Kupuj z głową! Po coś w końcu ją masz...

Jeśli jest ci wszystko jedno - co jesz i gdzie kupujesz ciuchy - to może czas się zastanowić (poważnie!) nad sobą. Nie zdajemy sobie często sprawy, że kupując pewne konkretne produkty, wspieramy nieuczciwych producentów, a nawet handlarzy bronią!

Zajechałam ostatnio na stację benzynową. W wiadomym celu. Nie, nie po hot-doga. Zatankować. I się okazało, że to Shell. Więc wyjechałam. Bez benzyny. Bo ja na Shellu nie tankuję. Dlaczego? Ktoś mi kiedyś powiedział, że Shell jest zamieszany w sprzedaż broni i finansowanie wojen domowych. Podziałało. Teraz, nawet jeśli są już "czyści”, ja u nich benzyny nie kupię.

W sobotę (albo niedzielę) idę na bazar. Mam taki elegancki bazar niedaleko domu, raz w tygodniu muszę tam być. Taniej, warzywa jakby świeższe, wybór przeogromny. W to, że wyhodowane na przydomowym poletku nie do końca wierzę, bo większość przyjeżdżających na ten bazar "rolników” zaopatruje się na giełdzie. Ale mam tam dwóch ulubionych panów, którzy mają swoje sady. Ich jabłka są najlepsze. Nie tylko te świeże, te zimowe również. Nie śmierdzą piwnicą (jestem totalną smakoszką jabłek, źle przechowywane wyczuwam często bez próbowania). Pan mi wytłumaczył, że jabłka w chłodni nie znoszą towarzystwa. Tam, gdzie są jabłka, nie może być marchwi czy innych ziemniaków, bo jabłka to wszystko wchłoną. A potem "zalatują piwnicą". Więc kupuję od tego pana jabłka, gruszki, czereśnie, śliwki. Świeże soki. Pan mi zawsze powie, który sok z jakich jabłek, wie, że wolę ten bardziej kwaśny. Jak tu nie kupić?

Na bazarze kupuję też jajka. Zerówki, rzecz jasna. Totalnie mnie dziwi, że po tylu akcjach na ten temat ludzie wciąż nie wiedzą, o co chodzi z numerkami. Bo siedzi sobie taka babina w kąciku bazaru i z wiklinowego kosza sprzedaje "jajeczka prosto od własnej kurki”. Aha. A te jajeczka z cyfrą trzy. Czyli chów klatkowy. Pytam ja tę panią, czy ona wie, co ta trójka znaczy? A ona do mnie, że to jej kurki, przy domku sobie chodzą, w ziemi dłubią.

Na bazarze sporo też jajek bez numerków. Ale nie wiem, co to za jajka i nie chce mi się wierzyć, że jakieś super eko, bo zazwyczaj sprzedają je ci, którzy mają też wszystkie inne numery (im niższy numer, w tym lepszych warunkach żyła kura - przynajmniej teoretycznie). Oczywiście najlepsze jajka i tak są od mojej cioci, która mieszka na wsi i jej kury NAPRAWDĘ chodzą po podwórku i żrą prawdziwe ZIARNO. Wiem, byłam, widziałam. Różnica w smaku kolosalna, ale ktoś, kto takiego jajka nigdy nie jadł, nie będzie wiedział, o co chodzi. Wytłumaczyć się nie da. Trzeba zjeść. Wiem, że jeśli chodzi o jajka, często rządzi cena. Za zerówki zielononóżki często trzeba zapłacić i złocisza. Za jajko. A w supermarkecie chodzą pewnie i po 50 gr. Jak kogoś nie stać, nie będzie się na numerki oglądał, wiem.

Wiem, że najbardziej eko-warzywa kupują ci, którzy sobie sami znajdą rolnika, co im robi regularne dostawy. W Warszawie działa nawet Warszawska Kooperatywa Spożywcza, która zaopatruje w towar "od rolnika” większe grupy ludzi, ale do tego jeszcze nie dojrzałam. Na razie obstawiam swój bazarek. "Na dołku”. Wiem, kto tam ma najlepsze kwaszeniaki, a kto świeże zioła. W sklepach eko nie kupuję, bo, po pierwsze za drogo, po drugie - nie do końca w to eko chce mi się wierzyć. No i nie ma nic smutniejszego niż te zwiędnięte, smutne warzywa w tego typu sklepach.

Z mięsem pewnie też kłopot, ale ja mięsa prawie nie kupuję, bo u nas w domu jakoś nikt za nim nie przepada. Nastoletni syn właśnie wrócił z obozu i stwierdził, że też zostanie wege (chyba się zakochał?), także kłopot z głowy. Sama nie mam problemu z tymi, którzy mięso jedzą, wiem, że to dieta nie dla każdego, ale z tymi, którzy bezmyślnie noszą skóry kłopot już mam. Skórzane torby, portmonetki, paski uważam za kompletnie zbędne. O futrach nawet nie ma co mówić, nawet tych "z drugiej ręki”. Futra to maksymalne przegięcie i absurd, KOSZMAR I SZOK. Podobnie jak meble obite skórzaną tapicerką. Nie wiem, jak można chcieć na czymś takim siedzieć. Serio, kompletnie tego nie rozumiem. Za butami ze skóry też nie przepadam, choć coś tam jeszcze w szafie mam. Ale nowych chyba już nie kupię. Bo po co, skoro można inaczej?

Z ubraniami trochę kłopot. Bo te wszystkie straszne fabryki w Bangladeszu czy innej Kambodży. Wszystkie cenowo dostępne dla mnie marki tam szyją. Ciężko zrezygnować z H&M-u. Uwielbiam młodych polskich projektantów, połowa moich koleżanek szyje dzisiaj fajne ciuchy u polskich krawcowych, rozumiem, dlaczego są takie drogie. Ale trochę mnie na to nie stać. Może receptą jest to, żeby po prostu kupować tych ciuchów mniej? Na pewno, ale weź się czasem człowieku opanuj.

Do rozmaitych makdonaldów nie chodzę, bo mam zbyt wysokie standardy żywieniowe, a chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że tam głównie papier i trociny sprzedają. A i pracowników nie traktuje się tam tak, jak trzeba. Sieciowe jedzenie generalnie nie dla mnie. Mnie akurat nie przekonuje idea, że "ten sam hamburger na całym świecie tak samo smakuje i przynajmniej wiadomo, z czego jest zrobiony”. Jeśli któryś z dużych supermarketów wsławi się szczególnie okrutnym traktowaniem pracowników, zapewne więcej tam nie pójdę. Supermarketów zresztą nie lubię z założenia. Również dlatego, że wydaję w nich więcej pieniędzy, niż w małym sklepie pod blokiem (bo kupuję za dużo niepotrzebnych rzeczy). Generalnie nie przepadam za sieciówkami. Czy sprzedają książki, jedzenie, ubranie czy chemię. Bo, wiadomo, pożerają małych producentów i sklepikarzy, a nad produkcją ich towarów często nie ma kontroli.

Nie przeszkadzają mi książki i zeszyty z niewybielanego chemicznie papieru, robionego z makulatury. Chciałabym, żeby więcej plastikowych butelek było u nas zwrotnych. Noszę przy sobie szmaciane torby i za każdym razem staram się przekonać miłego pana/panią sprzedawczynię, że nie, tej reklamówki naprawdę nie potrzebuję. Zawsze patrzą na mnie jak na świra.

Jeśli chodzi o te wszystkie jogurty czy inne serki nafaszerowane dziwnymi związkami chemicznymi - prawie się ich w moim domu nie je, bo wiadomo, współczesne mleko to ZŁO. Produkujące to mleko krowy nie wychodzą wcale ze swoich obór i nieustannie faszerowane są antybiotykami, żeby nie chorowały. Takie mleko nie może NIE UCZULAĆ.

Koli i innych pysznych słodkich napojów gazowanych nie piję z rozmaitych przyczyn, głównie jednak zdrowotnych. Jeśli kupuję wodę, staram się, żeby była z polskiego źródła (a nie butelkowana przez duży koncern chemicznie uzdatniana kranówka). Naprawdę, warto przeczytać, kto co produkuje. Można się zdziwić.

Jeśli chcę iść do kina, wybieram to mniejsze, studyjne. Kosmetyki - wiadomo, nie testowane na zwierzętach, kawa - fair trade, chleb - z dobrej mąki. Młodszego dzieciaka ubieram w second handach, niepotrzebne mi rzeczy rozdaję, książki i gazety - pożyczam (ale dopiero, jak już sama przeczytam), telewizji nie oglądam, staram się jeździć rowerem i autobusem, wymieniam się z koleżankami ubraniami, żeby jakoś zmienić od czasu do czasu garderobę.

Czy moje życie jest jakoś specjalnie trudne? Nie, bo w żadnej dziedzinie, poza skórą i futrami, nie jestem ortodoksem. Mam swoje słabości i zachcianki i nie będę się z ich powodu biczować. Wiem, że o wielu rzeczach nie wiem, ale jeśli tylko mogę nie wspierać czegoś, co nie jest dobre, to chcę to robić. Jeśli wy macie jakieś swoje zajawki, chętnie dam się uświadomić. Czego nie czytać, nie kupować, gdzie nie chodzić.

PS. Z czym mam kłopot?

- z pieluchami wielorazowego użytku (może dlatego, że starszy syn chodził w tetrze i naprawdę wiem, czym to pachnie);

- z podpaskami, tamponami (nie jestem w stanie przekonać się do ekologicznego "kubeczka menstruacyjnego”. Nie wiecie co to? Sprawdźcie sami);

- z twardym, czyli bardzo ekologicznym papierem toaletowym;

- z marnowaniem jedzenia, którego w moim domu zawsze okazuje się być za dużo, chociaż pracuję nad tym i już nie kupuję w supermarketach;

- z adidasami - te, które lubię, a na okrągło chodzę w rozmaitych adikach, nie są co prawda ze skóry, ale z pewnością nie są szyte w zapewniających godziwą pracę i płacę fabrykach (znacie jakieś firmy, które robią "fair-trade'owe" adidasy?);

- z "badziewkiem” kupowanym dziecku, choć nad tym też pracuję.