"Nie potrzebuję feminizmu? - czy na pewno?

Antyfeministyczny blog budzi skrajne emocje - od złości, poprzez zdumienie, po aprobatę. Czy faktycznie feminizm zmienił się z ruchu o równe prawa w wykluczający, szkodliwy "kult"?

"Nie potrzebuję zapuszczać włosów na ciele, żeby udowodnić, że jestem równa mężczyznom" - to tylko jedno w wielu haseł i manifestów na antyfeministycznym blogu WomenAgainstFeminism. Większość wpisów ma podobna formę: dziewczyna lub młoda kobieta trzymająca kartkę z wypisanym na niej hasłem lub listą zaczynającą się od tezy "nie potrzebuję feminizmu ponieważ..." i dalej pada wiele argumentów, pod którymi - wnosząc z komentarzy pod dotychczasowymi artykułami o feminizmie jakie opublikowałyśmy na Fochu - podpisałoby się pewnie wiele naszych czytelniczek i czytelników.

WomenAgainstFeminismWomenAgainstFeminism

.

Nie potrzebuję feminizmu, ponieważ nie oznacza on już równości. Ewolucja dała nam różne umiejętności i to nie jest męska opresja! Nie potrzebuję pomocy, by odnieść sukces. Mężczyzna otwierający drzwi nie jest mizoginiczną świnią, jest dżentelmenem.

Nie potrzebuję feminizmu, egalitaryzm jest lepszy.

Nie potrzebuję feminizmu, bo nie jestem ofiarą niczego, poza własnymi złymi wyborami.

Doprawdy, gdyby chodziło jedynie o złe wybory, nie byłoby chociażby problemu nierównych płac za taką samą pracę i handlu kobietami. Chyba, że chodzi o zły wybór pójścia do pracy, gdzie pracodawca jest szowinistą i uważa, że kobiety nie powinny zarabiać godnie, albo - nie powinny w ogóle pracować? Czy może o wybór odpowiedzenia na anons w gazecie o "pracy dla opiekunek", gdy jest się zdesperowaną i szuka możliwości zarobienia gdziekolwiek?

WomenAgainstFeminismWomenAgainstFeminism

.

Nie potrzebuję feminizmu, bo nie jestem ofiarą

To wspaniale, że nie jesteś! Ciesz się z tego, bo masz szczęście - prawie 20% czyli jedna piąta młodych Amerykanek jest. Według statystyk, 19% studentek i 6% studentów doświadczyło gwałtu (lub jego próby) na kampusach uniwersyteckich. Ogółem, w społeczeństwie odsetek ten wynosi 15-20%.

Jak te dane wyglądają w Polsce? Za Wikipedią: "Według badań OBOP z 2005 r. 30% kobiet doświadczyło przemocy seksualnej, a 3% kobiet zostało zgwałconych. Tylko 5-10% kobiet które stały się ofiarami przemocy seksualnej powiedziało o tym komukolwiek, z czego 40% stanowiły zgłoszenia na policję. Szacuje się, że ponad 90% zgwałceń nie jest zgłaszanych na policję. Jedną z przyczyn niskiej zgłaszalności przestępstwa zgwałcenia jest wtórna wiktymizacja osoby zgwałconej w toku postępowania karnego, tj. upokarzanie ofiary zgwałcenia przez pracowników policji, służby zdrowia, prokuratury, sądu".

Mam wrażenie, że dziewczyny wysyłające swoje zdjęcia z tymi hasłami nie mają pojęcia, czym feminizm jest. I tu musi też paść zarzut pod adresem feministek: może nie tłumaczą one tego dość jasno? Może komunikat jest źle sformułowany, skoro nie trafia także do części kobiet? Może, skoro wiele dziewczyn uznaje, że feministka to "babochłop z włosami pod pachą", nie wyjaśniają dość dobrze, o co chodzi?

Z definicji, feminizm to "ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet". RÓWNOUPRAWNIENIEM. Czyli równymi wynagrodzeniami, równą reprezentacją w polityce, równością wobec prawa, równością w dyskursie. Podam, banalny, ale jakoś obrazujący przykład kampanii, która niedawno podbiła internet, a oparta była na haśle robić coś "jak dziewczyna". "Jak dziewczyna", czyli gorzej, słabiej, infantylnie, niezdarnie. O tym i innych stereotypach językowych pisała Ania.

Społeczeństwo nie wspiera kobiet w takim stopniu, jak wspiera mężczyzn. Ja, choć jestem wykształcona (niejednokrotnie lepiej niż koledzy z pracy zarabiający więcej na równoległych stanowiskach) wielokrotnie spotykałam się z dyskryminacją. Od mężczyzn, w pracy i nie tylko, zdarzało mi się słyszeć okropne rzeczy. Czy w związku z tym nienawidzę wszystkich mężczyzn? Nie. Po prostu staram się otaczać takimi, którzy szanują wszystkie, nie tylko "swoje", kobiety i unikać, w miarę możliwości, pozostałych. Lubię tych, którzy swoim córkom nie mówią, że coś nie jest odpowiednim zajęciem dla dziewczynek i wspierają ich pasje, nawet jeśli oznacza to umieranie wewnątrz ze strachu, że ich kochane córeczki grając w piłkę albo wymachując młotkiem uszkodzą swoje śliczne buzie. Czy uważam, że ugotowanie obiadu mojemu narzeczonemu to przejaw zniewolenia? Też nie, ale nie wydaje mi się, by jakakolwiek feministka nazywała zniewoleniem dobrowolne przyrządzanie posiłków ludziom, których się kocha.

Oczywiście, że jest wiele kobiet, które dają sobie doskonale radę w życiu, kończą studia, robią kariery i nie uważają, by zawdzięczały to feministkom. I mają poniekąd rację - zawdzięczają to zazwyczaj swojej ciężkiej pracy. Są też takie, które wolą nie robić tych karier, bo są szczęśliwe w domu, siedząc z dziećmi. I to też jest w porządku, pod warunkiem, że jest ich wyborem. Każdy powinien mieć możliwość wyboru i o ten wybór właśnie chodzi. O tę możliwość. Możemy uważać, że współczesnym feministkom nie zawdzięczamy nic, ale feminizmowi zawdzięczamy chociażby to, że możemy głosować, rozwodzić się, studiować, pracować. Albo wybrać, że nie chcemy tego robić. Nie pytając o zdanie czy pozwolenie ojca, brata, męża czy syna.

Więcej o: