"Radio Taxi, proszę czekać...". Opowieści o cierpach, złotówach i taryfiarzach

Wąsaty gaduła, milczący ponurak, kompan nocnych eskapad, świadek najbardziej wstydliwych momentów życia... Taksówkarze, to dobra inspiracja dla filmowców i literatów, ale też odrębna, fascynująca grupa społeczna, z która niekiedy się stykamy osobiście.

"Złotówa w samochodzie równy wojewodzie!" - sarkał podjeżdżając pod lotnisko, dorzucił jeszcze: "Pani patrzy, jak tu poparkowali, wszystko zablokują, wszystko!". I tak pomstował przez zamknięte okno. Taksówkarz, oczywiście.

Zazwyczaj nie jeżdżę taksówkami, ale kiedy już to robię, czuję się trochę jak Bronisław Malinowski na wyspach Melanezji, bo właściwie taksówkarze to odrębna, fascynująca grupa społeczna. Wcale nie chodzi o to, że wszyscy są szczególnie gadatliwi, bo znam zarówno milkliwych jak i takich, którzy tylko raz coś powiedzą, krótko, a dosadnie. Raczej chodzi o całokształt. O to radio, które nawet jeśli wyłączone, domaga się odgrywania złotych przebojów, trochę Cyndi Lauper, a trochę Roberta Gawlińskiego (i w temacie: nieśmiertelną Vanessę Paradis) i o tę przedziwną relację między klientem zdanym na łaskę przewoźnika, a kierowcą, który przez ten jeden moment może być panem sytuacji.

Skoro już o poczuciu władzy, Robertach i taksówkach mowa, to myślę, że mimo estymy, jaką darzony jest Robert DeNiro mało komu byłoby do śmiechu, gdyby podczas nocnego kursu trafił na kolesia w typie dwudziestosześcioletniego Travisa Bickle, głównego bohatera "Taksówkarza". Scorsese tak sugestywnie nakreślił obraz samotnego psychopaty w nieprzyjaznym mieście, pozostawiając jednocześnie finał otwartym, że nocny przejazd taksówką po seansie z tym filmem już nigdy nie będzie taki sam.

Noc jednak nie zawsze musi być do cna przesiąknięta złem, brudem i zepsuciem, jak to pokazał Scorsese. Zwłaszcza "Noc na Ziemi" opowiedziana przez Jarmuscha. To jeden z moich ulubionych i zapamiętanych na lata obrazów filmowych z taksówkarzami w rolach głównych. Oglądana po raz pierwszy jeszcze w latach 90. z jakiegoś zajechanego VHS, zauroczyła mnie klimatem, opowieściami i obecnością Helsinek (oraz tych kilku wyrazów w tle, które wówczas umiałam powiedzieć po fińsku, m.in. rautatieasema). Chociaż kolejne spotkania z tym filmem odbyłam już lata temu, w pamięci wciąż mam niesamowicie europejski, jak na amerykańskiego reżysera, klimat, niespieszną acz nienużącą narrację i specyficzny czarny humor. Kilka słów o tym, jak przewrotny bywa los, oraz o tym, co w życiu nieistotne, a co ma znaczenie (i dlaczego owce?). Wreszcie, pięcioro taksówkarzy, w których odnaleźć można cechy niektórych kierowców spotykanych w taryfach także poza srebrnym ekranem - gawędziarze, mądrale, ponuracy, przegrani, przedziwni dewianci, zagubieni imigranci, łajzy...  Bez urazy oczywiście, bo przecież jest też sporo bardzo porządnych taksówkarzy.

Bareja wiedział o tym już w latach 80, kiedy kręcił swoich "Zmienników". Tam Ewa Błaszczyk, czyli serialowa Kasia, przebrana za Mariana Koniuszko, wąsatego kierowcę pięknego żółtego fiata, należącego do stołecznego ZPT, i jej zmiennik wydają się być najpozytywniejszymi z postaci w całym serialu. Porządni, sumienni, pracowici, niepijący.

Właściwie zdałam sobie sprawę, że moglibyśmy tutaj jeszcze przez godzinę wyciągać wątki taksówkarskie z filmów. Na początek tych nieco lżejszych treściowo. Od poczciwego dzieciaka o ksywce Short Round, który towarzyszył Indianie Jonesowi w "Świątyni Zagłady", po Corbena Dallasa, czyli bohatera mimo woli w "Piątym Elemencie" Luca Bessona, reżysera i producenta, który najwyraźniej ma słabość do taksówek. To on z kierowców o rajdowym zacięciu uczynił bowiem bohaterów sensacyjno-komediowej serii "Taxi". Do taksówek słabość ma też Bourne, chociaż to pewnego rodzaju nadinterpretacja. Po prostu nie mogę się uwolnić od wspomnienia sceny pościgu, w którym agent grany przez Matta Damona ucieka żółtą taksówką ulicami Moskwy, dlatego tak to tutaj zostawię.




Taksówkarz Max (Jamie Foxx) natomiast nie mógł się uwolnić od jednego ze swoich klientów. I nie było mu do śmiechu w miarę trwania nocnego kursu, w czasie którego stał się tytułowym Zakładnikiem Vincenta (Tom Cruise).

Na innych emocjach gra fabuła Wszystko albo nic, filmu Mike'a Leigh, w którym jeden z głównych bohaterów, ojciec w kryzysie, jest właśnie taksówkarzem. Dobrze, bo zanudzam jakimiś problemami klasy robotniczej, a tu splendor, dążenie do szczęścia, światowe życie i "Śniadanie u Tiffany'ego", czyli TA SCENA, w której Holly Golightly dowiaduje się tego i owego o swojej postawie i o tym, jak ze strachu przed życiem w klatce, sama się w niej zamknęła.




Taksówka sprzyja przedziwnym spotkaniom, na przykład z człowiekiem, który nie może wyciągnąć żarówki z gęby - jak w tej scenie z czeskiego filmu "Sex w Brnie". Arnold Schwarzenegger, pardon, Doug Quaid, albo też Hauser, ale sami wiecie, Arnie zagrał rolę życia - bohater jednego z tych pięćdziesięciu najbardziej pokręconych filmów na VHS, jakie przydarzyło mi się obejrzeć w dzieciństwie (scena z twarzą - nie da się odzobaczyć) spotyka dość ironicznego taksówkarza- androida.

Taksówkowa scena z "Rzymskich wakacji", z pokrzykującym o trójce małych dzieci kierowcą, to jeden z tych dyskretnych momentów, które decydują o losach bohaterów. Gregory Peck (wiemy, że nie on sam, tylko grana przez niego postać, ale) decyduje się jednak nie porzucać Audrey Hepburn (tak, tak, bohaterki granej przez nią, ale) i klops, dwie śliwki w kompot, a właściwie księżniczka i reporter na Vespę i dawaj. A mógł ją odesłać samą do domu i po sprawie, czyż nie?

Rzymskie wakacje, Gregory Peck, Audrey Hepburn, miłość, skuter, te sprawy...Rzymskie wakacje, Gregory Peck, Audrey Hepburn, miłość, skuter, te sprawy...

Właściwie do swobodnego zdryfowania na taksówkarskie tropy skłoniła mnie książka "Taxi: opowieści z kursów po Kairze" Chalida Al-Chamisi. Pięknie wydany zbiór krótszych i dłuższych scenek rodzajowych, które rozgrywają się w taksówkach, kursujących po kairskich ulicach. Czy wszystkie te rozmowy faktycznie miały miejsce? To nie jest ważne, istotne jest, że egipski dziennikarz, który zebrał w swej książce aż 58 takich scenek, mimo silnie lokalnego charakteru tematów pokazuje pewne uniwersalne prawdy i pragnienia. Al-Chamsi w czasie swoich podróży kairskimi taksówkami spotyka ludzi skrajnie biednych i tych, którym powoli zaczyna się wieść. Ludzi o najróżniejszych poglądach, tych, którzy wierzą w rewolucję i takich, którzy wierzą w duchy, dumnych taksówkarzy i takich, którzy biorą go na litość. Stara się być możliwie mało konfliktowym rozmówcą, dzięki czemu my, czytelnicy, możemy posłuchać co nieco o realiach, które rzadko dane jest nam poznać z takiej perspektywy. Świetna rzecz, polecam, tym bardziej, że można zarówno pochłonąć w całości na raz, jak też czytać na raty.

To też doskonały dowód na to, że czasem już lepiej z taksówkarzem porozmawiać, niż pozwolić na ciszę wypełnioną charczącymi dźwiękami z radioodtwarzacza. Wiecie, czasem człowiekowi wydaje się, że lepiej nie drążyć tematu, milknie, a potem okazuje się, że nawet najbardziej sztampowa z dyskusji o teoriach spiskowych byłaby wybawieniem w obliczu listy przebojów rodem z Polo TV. Przy pierwszej pogłośnionej piosence w klimatach Weekendowych jest już za późno. Strach się nawet wychylić z niewinną prośbą o obniżenie poziomu decybeli. Zwłaszcza, jeśli widziało się wcześniej "Big Lebowskiego".

ALBO przypadkiem trafiło się na mocny, animowany film dla dorosłych "Heavy Metal", w którym taksówkarz dysponował pewnymi środkami rozwiązującymi każdy problem.



Przecież Taksiarz w samochodzie równy wojewodzie, prawda? Na szczęście w znakomitej większości sytuacji w swoim życiu spotykałam taksówkarzy raczej sympatycznych (w stylu autora TEGO BLOGA ), pomocnych, rzeczowych, czasem gawędziarzy, a czasem zwyczajnych dziwaków. Spotykałam takich, którzy przejechali kiedyś na stopa całą Polskę, ale nigdy nie byli poza krajem i tych, co przez kilka lat na kontrakcie budowali drogi w Libii. Raz w Płocku wiozła mnie przemiła kobieta, która przepraszała, że przyjechała dopiero osiem minut od wezwania. Kiedy indziej nocnym kursem z jakiegoś studia telewizyjnego na Pradze wracałam z taksówkarzem, który tonem nieznoszącym sprzeciwu perorował o wyższości klapsów nad innymi metodami wychowawczymi. Niektórzy taksówkarze opowiadali nam o mitycznych kursach międzymiastowych, kiedy za kilka stów wieźli jakiegoś waćpana do Krakowa, czy Trójmiasta.

Oczywiście mitycznych w Polsce, bo przecież sami nie raz korzystaliśmy z uroków Taxi Kolektif w Afryce. Tam nigdy nie wiesz, czy podczas kilkugodzinnej przeprawy z obrzeży pustyni do pierwszego większego miasteczka, na jakimś postoju nie dosiądzie się "na ósmego" jakiś przemiły pan z dwoma dziesięciolitrowymi baniakami mrożonego koziego mleka. Tak, ono pachnie specyficznie. A facet, który wiezie was w trakcie ulewy z dalekiego półwyspu, nie zechce porozmawiać łamaną francuszczyzną o Bogu. To nie jest złe, to po prostu trudne i może prowadzić do niezamierzonych nieporozumień. Jak na przykład upór pewnego właściciela wynajętych pokoi w Maladze, który stwierdził że nie dojdziemy z plecakami o czwartej rano na stację kolejową, z której jeżdżą tanie pociągi na lotnisko i zamówił nam taksówkę, po czym nakazał powiedzieć taksówkarzowi coś w tym stylu ŻEWEME A TREN DE TORREMOLINOS. Troskliwy taksówkarz zaś uznał, że absolutnie się nie znamy, że nie jeżdżą pociągi do Torremolinos, ani na lotnisko o tej porze. I tak mimo sprzeciwów w improwizowanej wersji języka hiszpańskiego próbowaliśmy mu wyperswadować dalszy kurs, a on niczym katarynka zapewniał, że damy sobie radę. Był bardzo zawiedziony, kiedy wreszcie dotarło do niego, że wcale nie chcieliśmy dotrzeć do Torremolinos. Aeropuerto?! Zzzzzzzzzzzzzzzzzzzziiuuuuuu?!. SI. Hmmmm.

A jakie Wy mieliście przygody w taksówkach?