać, zaorać, zasadzić zboże.

Wreszcie brzuch. Nie ma czegoś takiego jak idealny brzuch. Najpierw latami nie jest wystarczająco płaski, potem brzuch z kaloryferem budzi obawy, że jego właścicielka jest niezdrowo zafiksowana na siłkę, fitness, crossfit, wejdery, skalpele albo inne takie. Brzuch prawie płaski już w oczach posiadaczki jest GRUBY, już rodzi kłopot, bo nawet lekki nadmiar tkanki skórno-tłuszczowej sprawia, że IDEALNE BIKINI zaczyna się wrzynać.

"Uśmiechnij swój brzuch" - brzmiało hasło kampanii jednego z dość słodkich jogurtów "poprawiających przemianę materii". Nie ma sprawy, niektóre kobiety po trzydziestym roku życia, po ciążach, po niedostatkach finansowych uniemożliwiających nieustanną konsumpcję świeżych warzyw mają ten brzuch nieustannie uśmiechnięty taki. Wszystko dzięki dobrze rozmieszczonym oponkom.

Na szczęście są oczy. Niezawodne. Choćby człowiek jadł przez rok placki z mąki i wody ze słoniną a do tego kapustę na słoninie i chleb z cukrem, to oczy nie utyją, nie będą mieć rozstępów, na starość się nie pomarszczą, nie wyskoczą im pryszcze. Mogą być, owszem, zezowate, z jaskrą, po wylewie  - wtedy klops. Przykro mi. Operacja, wydłubanie, alienacja, ostracyzm, emigracja na Marsa, albo jeszcze lepiej na Wenus, chociaż nie, z Wenus są kobiety, one potrafią boleśnie dopiec. Najlepiej uciec na Plutona. Znam przynajmniej trzy bardzo urocze, mądre i utalentowane zezule. Żadna jakoś nie chciała emigrować. I DOBRZE.

Sami jednak widzicie, że możemy mieć kłopot z samooceną, a co za tym idzie z czuciem się "sexy". Jakże to tak? Oczy, potem ewentualnie włosy i usta. A reszta? A co z zaakceptowaniem swojego ciała? Cóż, akceptacja swojego ciała to jest proszę państwa piękny mit. Ja go bardzo lubię, ale wystarczy skonfrontować własną akceptację z twardymi realiami. Weźmy przykład szalenie aktualny - wpis Krzysztofa Majaka, który podobno kiedyś był grubasem, a potem schudł. Dziś rości sobie prawo do tego, by tych grubszych postrzegać jako żalowych, no, wiecie, beznadziejne przypadki.

Osoby grube nie są równie atrakcyjne i społeczeństwo tak właśnie je traktuje. Widzą to nie tylko w swoich relacjach osobistych / towarzyskich, ale też w życiu zawodowym. Osoba otyła zawsze będzie postrzegana przez szefa jako wolniejsza, mniej wydajna. Czy rzeczywiście taka jest? Być może tak, ale nie ma to w sumie znaczenia, bo być może nie będzie nawet miała okazji aby udowodnić swoją wartość, bo szef przyjmie kogoś innego. Kogoś... szczupłego.

Majak pięknie tutaj kreśli stereotypową wizję osoby z nadwagą: brzydka, zakompleksiona, mająca problemy osobiste i towarzyskie, niekochana, porzucona, godna politowania, a przecież HEJKA! wystarczy wziąć się za siebie! No już, do boju, weź się w garść chłopie, ogarnij się dziewczyno, ruchy kluchy, bo żal mi was, skończycie na dnie. Nie znam zbyt wielu osób, którym taki negatywny doping pomaga. Jeśli panu Majakowi pomógł - świetnie, cieszę się. Zazwyczaj jednak poniżanie, które doprowadza do sukcesu działa tylko w fikcyjnych scenariuszach filmów o sporcie i przyszłych miss. W prawdziwym życiu gruba dziewczyna słysząc "ale jesteś gruba" nie otworzy szeroko oczu, nie stwierdzi ze zdziwieniem: "Naprawdę? Rany, nie zauważyłam, dzięki, bo ja całe życie walczyłam z anoreksją" i nie rzuci się do biegu. Może wzruszyć ramionami i iść dalej, bo słyszała to już tyle razy. Może wróci do domu i rzuci się na czekoladę, bo czekolada jest zdrowa, ma magnez, podnosi poziom endorfin, bo lepsza czekolada niż ciasteczko, bo skoro i tak już jest gruba, to co za różnica, czy zje te czekoladę, czy jej nie zje.

kadr z serialu Kadr z serialu "Little Britain"

Poza tym zapewne tacy nadmiarowi wagowo ludzie już się w życiu nasłuchali. Z jednej strony ktoś im mówił "zrób coś ze sobą" a z drugiej podtykał ziemniaczki z masłem, zupę ze śmietaną, lody, ciasteczka. Wołał nie rusz, nie jedz tego, a potem, no weź, spróbuj tylko. Dorastamy w uroczej żywieniowo-wagowej schizofrenii. Pomijam już to słynne "gruby facet z atrakcyjną kobietą: OK, gruba dziewczyna z atrakcyjnym facetem: FUUU". Zacznijmy od dzieci. Otyłe dzieci są w potrzasku, bo czego by nie zrobiły, nie zrzucą swojego nadmiaru kilogramów w chwilę. Gdy tylko zaczynają "coś robić", skazują się na komentarze w stylu: "jaki śmieszny mały biegający grubasek" . To doprawdy ekstra doping przy treningach fizycznych. Jedne się uodpornią, inne - wprost przeciwnie. Rodzina przy stole mówi "zrób z tym coś, zobacz fałdy masz na brzuchu", a potem stawia talerz z zupą zabielaną śmietana i smażone na tłuszczu kiełbasy a do tego kartofle polane tłuszczem i kapustę ze słoniną. Mówią "ruszaj się dziecko", a potem dodają na zachętę "to pójdziemy na lody".

Zarzuty pana Majaka są słabe, ale jeszcze słabsze jest upieranie się, że hej "przecież coś robię, a te czipsy zamiast jabłka to moje guilty pleasure". Słuszne jest za to założenie Majaka, że warto dbać o własną sprawność fizyczną. Najlepiej zaś dbać o siebie całościowo - wow, Atlantyda taka odkryta. Żeby chcieć dbać o siebie całościowo - o swoje ciało i o swoje samopoczucie, często też trzeba najpierw siebie zaakceptować. Nie tylko swoje oczy, tylko włosy, albo tylko usta. Trzeba poczuć, że warto. Poniżanie i ostracyzm w tej sytuacji nie jest metodą dopingującą, a przynajmniej nie na dłuższą metę.

Jakże byłoby cudownie, gdyby wszyscy ludzie mieli prawo do tego, by czuć się dobrze w swoim ciele i w swoim życiu. Prawda jest jednak taka, że dla zdecydowanej większości społeczeństwa to są problemy pierwszego świata, to jest dodatkowy kamyczek wrzucony już nie do ogródka, a do wozu, który ciągną własnoręcznie. Przysięgam, przeciętny Polak i przeciętna Polka zwłaszcza ci dorośli, którzy muszą "zrobić coś" ale nie ze sobą, a po prostu, by zarobić, by mieć co wrzucić do garnka, nie zastanawiają się czy wychodząc z domu urażają czyjeś poczucie estetyki, czy komuś jest ich żal za to jak wyglądają i o ile za dużo ważą. Oni też pewnie czasem, idąc już z przymusu zdrowotnego do lekarzy od stawów, od serca, od płuc - słyszą sakramentalne "ale z tą wagą to proszę coś zrobić". Czy to coś zmienia? Nie wierzę. Dbanie o własne ciało to w Polsce stosunkowo nowy trend. No właśnie, jest trendem, nie nawykiem, zwyczajem, normą. Poza tym zaręczam, że przy nagonce na grubasów już niczego więcej mówić nie trzeba. Ludzie, którzy nie czują się dobrze w swoim opakowanym w nadmiarowe kilogramy ciele sami sobie potrafią już wyrecytować wszystkie te uwagi, sami się doskonale potrafią osaczyć, poniżyć i skazać na wieczne potępienie.

Dla otyłych wzorem nie jest Chodakowska i podejrzewam, że nie będzie też Krzysztof Majak, a szkoda. Może gdyby opowiedział nie tylko o tym, jak kompulsywnie rzucał się na słonecznik pod ulubionym punktem z kebabem, tylko pokazał jak wyglądał "przed" i jak w ciągu trzech - czterech miesięcy z grubasa zmienił się w szczupłego mężczyznę,a potem wszystko to utrzymał - ZAMIAST PISAĆ JAK BARDZO MU ŻAL GRUBASÓW . Byłoby to nie tylko "klikogenne", a pożyteczne.

Podoba mi się za to pomysł, o którym pisze Paciorkowska na swoim blogu - czyli ćwiczenia fizyczne, które nie będą rzeźnią a przyjemnością dla osób grubszych. Wysiłkiem, który przerodzić się może w większe zaangażowanie, w sport. Przydałyby się też diety, które są dobrze zbilansowane i niedrogie, tak, by przeciętni nadwagowi Polacy poczuli, że szczupłość i zdrowie to nie są tak bardzo elitarne towary, jak wszyscy im wkoło powtarzają. Bieganie jest tu doskonałym przykładem, bo nie wymaga wielogodzinnych treningów na siłowni z drogim karnetem i specjalnym strojem, a - na początek - 30 minut ruchu w wygodnych butach, byle gdzie. Warto pokazywać, że można zjeść tanio i zdrowo, że mimo wszystko kilogram warzyw wciąż pozostaje tańszy niż kilogram mięsa, nawet tego najtańszego, mielonego, a posiłek z warzyw i najtańszej kaszy też jest wartościowy. Niestety, codziennie przekonujemy się, że pogarda i ostracyzm, choć mało wartościowe, są jeszcze tańsze.