Co z tym biciem dzieci? Rozmowa o tym, czy klaps powinien być narzędziem wychowawczym

Zadziwiająco wiele osób uważa klapsy za nieszkodliwe, a zarazem niezbędne narzędzie wychowawcze. Popularne jest twierdzenie, że klaps dany w ?słusznym? celu nie jest przemocą i nie wyrządza krzywdy dziecku, a jedynie dyscyplinuje je. Jak to jest naprawdę z tymi klapsami zapytałam, wcielając się w adwokata diabła, panią Martę Skierkowską, psycholożkę z Fundacji Dzieci Niczyje.

Poprosiłam Panią o wywiad, i - proszę mnie źle nie zrozumieć - bardzo się cieszę, że się Pani zgodziła, ale czuję się trochę jakbym wytoczyła ciężką armatę do walki z muchą. Bo danie klapsa - rzadko i z ważnego powodu, to przecież nie jest znęcanie się nad dzieckiem. Zdefiniujmy od razu dla jasności - przez klapsa rozumiem uderzenie dziecka ręką lub paskiem w pupę. Oczywiście, nie z całą siłą, jaką ma dorosły. Tymczasem, Fundacja zajmuje się dziećmi krzywdzonymi, dziećmi, które doświadczają przemocy. Czy możemy klapsa zrównywać z fizycznym znęcaniem się? To chyba nie fair wobec tych katowanych dzieci...

- Trudno podać precyzyjną definicję klapsa. Najczęściej rozumiemy go jako uderzenie dziecka i stosowanie argumentów siłowych w wychowaniu. Jednak i to ma wiele odcieni. Bo czy klaps wymierzony przez wątłą staruszkę jest tym samym klapsem, którego da dziecku wielki facet, 190 cm wzrostu i 130 kg wagi? Nawet, jeżeli użyje tylko połowy swojej siły przeciwko - dajmy na to - półtorarocznemu maluchowi? Czy klaps to jednorazowe uderzenie czy np. 10 albo 100 razów pod rząd? Czy jak użyję paska to będzie ok, a jak kabla, to zajdę za daleko? Czy skończę na tym jednym, czy będę tak wściekła, że będę dawać te klapsy do symbolicznej nieskończoności? Tyle, ile osób na świecie, tyle może być rodzajów klapsów. Dlatego niebezpieczne jest zostawienie tej dowolności interpretacyjnej i narażanie dzieci na przykre konsekwencje. Niemal każdy bijący rodzic uważa, że ten jego klaps ma właśnie odpowiednią siłę i jest taki "w sam raz", dopasowany do przewinienia. Nawet ten rodzic, który maltretuje swoje dziecko może uważać, że robi to w adekwatny i "zasłużony" sposób. Rodzice, którzy używają siły w wychowaniu, niemal zawsze znajdują na to jakieś wytłumaczenie.

To jasne, że dziecko, któremu rodzic czasem wymierza lekkiego klapsa, nie jest dzieckiem katowanym. Natomiast naruszenie cielesności dziecka to jednak przekroczenie pewnej granicy i danie sobie prawa - w stosunku do dzieci - na coś, na co nie pozwalamy sobie wobec dorosłych. Dlatego, że są słabsze, nie oddadzą, przyjmą nasze uderzenia.

Dodam jeszcze, że w naszej praktyce - a Fundacja Dzieci Niczyje zajmuje się dziećmi krzywdzonymi - wielokrotnie mieliśmy do czynienia z ciężko skatowanymi dziećmi, gdzie intencją ich rodziców było wymierzenie klapsa, ale byli tak wściekli, sfrustrowani - że nie przestawali bić. Jeżeli wymierzenie jednego klapsa nie pomaga, rodzic stosuje więcej uderzeń, bije silniej, a w końcu sięga po przedmiot, którym zadaje ciosy.

Bicie to bicie. Jesteśmy zwolennikami tego, żeby definiować je jednoznacznie, nie stopniować i nie dopuszczać do jakiegokolwiek naruszania cielesności dzieci i przedmiotowego ich traktowania.

Klapsa nie dajemy dlatego, aby dziecko cierpiało. Jest to rodzaj skarcenia dziecka, zastosowany z nadzieją, że dzięki pieczeniu skóry, dziecko nie popełni po raz kolejny jakiegoś błędu, czy wykroczenia. Poza tym, ja nie czerpię przyjemności z dawania klapsów. Wręcz przeciwnie - jest mi przykro, kiedy muszę to zrobić. Zatem klaps wymierzony w celu wychowawczym, to jednak nie przemoc?

- Być może przemoc nie jest intencją rodzica, ale celowe powodowanie komuś krzywdy jest przemocą. Klaps nie jest skuteczną metodą wychowawczą, nie ma wychowawczego klapsa - to raczej ślepa uliczka. Ok, klaps wydaje się działać - ale na krótko. Za to na długo uczy, że silniejszy ma rację, a wychowanie opiera się na strachu przed rodzicem. Klaps nie działa, bo dziecko nie rozumie, co jest nie tak w jego zachowaniu. To pójście na łatwiznę i danie upustu frustracji i bezsilności rodzica. Czasem zwolennicy klapsa argumentują, że bicie było lekkie i właściwie bezbolesne. Rozumiem, że rodzic nie chciał zadać dziecku cierpienia. Ale je przestraszył, zasmucił - więc taki klaps przybiera formę przemocy psychicznej.

Nie wszystko dziecku da się wytłumaczyć. Trudno dogadać się z dwu- czy trzylatkiem. A jednocześnie już na tym etapie wychowania należy dziecku wyznaczyć pewne granice. Jeśli dziecko nie rozumie kilka razy powtarzanego zakazu, to dlaczego w ostateczności nie można użyć narzędzia, które, przez to, że fizyczne, zostanie dobrze zapamiętane?

- Propagowane przez Fundację Dzieci Niczyje wychowanie dziecka bez klapsa to nie jest bezstresowe wychowanie. Zawsze podkreślamy, że dzieci potrzebują granic oraz jasnych reguł i zasad. Ogromnie ważne jest, aby je stosować.

Już mówiłam o tym, że klaps nie jest skuteczny. Sprawia, że dziecko poddaje się w danej chwili, a nie uczy właściwego zachowania. Klaps wywołuje strach, a strach ogłupia, pokazuje, jak osiągnąć cel siłą. Upokarza, rani godność dziecka.

Zgadzam się z tym, że trudno jest wyznaczać granice energicznemu dwulatkowi. To wymaga cierpliwości, panowania nad sobą, dojrzałości. Ale o to chodzi w byciu rodzicem - o pełnienie roli przyjaznego i życzliwego przewodnika. Dorosły człowiek nie powinien zachowywać się jak trzylatek, tupiący nogą ze złości i rozrzucający swoje zabawki. Pewnie, może być wkurzony, ale chodzi o to, żeby tej złości nie wyładowywać na dziecku.

A w sytuacjach ratujących życie? Wyobraźmy sobie, że uczę moje dziecko, że kiedy idziemy przy ruchliwej ulicy nie można się wyrywać i uciekać, bo może wpaść pod samochód. Dziecko jednak wyrywa się, a ja łapię je i tłumaczę od początku. Sytuacja powtarza się drugi raz, trzeci - ciągle pomimo tłumaczenia, rozmowy. Za którymś razem chwytam dziecko i tym razem uderzam ręką w pupę, tłumacząc, za co jest klaps. Dziecko nigdy więcej nie próbuje powtórzyć swojej ucieczki. Klaps poskutkował, dałam go w słusznej intencji - przecież lepsza piekąca pupa, niż potrącenie samochodem?

- Myślę, że w tej sytuacji dałoby się uniknąć uderzenia dziecka, ale też nie posłałabym do więzienia rodzica, który tak zrobił. Mam raczej przekonanie, że zrobił to, bo był bardzo zdenerwowany, przestraszony, bał się, że dzieciak zaraz zginie pod kołami. Znam te uczucia. Chyba nie ma nic trudniejszego, niż strach o zdrowie lub życie dziecka. I to pociąga za sobą łańcuch silnych emocji. Paradoksalnie tracimy nad sobą panowanie, bo dzieci są nam bardzo bliskie. I nikt nie może - tak jak nasze dziecko - sprawić nam tak ogromnej radości, jak i ogromnej przykrości.

W pewnych sytuacjach niezbędne jest mocne przytrzymanie dziecka. To jednak dużo lepsze niż wymierzony ze złością lub przerażeniem klaps. To nie fair, że komunikujemy się z dzieckiem za pomocą bólu. Dzieci rozumieją dużo więcej, niż nam się czasem wydaje.

Trzeba powiedzieć, że mocnych przykrości dostarczają nam także inne osoby w naszym otoczeniu: współpracownik, facet w autobusie, partner, przyjaciółka. Też często nam się wydaje, że nie rozumieją nic z tego, co do nich mówimy. Że powtarzamy po raz setny, żeby czegoś nie robili, a oni ciągle swoje. Doprowadzają nas do ostateczności, a jednak - nie wymierzamy im klapsa. Czemu? Bo mogli by oddać i zaprotestować. A dziecko tego nie zrobi. To rozróżnienie - że chronimy nietykalność dorosłych, a mamy przyzwolenie na bicie dzieci - smuci mnie najbardziej.

Będę bronić zastosowania klapsa w słusznych sprawach. Życie, zdrowie, bezpieczeństwo dzieci niewątpliwie do takich należy. Proszę, kolejny przykład - dziecko majdruje przy kontakcie. Próbuje wkładać do niego metalowe przedmioty. Zwracanie uwagi raz, drugi, kolejny - nie pomaga. Zabezpieczenia kontaktów - owszem, ale nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć wszystkich kontaktów na świecie. Jeśli zwróceniu uwagi po raz kolejny będzie towarzyszył klaps - to dziecko zapamięta tę sytuację i zaniecha dalszych eksperymentów z prądem. Co jest złego w dbaniu o bezpieczeństwo mojego dziecka. Klaps versus śmierć, kalectwo? Przecież wobec sytuacji utraty życia, klaps dany ręką w pośladek to nic strasznego.

- To prawie identyczna sytuacja jak ta z samochodem. Mam dziecko, ponoszę więc za nie odpowiedzialność. Jasne, że trudno jest zabezpieczyć wszystkie kontakty na świecie, ale dziecko karcone klapsem za majstrowanie przy kontakcie i tak zrobi to, kiedy rodzic nie będzie widział. W przypadku małych, raczkujących dzieci - mogę postarać się zabezpieczyć zagrażające przedmioty albo - trudno - trzeba za nimi chodzić krok w krok tam, gdzie są niebezpieczne miejsca. Bycie rodzicem to nie jest kaszka z mlekiem.

Nadal twierdzę, że danie klapsa jest mniejszym złem. Nie popieram bicia dzieci i znęcania się nad nimi, ale uważam, że takie narzędzie "porządkowe", jak klaps powinien być absolutnie legalną metodą wychowawczą. Uważam, że większość rozsądnych ludzi zastosuje ją w ostateczności i z umiarem. A ci lubiący zadawać cierpienie i ból - i tak będą bić dzieci, niezależnie od tego, czy klaps jest przestępstwem, czy nie. Jakie metody przywoływania do porządku są równie skuteczne, jak klaps?

- Wracamy do początku. Jak coś jest legalne, to nie jest tylko dla rozsądnych ludzi. Kto będzie decydował o tym, czy rodzic jest rozsądny i może stosować klapsa, a kto, że jednak jest psychopatą i trzeba mu - wyjątkowo - tego klapsa zakazać? Nie wystarcza mi wyobraźni na zastosowanie takiego rozwiązania. Jedną z funkcji prawa jest edukacja i pokazywanie granicy między dobrem a złem. W tym przypadku prawo zwyczajnie zrównuje nietykalność cielesną dzieci i dorosłych. Nie trafia do mnie żaden argument, że dzieci zasługują na to w mniejszym stopniu niż osoby, które ukończyły 18 lat.

Klaps nie jest skuteczny. Wychowanie to proces uczenia się. Do tego dzieci potrzebują wsparcia ze strony rodziców, zrozumienia ich potrzeb oraz jasnych komunikatów od swoich najbliższych. Powinny wiedzieć, co rodzice czują w związku z ich zachowaniem i słyszeć od nich o tym, jakie dana czynność może mieć skutki. Czasem skutki pojawiają się same. Jak wyrwę misiowi oczko, to będę mieć misia bez oczka. Gorzej jak dostanę za to klapa, a następnie rodzice polecą po nowego misia.

Sytuacje, za które dajemy dzieciom klapsy, często same w sobie są przykre dla dzieci. Np. to nieszczęsne wymierzanie klapsów za to, że dziecko szybko biega i się przewraca. Ok, szybko biega, to się przewraca, a jak się człowiek przewróci to może mieć zdarte kolano i to boli. To naturalna konsekwencja. Tymczasem zdenerwowana matka leci za dzieckiem i dodatkowo daje mu klapsa za to, że się przewróciło i płacze. Bo się bardzo bała, kiedy tak leciało i nie wiadomo było, jak to się skończy.

Nieraz sami możemy wyznaczyć konsekwencje i je egzekwować. Ważne, żeby były możliwe do wprowadzenia. Jak mówię dziecku: jak jeszcze raz włożysz mi do koszyka zabawkę, której nie chcę kupić, to kończymy zakupy i wracamy do domu - to muszę tak zrobić. Dużo bardziej ryzykowne jest powiedzenie: już nigdy nie zabiorę cię na zakupy. Nie znam rodzica, któremu udałoby się to wdrożyć w życie, a tu trzeba być konsekwentnym.

Zostawmy na chwilę klapsa. Jeśli dziecko mnie bije, muszę jakoś zareagować. Tłumaczenie, przytrzymywanie rąk nic nie daje. Po raz kolejny dziecko uderza mnie ręką w twarz. Mówię, że to boli. Ale nie mam pewności, czy dziecko rozumie, co to znaczy, że boli. Przecież założyłam sobie, że będę wychowywać bezklapsowo... No i w końcu wpadam na pomysł, żeby pokazać dziecku, co to znaczy, że boli. Oddaję uderzenie. Znowu, nie z dużą siłą, ale żeby wyraźnie poczuło. Nawet niekoniecznie ręką w policzek, chociaż tak biło mnie dziecko. Uderzam swoją dłonią w jego dłoń. I co, to też źle? To też jest przemoc?

- To przede wszystkim nie ma sensu. Pokazujemy tym działaniem dziecku, że trzeba dać wet za wet i nakręcamy tę sytuację. To nie jest skuteczne. Znajomy pięciolatek, który bije swoją babcię i dostaje za to "po łapach" mówi: "biję babcię, bo ona też mnie bije". Nie rozumie, że bicie nie jest ok. Nie jest to łatwe, ale nie unikniemy tego, że dziecku trzeba tłumaczyć, mówić o swoich uczuciach. Ono w ten sposób dowiaduje się jak działa świat. Oddając dziecku, pokazuję mu, że wolno bić drugiego człowieka i uciekać się do stosowania przemocy.

Idąc dalej tym tropem dojdziemy do momentu, w którym uznamy, że klepanie po policzku w celu ocucenia, to też przemoc. Jest przecież uderzenie, ale dane w dobrej wierze, całkiem jak klaps.

- Ocucenie nie jest klapsem ani przemocą. Nie ma na celu przestraszenia, wywołania bólu, zmiany zachowania. Nie jest narzędziem wychowawczym. A z drugiej strony klaps - dawany w tzw. dobrej wierze - ma na celu wywołanie pewnej zmiany, ale dzięki temu, że dziecko się przestraszy albo poczuje ból. Nie jest dla mnie logiczne, że uderzenie kogoś w celu zadaniu bólu, może być dobrotliwe.

Dzieci czasem wpadają w amok, w histerię. Metodą na przerwanie histerii jest uderzenie, albo inny gwałtowny kontakt fizyczny. Potrząśnięcie  szarpnięcie, pchniecie, szturchnięcie. Zdarzyło mi się uderzyć ręką w ramię, tak trzepnąć po prostu, histeryzującą córkę. Reakcja była natychmiastowa, dziecko przerwało wycie, szloch, i rzucanie się. Mogłam wykorzystać chwilę spokoju, żeby coś do niej powiedzieć, mając pewność że usłyszy, przytulić, opanować sytuację...

- Proponuję w takiej sytuacji nieprzemocowo przytrzymać dziecko, mocno objąć, przeczekać. Gwarantuje, że się uspokoi. I nie dziwi mnie, że klaps może przerwać histerię. Zamieniamy w ten sposób histerię dziecka na strach wobec nas. Czy taka jest intencja wychowawcza?

Wie Pani, ja rozumiem, że małe dziecko będzie cierpiało z powodu klapsa. Ale daję słowo, kiedy popatrzy na tego klapsa z kilkanaście lat, z perspektywy dorosłego, to podobnie jak ja przyzna, że rodzic jednak miał rację spuszczając lanie. Że to lanie to wcale nie było takie straszne w stosunku do popełnionego wykroczenia. To nie są tylko moje odczucia, a większości osób, które przyznają, że kiedyś rodzice wymierzyli im taką karę. Odnoszę więc wrażenie, że chcemy bronić dzieci przed czymś, co kiedyś wcale nie będzie dla nich tragicznym wspomnieniem, a wręcz przeciwnie, spotka się ze zrozumieniem. Po co demonizować coś, co pomaga nam w kształtowaniu świadomości co jest dobre, a co złe?

- Klaps nie pokazuje, co jest dobre, a co złe. Pokazuje jedynie, co może boleć, a co nie. I że w miłości jest miejsce na przemoc.

Mamy tendencję do idealizowania naszego dzieciństwa, tłumaczenia naszych rodziców i usprawiedliwiania ich. Z czasem zapominamy, jakie myśli i emocje powodowało w nas wymierzanie klapsa. Np. dzieci, którymi zajmuje się Fundacja bardzo często obciążają siebie, a nie rodziców - tłumacząc, że rodzice mieli rację, bo oni byli niegrzeczni. Nawet te dzieci, które są katowane. Powodowanie bólu, strachu, smutku i poczucia niesprawiedliwości jako metoda wychowawcza, nie powoduje, że człowiek wyrasta na odważną, pewną siebie i szczęśliwą osobę. Jego więź z najbliższymi jest oparta na strachu i to nim może kierować w życiu. Bicie dziecka niszczy jego ufność i burzy poczucie własnej wartości. Dzieci znacznie chętniej podejmują zachowania nastawione na współpracę, jeśli łączy je z rodzicami silna więź i miłość - a nie strach.

Powiedzmy sobie szczerze, większość z nas dostała w domu rodzinnym przynajmniej raz klapsa. Jak nie w domu, to w szkole. I jakoś z tym żyjemy. Wyrośliśmy na ludzi. Nie spędzamy każdej wolnej chwili na kozetce u psychoanalityka, nie łykamy bez przerwy antydepresantów. Utrzymujemy normalne relacje z ludźmi, pracujemy, tworzymy związki...  Słowem -funkcjonujemy normalnie. Ja wiem, że to jest spore uproszczenie, ale jednak większość ludzi radzi sobie w życiu. To może te lania, które dostawaliśmy w przeszłości nie są aż takie złe, nie uszkodziły trwale naszej psychiki?

- Pewnie, nikt tu nie mówi o tym, że dziecko, które dostało klapsa, powinno od razu trafić do zamkniętego zakładu. W życiu mamy wiele trudnych sytuacji i sobie z nimi radzimy - ale to nie jest argument, żeby stosować przemoc. Po co ranić dziecko? Po co pokazywać, że zbiję cię, bo jestem silniejszy? Można wychowywać bez tego. W wielu rodzinach nie stosuje się klapsa, a wyznacza granice w inny sposób. Granice, które są dziecku bardzo potrzebne.

Klaps to zła tradycja. Warto z nią zerwać / www.fdn.plKlaps to zła tradycja. Warto z nią zerwać / www.fdn.pl

Kilka razy dałam moim dzieciom klapsy. Zawsze z ważnych powodów. I proszę mi wierzyć, dzieci nadal się do mnie tulą, obsypują mnie buziakami, rysują mi serduszka i zarzucają ręce na szyję, mówiąc: "Mamusiu, kochamy cię.". Nie widzę, żeby te klapsy popsuły nasze relacje, nie widzę zastraszonych, zestresowanych dzieci. Może klapsy niszczą tylko słabe osobniki, którym wystarczy małe niepowodzenie, żeby się zamknąć w sobie, czy załamać?

- Nie jest to pocieszające, ale dzieci tulą się do wszystkich rodziców, także tych stosujących przemoc. Idealizują ich, innych nie znają. Zawsze kochają nad życie. Tym bardziej nie usprawiedliwia to wykorzystywania tej sytuacji, że jaką matką bym nie była, to moje dzieci będą mnie kochać.

Klaps nie musi boleć, ale zostawia psychiczne ślady. Wielokrotnie wspominałam tu, że dziecko, które dostało klapsa nie trafia na terapię dla dzieci - ofiar przemocy. Nie, nie potrzebuje jej. Nie jest dzieckiem krzywdzonym. Ale jest dzieckiem, które doznało czegoś bardzo przykrego, głupiego, bezsilnego ze strony swoich najbliższych. Ktoś, kogo bardzo kochają, wyładował na nich swoją frustrację. Co to wnosi? To tylko zabiera: godność, poczucie bezpieczeństwa, sprawstwa. Zawsze tłumaczymy, że daliśmy dziecku klapsa z ważnego powodu. Że z nieważnego by nie oberwało. To raczej wynika z naszej bezsilności, frustracji. Można znaleźć inne rozwiązanie niż klaps. Rodzic musi panować nad sobą, żeby panować nad dzieckiem.

Obawiam się, że jeśli dorośli nie będą egzekwować posłuszeństwa dzieci, to wychowamy pokolenie degeneratów. Już teraz słyszy się o młodocianych przestępcach, którzy wyszli z domów, w których było wychowanie bezstresowe. Wierzę, że gdyby rodzice trzymali ich krotko i egzekwowali posłuszeństwo i respektowanie zasad, ci ludzie nie stoczyliby się. I znowu, niektórym dzieciom wystarczy rozmowa, do innych docierają dopiero argumenty siłowe. Czy w takich sytuacjach, kiedy mamy do czynienia z już naprawdę poważnymi wykroczeniami, jak na przykład kradzież, pobicie, zniszczenie mienia, z czystym sumieniem może Pani powiedzieć, że lanie się nie należy?!

- Propagowane przez nas wychowanie bez klapsa nie jest bezstresowym wychowaniem. Chciałabym, żeby zagorzali zwolennicy klapsa to usłyszeli. Dzieci potrzebują granic, jasnych reguł i dojrzałych, panujących nad swoimi emocjami rodziców. Nie ma wychowania bez stresu. Pozwalanie na wszystko niszczy dziecko. Odwołanie do młodocianych przestępców to sztandardowy argument obrońców klapsa. Rodzice są modelami - zachowujmy się wobec naszych dzieci tak, żeby dawać im dobry przykład.

Co robić zatem z takimi dziećmi, skoro mamy ich nie karcić klapsami?

- Rozmawiać, tłumaczyć, być dobrym przykładem, mieć w domu przejrzyste zasady i być konsekwentnym. To trudne, ale nie niemożliwe.

No to jeszcze inny przykład. Weźmy demonstrantów. Niech będą to coroczne obchody naszego święta Odzyskania Niepodległości. Demonstranci wyrywają kostki brukowe i rzucają w policjantów. Policjanci wobec demonstrantów używają siły. Mogą, a nawet muszą, bo jedynie użycie siły jest w stanie powstrzymać i podporządkować demonstrantów. Jedynie użycie siły, a nie rozmowy, przytulania, tłumaczenie, jest w stanie zaprowadzić ład. Podobnie jest z klapsami. Klapsy pomagają rodzicom zaprowadzić ład i porządek, tak, gdzie zniszczyli go domowi demonstranci. Czym rodzice mają to narzędzie zastąpić?!

- Bardzo kreatywne porównanie, ale nie potrafię go zrozumieć. Dziecko nie jest naszym wrogiem. Gramy w jednej drużynie, do jednej bramki. Ono chce i potrafi z nami współpracować. A naszą rolą jest zachęcić je do tej współpracy. Dużo łatwiej będzie nam być rodzicem, jak nie będziemy traktować naszego pięciolatka jak bandyty, który rzuca płytami chodnikowymi. To porównanie mnie zabolało, bo pokazuje jakąś niepotrzebną wrogość. To normalne, że dziecko nie zachowuje się jak dorosły, że nie potrafi usiedzieć w miejscu, skacze, biega i krzyczy. Takie ma potrzeby rozwojowe. My mamy mu życzliwie towarzyszyć, ufać i pokazywać właściwe drogowskazy. Nie traktujmy malucha jak przeciwnika, bo taka sytuacja jest z góry skazana na porażkę wychowawczą. Dziecko ma ponosić konsekwencje swojego zachowania. Jak nabrudzi, to nie powinno dostawać za to lania, tylko powinno posprzątać. A my musimy tego wymagać, czasami pomóc, zachęcić, ale być konsekwentnym.

Jest jeszcze jedna zaleta dawania klapsów. Życie nie jest bajką. Załóżmy, że trzymamy nasze dziecko pod kloszem. W atmosferze miłości, zaufania, rozmów o uczuciach, konflikty rozwiązujemy poprzez długie i szczere rozmowy. Ale nasze dziecko kiedyś spod tego klosza wyfrunie. I już nie będzie tak różowo. Z czym się spotka? Z przemocą, z brutalnością, z użyciem siły w rozstrzyganiu konfliktów. Nie będzie już tak miło i bezpiecznie, jak u rodziców. Nikt nie opowie o emocjach, nie powie o zrozumieniu, nie przytuli. I co czeka takiego człowieka? Psycholog? Psychiatra? I recepta na psychotropy? Przecież taki człowiek, który nigdy nie doświadczył twardego egzekwowania zasad i demonstracji siły, jest jak mimoza. Jest słaby. Nie uodpornił się na ciosy, które będą na niego spadać. Czy nie uważa Pani, ze człowiek, który wie, że za błędy się obrywa, poradzi sobie lepiej w życiu, bo będzie sprytniej unikał popełniania błędów? A jeśli spotka go porażka, to nie będzie zszokowany, że od życia oberwał, bo nie będzie to nowość.

- Bardzo to przykre i bardzo nieprawdziwe. Człowiek wychowany w atmosferze zaufania, miłości i szacunku, dobrze radzi sobie z życiem. Potrafi rozwiązywać konflikty bez przemocy, wierzy we własne siły, jest odważny, wiele rozumie, nawiązuje i utrzymuje dobre relacje. Ta inwestycja wychowawcza pozwala mierzyć mu się z różnymi odcieniami świata, porażkami i trudnymi sytuacjami. W przeciwieństwie do człowieka wychowanego siłą i strachem, który potem stosuje i odpowiada przemocą, właśnie z tego lęku, w którym wyrósł. Jest to dla niego naturalna, a bardzo niekonstruktywna metoda radzenia sobie z trudnościami. Czy przemoc rozwiązuje źródła problemów? Naprawia błędy? Pozwala łatwiej znosić porażki? Gwarantuję, że wychowywanie strachem nie dodaje dziecku skrzydeł i nie sprawia, że może ono przenosić góry. Droga do tego jest zupełnie odwrotna i warto się na nią otworzyć. Oczywiście, nie przyjdzie to samo. Wymaga cierpliwości, dojrzałości, konsekwencji. Czemu mielibyśmy jej w sobie nie znaleźć dla naszych dzieci, skoro deklarujemy, że są dla nas najważniejsze na świecie?

 

Marta Skierkowska - psycholog z Fundacji Dzieci Niczyje. Fundacja Dzieci Niczyje jest największą polską organizacją pozarządową zajmująca się ochroną dzieci przed krzywdzeniem oraz pomocą dzieciom-ofiarom przemocy i wykorzystywania, ich rodzinom i opiekunom.

Więcej o: